Nie chcę archiwizować. Chcę tworzyć.
Potrzebuję sztuki jak ożywczego głębokiego oddechu. Karmię się kontaktem ze sztuką, nasycam. Twórczość wypełnia, koi i odżywia.
W lipcu brałam sztukę pełnymi garściami, jak czereśnie (na które tego lata zaczęłam przejawiać alergię...).
Tego potrzebowałam. Tego potrzebuję.
Marzę o połączeniu pracy terapeutycznej z pracą twórczą. Jak doświadczenie psychorysunku, tylko jeszcze bardziej w wolności i po swojemu. Chcę energii grupy, tworzenia, otwartości, nadawania znaczeń, odkrywania.
Nie chcę skrupulatnie wypisywać, umieszczać na uporządkowanej chronologicznie liście.
Ale boję się że zapomnę. Martwi mnie to jak bardzo męczy mnie praca. Męczy mnie moje życie? Przed ostatnim dniem pracy w gabinecie przed urlopem zarwałam nockę. Teraz zostałam z deficytem snu, łatwym rozdrażnieniem.
Nadaję znaczenia. Ciekawe, na warsztatach w MOCAKu z tworzenia obiektów malarskich odkryłam tak dużą różnorodność. Mi zależało na znaczeniu, warstwach sensu.
Chciałam przyjrzeć się Stokrotkom Věry Chytilovej.
Właśnie zobaczyłam że "Stokrotki" obejrzałam w grudniu 2013... 10 lat.
Zatem po 10 lat od zobaczenia filmu powstał obiekt malarski.
Chciałam opowiedzieć o relacji dwóch Marii. Jak odbicia siebie, nierozłączne. Symbiotyczna dwójka, uzupełniają siebie i wypełniają. A może wcale to nie tak? Tworzyłam i znaczenie z sensem przychodziło podczas tworzenia.
Oparłam się na obrazie którego część jest od dawna moim awatarem. Wycięłam z niego jasną Marię, pozostawiłam brunetkę i drzewo - to drzewo poznania dobra i zła? Jak Adam i Ewa w rajskim ogrodzie, tylko że to dwie Marie na łące. Z brunetką łatwiej się identyfikuję, i co ciekawe - odbieram blondynkę jaką tą lepszą, brunetkę jako gorszą, mniej atrakcyjną, będącą bardziej tłem dla koleżanki. Choć obie wydają się połówkami jednej całości i panuje między nimi symetria, równość, wzajemne odbijanie siebie.
Chciałam w obiekcie malarskim zawrzeć tą zależność - dwie kobiety, odbicie siebie, pomiędzy nimi drzewo poznania. Myślałam o dwóch trójkątach i kole. Tak jak na fotosie. Trójkąt, koło, trójkąt, taki układ. Myślałam o połączeniu tego, zawarciu w geometrii. Doszłam do połówki koła połączonej z trójkątem - razem ze swoim odbiciem. Wycinając ten kształt, połączenia trójkąta z połową koła, zaskoczyłam się, gdy po otwarciu ukazał się kształt serca. Nie takie było zamierzenie, ale może jest to głębsza warstwa znaczeniowa filmu - bez miłości pozostaje destrukcja?... Brzmi naiwnie. I może nie tak należałoby o tym pisać. Wracając. Zależało mi żeby forma był stała - nie rozkładała się i nie rozjeżdżała, funkcjonowała jako trójwymiarowy obiekt. Szpilki w grzbiecie które utrzymują i zatrzymują przed rozłożeniem ukryłam pod taśmą, zakleiłam zdjęciami, zamalowałam farbą - myślałam przy tym o odniesieniu do filmu, gdzie szpilki destrukcji nieudolnie ukryte są pod warstwą blichtru.
Zależało mi na uchwyceniu w trójkątach jak najbliższego odcienia sukienek dziewczyn. Koło jest zielone z czerwonymi i żółtymi kółkami - jak drzewo i owoce. Każdą stronę obiektu chciałam poświęcić przedstawieniu jednej Marii. Osią jest kluczowy fotos - przedzielony na pół, razem widoczny tylko od góry, nie łączący się na grzbiecie. Drzewo przedarte na pół trudno zidentyfikować. Przedzielenie odbiera znaczenie. Przyjrzeć się pojedynczej Marii można dokładnie tylko z boku - wtedy druga jest niewidoczna, jednak bez siebie nie istnieją. Są częścią tego samego obiektu, nierozdzielnie. Symetryczne pozostają połówki fotosu z drzewem oraz bohaterek w kukurydzy, również to zdjęcie przedzielone na pół, Marie istnieją samodzielnie. Brunetka na swojej czerwonej jak jej sukienka części ma wyraziste zdjęcie z początku filmu, blondynka na różowym trójkącie dodatkowo ma dwa zdjęcia - geometryczne na łóżku i z bliska w wianku. Obiekt malarski ma też wewnętrzną stronę - tam na niedbale, nie w pełni pokrytym farbą, trudno dostępnym wnętrzu ukrywa się fotos będący zapisem zniszczenia. Blondynka wśród bałaganu, na łóżku, będącego preludium tego co dzieje się w finale filmu.
