Gorce w lipcu, z Olą
We mgle i w siąpiącym deszczu. Po błocie i w pustce.
Szłyśmy ścieżkami wśród polan pełnych jagód, które aż prosiły się o zerwanie. Zajadałyśmy się ciemnymi owocami brudząc na fioletowo dłonie. Najlepsze są takie jagody - zerwane prosto z krzaczka, wymyte w deszczu albo rozgrzane w słońcu. Cudownie.
Nam nieustannie towarzyszył deszcz lub też deszczowa mgła.
Mgła była tajemnicza, aż mistyczna. Robiło się coraz ciemniej i we mgle tonęło wszystko. Byłyśmy zupełnie same. Potężną ciszę przerywał jedynie szum drzew.
Wiatr się zrywał i już było wiadomo, że fala wody z liści drzew uderzy prosto na nas.
Długa to była droga, męcząca i mokra. Spotkałyśmy tylko paru miejscowych zbieraczy jagód i grzybów, żadnego turysty. Zabrał się z nami pies. Czarny - po czarnym szlaku. Ale nie odpuścił nas aż do schroniska, choć kolory szlaków zmieniałyśmy często.
Buty przylepiały się do błota, tonęły w brązowych kałużach. Przeskakiwały po kamieniach rwące strumyki. Ledwo co nie ześlizgiwały się z wielkich, mokrych korzeni.
Wytrwale brnęłyśmy w las i w trawy.
Krople wody z delikatnych traw omiatały czarne leginsy. Chwila - i poza stopami i całe łydki były mokre. Gdy się idzie, to woda w butach nawet tak nie przeszkadza. Piękna sprawa - człowiek swoim ruchem sam się ogrzewa. Była satysfakcja i takie dobre zmęczenie. Spało się wybornie!
To miłe, gdy wędrowanie z plecakiem robi wrażenie na rodzince znad morza z małym Bartkiem.
Kolejny, brązowy, zwariowany szczeniak przyczepił się do nas. Odpuścił dopiero w strachu przed wielkimi, szczekającymi psami w kolejnej wiosce.
No i jazda stopem - świetna sprawa. W góry zawiózł nas z Góry Borkowskiej pan do Mszany Dolnej. Na co dzień pracuje w Norwegii, do pracy płynie promem na wyspę. Na niekończące się norweskie dni nie zwraca wielkiej uwagi. Po Tatrach chodzi, owszem. W samochodzie było ciepło, nie mogłam powstrzymać atakującego snu... Z Mszany Dolnej do Lubomierza - Królewskiej Góry podwiózł nas czerwonym autem starszy pan, po drodze załatwiający mnóstwo spraw - od materiałów na budowę domu dla synowej po wyniki badań dla żony. Znał Gorce i sypał nazwami do odszukania na mapie. Wypasał owce - ale teraz to nie warto, wie pani. (Nie, nie wiem). Na pożegnanie zapytał o tabletki na kochanie. (?..!)
Wracając łapałyśmy stopa stojąc z napisem "Kraków" w drodze do lasu... Zatrzymał się w końcu jakiś pan i doradził, że to nie ta droga. ;) Z Niedźwiedzia wyszłyśmy aż na Podobin, tam zatrzymał się nareszcie facet z bródką słuchający "No chodź, na kolana i nie mów, że nie wypada". Szybko zmienił stację na RMF. Jechał po dziewczyny, a któraś zgubiła telefon, i teraz trzeba załatwiać to na policji. Może będzie jechał na Myślenice, to nas weźmie. Podwiózł nas parę kilometrów do Mszany Dolnej, skąd szybko zgarnęła nas młoda lekarka wracająca z Rabki. Wspólne medyczne tematy, spostrzeżenia o ordynatorze XVI oddziału, pediatria pulmonologiczna i newsy o rokowaniach w mukowiscydozie. Trafiłyśmy z powrotem w to samo miejsce, skąd ruszałyśmy dnia poprzedniego... :)