61. lipiec

To było tak, że niepokój burzy, która nie nadeszła, wisiał w powietrzu. Za drzewami płonęło niebo, nad głowami strzępiaste, szare chmury, we włosach niespokojny wiatr. Zapach nieprzewidywalnego.

Najpierw kwaśne wiśnie i maliny prosto z krzaka, wspomnienie wakacji na wsi. Chwyta za serce. Jak z wakacji na wsi było też wieczorne czwartkowe błądzenie wśród kukurydzy w poszukiwaniu kolby na kukurydzianą lalkę. Jedna się znalazła. Chyba nie chodziłam w polu kukurydzy od czasu, gdy było to ganione przez dziadka. Tam za stodołą. A tu panorama na rozświetlające się, migocące miasto. Nad głowami co rusz przelatywały samoloty, pokazując swoje brzuchy, błyskały światełkami ze skrzydeł. Wcześniej poszukiwanie Fortu Bronowice wśród działkowych ogródków. Ogródki działkowe mają niesamowity urok. Wieczorem, gdy trzeba dostawać się tam przeskakując przez starą bramę, z kłódką osłoniętą przepołowioną plastikową butelką. Opustoszałe, tu zardzewiała wanna, tam sterta rupieci, a wszystko tonie w powodzi kwiatów. Dominują kolorowe malwy wystające zza płotków. Fort ukryty w chaszczach nieprzebranych. Tajemniczy, nieosiągalny.

A sobotnim wieczorem były też czarne porzeczki, niedojrzałe jeżyny (tu zwane ostrężnicami) i prawdziwe borówki amerykańskie, w ilościach nieprzebranych. Wspaniała owocowa uczta prosto z krzewu, pod koniec intensywnego dnia z dziesięciogodzinną tatrzańską wędrówką. Lipiec. Oj, jak dobrze.. :)

Obraz i rytm muzyki mówią innym językiem / Jakub Julian Ziółkowski

 Nie chcę archiwizować. Chcę tworzyć. Potrzebuję sztuki jak ożywczego głębokiego oddechu. Karmię się kontaktem ze sztuką, nasycam. Twórczoś...