Obiekt buja się, jest chybotliwy, co gra z treścią Stokrotek. W transporcie zniszczyła się część czerwona brunetki - niedoschła farba podarła się, dając niewielki dostęp do styropianowego wnętrza obiektu. Uznałam, że zniszczenie mechaniczne ma też swoje znaczenie i jest tutaj wartością dodaną do obiektu.
Farba pokrywa obiekt niedbale, nie jest on zachwycający wizualnie, bardziej przypomina dzieło ze szkolnych lekcji plastyki - miks kolażu zdjęć i farby.
Zależało mi na oddaniu sensu który ukazywał mi się w miarę tworzenia. Ciekawe jest dla mnie to jak do sztuki można podchodzić w różny sposób, czego doświadczyłam na tych warsztatach. I to że w tej jednej przestrzeni niekoniecznie znajdę zrozumienie - nie od każdego. Moje poszukiwania sensu są dość.. hm, niezbyt często spotykane. A może bardzo związane z samotnością? I dlatego trudno w tym się spotkać?
Ciekawe dla mnie też teraz że czytając wpis sprzed niemal 10 lat o czeskich filmach widzę... jak samą siebie przypominam. Jak samą siebie nadal rozumiem. Jak potrzeba kontaktu ze sztuką, tworzenie jest rdzeniem mojej tożsamości. Stałą niezmienną. Nie chciałabym o tym zapominać, jak bardzo jest to dla mnie ważne, jak bardzo potrzebuję się tym karmić.
To ciekawe co znalazłam właśnie na filmwebie: opis innego filmu Chytilovej, "O czymś innym" z 1963 roku. Trzy lata przed Stokrotkami.
Vera (Vera Uzelacová) i Eva (Eva Bosáková) prowadzą zupełnie odmienne życie ale łączy je to, że obie są nieszczęśliwe i desperacko chcą wyrwać się z rutyny i codziennych trudów. Eva jest gimnastyczką i całe dnie spędza na treningach. Nie miała czasu na założenie rodziny, choć zawsze tego pragnęła. Obiecuje sobie, że po najbliższych mistrzostwach świata skończy ze sportem i rozpocznie nowy etap w życiu. Vera natomiast jest przykładną żoną i matką. Zajmuje się domem i tak bardzo pochłonęła ją monotonia codziennych obowiązków, że nawet nie spostrzegła kiedy upłynęły jej te najlepsze lata pełne wielkich planów i ambicji. Teraz chce coś zmienić, a drogą do tego ma być znalezienie sobie kochanka.
W MOCAKu w lipcu byłam najpierw z Bartkiem na warsztatach ze Spółdzielnią Muzyczną. O współczesnej muzyce która mnie zadziwiła. Ale też nie pociągnęła. To jednak bardzo inspirujące doświadczenie było. Partyturą naszego utworu stały się obrazy Nowosielskiego: "Dziewczyny na statku" i "statek niewolnic"
Nasze instrumenty nawiązywały do morza i statku, nawet ubrani byliśmy w motywy marynistyczne ;) Poszłam za głosem, przywołaniem obrazu do mnie, i samo się już dalej działo... Dźwięk pałki uderzającej o butelkę. W rytm kobiet na statku - im bliżej, tym głośniej, im dalej tym ciszej. Po kolei, jedna za drugą, z zachowaniem odstępów które mają od siebie. Bartek chodził w kółko dźwięcząc łańcuchem. Mieliśmy jeszcze kilka innych gadżetów z całego stołu wybranych, które przypominały odgłosy statku i morza. Bardzo mi się to podobało, że Bartek był w tym ze mną razem, była zabawa, i wspólna przestrzeń tworzenia czegoś dziwnego, nieoczywistego w przestrzeni MOCAKu, bardzo fajna sprawa.
Sztuką karmiłam się już początkiem lipca na OSPA pod Rycerzową. I na Rycerzowej, gdzie boso weszłam po wschodzie słońca. Las, góry, ta przestrzeń - tylko ja i przyroda. Czytałam "Zapiski wariatki" Aleksandry Młynarczyk-Gemzy w cieniach drzew. Piosenki innej Aleksandry - Dereż i gitara jej hiszpańskojęzycznego partnera czarowały. Cudownie. Leżałam w śpiworze pod sceną, a potem na Beskidomaniakach wrzało, gdy inny chłopak ze śpiwora poszukiwał dziewczyny w zielonym śpiworze. Zabrało mnie to w miejsca gdzie dawno nie byłam. Och... "Rafał jakiego znam nie robi takich rzeczy".
Wędrówka w Beskidzie Żywieckim była gorąca i samotna. Wtedy trochę smutno, ale teraz wspominam to z dużym ciepłem. Piękny czas. Aleksandry inspirowały, natura zachwycała. Spałam pod gołym niebem, trochę zmarzłam, trochę podziwiałam księżyc i gwiazdy... bez żadnego problemu po krótkiej nocy z zimna wstałam na wschód słońca.
W cudowne podróże zabrało mnie też kino. Wyciągnęło z ponurych odmętów. Niebieskoblada "Kobieta na dachu", pełna prawdy o życiu, szczerości i wiarygodności psychologicznej. Przepiękny film, głęboki. Smutny i bardzo, bardzo dobry.
"Duchy Inisherin" również uznałam, że zasługują na Oskary. Wielość znaczeń i rozumień, sprzecznych ze sobą. Piękny film, puste krajobrazy. Myśli o przyjaźni versus tworzeniu towarzyszą mi ciągle, zmieniając swoje mocne punkty nacisku rozumienia.
"Słoń" to też był piękny film, choć dużo uboższy o prawdę i wiarygodność. Ale czarujący, porywający bliskością i uczuciem bohaterów, muzyką i ich tańcem... No i Podhale w absolutnie przepięknych zdjęciach. Zostają w pamięci i przypominając je sobie cieszę się tak bardzo, że je zobaczyłam.
Podhale grało też w wystawie w Manggha. Tatry jak dobrzy znajomi na obrazach sprzed stu lat. Detale grani, górskich skalnych grzbietów. To rozczulało i dawało poczucie wspólnoty.
Z szerokim kontekstem Fudżi i innych gór w sztuce japońskiej. Dwie strony tej samej górskiej rzeczywistości. Trochę jak kompozycja z mojego obiektu malarskiego ;)
A wcześniej oprowadzanie Pawła Bownika po Podszerstku. Bardzo mi było blisko do artysty, aż szkoda że nie porozmawialiśmy - ale nie zebrałam się na taką odwagę... Chłonęłam jego słowa i rozumienie całą sobą. Od początkowego sceptycyzmu do pełnej fascynacji i oddania.
Karmienie się sztuką. Życie sztuką. Sens sztuki i tworzenia.
Aż kupiłam sobie książkę z wystawy żeby być dłużej i bliżej z Bownikiem.;)
A jeszcze wcześniej noc jazzu. Ciepła, lipcowa noc. Po "Duchach Inisherin" wegański ramen, przygoda, i cypryjska grupa jazzowa w piwnicy pod baranami. Wciągnęła mnie ta muzyka, bliskość artystów, ich pasja, oddanie, coś niesamowitego...
Sup o poranku na zakrzówku, chłopcy zrzucający siebie z desek do wody, przełamujący schematy. Skały, spokój wody, ponowny balans żeby wstać na deskę, i coraz z tym łatwiej.
Wieczór wcześniej joga na zakrzówku. Wyczekane, wytęsknione doświadczenie. Potem zakwasy, ale fajny flow, księżycowa vinyasa, cudne połączenie ruchu, jogi, kontaktu z naturą.
A potem jeszcze zabawy sportowe ze świata Bartka w Parku Bednarskiego.
I na zakrzówku jeszcze ognisko, ukochany dixit, dużo śmiechu, fantazji, swobody, pysznego jedzenia. Dzielenia się sobą, poznawania, radości. Natura, gwiazdy, bliskość, grupa, ogień. Lipiec.
I jeszcze, jeszcze głośna "Barbie" z Renią i B. Ubrałam się i umalowałam jak na Barbie przystało, dużo mi to frajdy sprawiło. Z Renią na schodach w parku bednarskiego z widokiem na płonące zachodem niebo pomiędzy gałęziami drzew. Film burzący, wprowadzający zamęt. Trudno o tym myśleć, ale warto. Układa się. Sobie. Co ja myślę, co JA uważam?
Lipiec. Bogaty, obfity, karmiący sztuką, doznaniami, przyrodą.
Tyle się wydarzyło!
"Tego lata poczułam że na nic nie jest za późno"
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz