89. Przylaszczka pospolita i hiacynt fioletowy

Szczególny był ten czas. Zaduma i smutek, bardzo dużo rozmów. 
I po prostu: czas dla siebie nawzajem. Wszystko inne zatrzymane, czekało cierpliwie, wcale nie poganiało. Dużo, dużo spokojnego czasu dla siebie.
Ważniejszy stał się drugi człowiek. Pomoc. Pełnymi garściami poświęcanie czasu dla innych. 
To było takie dobre, kojące. Przewartościowanie. Co ważne, a co zupełnie nie istotne. Nad czym warto się pochylać, na czym skupiać. Rodzinne kawy w kuchni z widokiem na trawę i kominy w dali. Wspomnienia, drobne radości. Taki dobry, dobry czas!



Na mapie znaleźliśmy las za Czernichowem. Pochmurna niedziela. Prom na Wiśle łagodnie bujał się przewożąc dwa samochody i piątkę ludzi. Marzec bardzo marcowy. Drzewa w lesie wysokie i nagie. Szliśmy przed siebie. Wśród burych liści prześwitywały fioletowe kropki... Delikatne płatki przylaszczek, ponoć przypominające płaty wątroby. Radosne w tym szarym krajobrazie przedwiośnia. Zaskakiwały swoją wesołą obecnością w leśnej ściółce. Las na pagórkach rosnący, w górę i lekko w dół, za drzewami w dali rzeka, miasto. Zupełna pustka, cisza. 
Korony bezlistnych drzew sięgały hen, hen, daleko, pod niebo.
Można było pełnym głosem przejmująco śpiewać:

Jest drabina do nieba
każdemu nią iść trzeba.

Przy drabinie stoi krzyż
każdy z nas go musi nieść.

Sam Pan Jezus go nosił
jak po tym świecie chodził.

Miał koronę cierniową
na przenajświętszej głowie.

Żydzi mu ją wtłoczyli
tysiąc ran uczynili.

Krew się lała z ran Jego
dla człowieka grzesznego.

Matka Boska patrzała
I boleśnie płakała.

Ach mój Synu najmilszy
któż cię w smutku pocieszy.

Pocieszy Cię Pan z nieba
za nas grzesznych tak trzeba.
 
 
 
______________________________
 
 
 Hiacynt przyniesiony po nocnym dyżurze. Powoli rozkwitający na fioletowo, pachnący obłędnie. Zielone spodnie, fioletowa kurta - w zestawie do zielonych liści i fioletowych kwiatków. Hiacynt to dla mnie taki symbol nadchodzącej wiosny. I teraz w towarzystwie uroczego żonkilowego żonkila przywołują wiosnę na czarnym kuchennym stole z ikei. :)

88. Kolejna lekcja radości

To były pięknie słoneczne dni. Pierwsze tak ciepłe, z zapachem wiosny w powietrzu. Cudowne. Jak co roku - wszystko zaczyna się na nowo. Ptaki śpiewają zawzięcie, powoli, powoli, a wiosna rozkręci się na dobre, świat zazieleni się na śmierć... Przepiękny czas. Jak każdego roku. Pod szpitalem pierwsze tego roku bazie kotki. Wysokie bloki. Wiadomość odbiła się ode mnie, zachowałam spokój. Logicznie argumentowałam. Chyba dopiero z perspektywy oddalenia zaczęłam pojmować, co się stało...

Że człowiek zostawił w korytarzu odkurzacz, bo po odwiezieniu żony do pracy miał posprzątać. Sobotnie porządki. Człowiek umarł, odkurzacz czekał w korytarzu.

Wszystko zostało. Kosmetyki pod lutrem w łazience. Susząca się wytarta piżama, którą trzeba było wymienić na nową. Włączony piec, którego nikt poza nim nie umiał obsługiwać. Kalendarze z krajobrazami na ścianach w piwnicy, w której porządek miał wreszcie zapanować w tym roku. Wspólne plany. Zamierzenia. 

Przychodził mi do głowy "Kot w pustym mieszkaniu" Szymborskiej*. Dokładnie o tym stanie mówi. Ale chyba nie spotkałby się ze zrozumieniem.

I żadne z wielkich planów już nie mają teraz znaczenia. Co po przygotowaniach do niedzielnego biegu. Po postanowieniach zapisanych w excelu i kalendarzu google. Po tych wszystkich pilnych, ważnych sprawach do załatwienia, ogarnięcia, zrobienia, szybko, efektywnie, lista rzeczy do wykonania, ważne i pilne, pilne i nieważne, ważne i niepilne... W jakiej kategorii był wyjazd do rodziców?
Teraz wszystko traci na znaczeniu. Wszystko może cierpliwie czekać, zupełnie zniknąć z głowy. Totalne odwrócenie wartości. Do góry nogami świat. Wielki planista - płacze tu i teraz.

Milion spraw do załatwienia niecierpiących zwłoki. I taka piękna pogoda. Niewiarygodne, co się dzieje... 
Słowa nie oddadzą tego, co w głowie. Co jest. Co się wydarza. Co trzeba przeżyć. Silna wiara. Wspólny płacz. Ciągłe niedowierzanie wokół.


W tym słonecznym dniu, gdy byłam obok, ale chyba nie "w środku", pomyślałam, że to kolejna lekcja z radości. Z tego, jak wszystko jest tymczasowe. Nietrwałe. Najpierw czytałam o strategiach osób cieszących się życiem. Dużo przemyśleń, refleksji po modlitwie i medytacji nad Słowem. I książka Anselma Grüna o radości. Pełna odkryć, uporządkowanych myśli. Że radość w życiu doczesnym łączy się z przemijaniem - bez akceptacji tymczasowości wszystkiego, co w świecie, nie ma radości. Myślałam tak, ciesząc się cudownym słońcem, wiosennym ciepłem, baziami pod szpitalem, wschodzącym słońcem w oknie w łazience.


Tata B. był bardzo radosnym człowiekiem. Potrafiącym po prostu cieszyć się z tego, co jest. Celebrować chwile. Ekscytować się życiem. Przeżywać prosto, bez komplikowania sobie życia.





*

Umrzeć - tego nie robi się kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.

Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.

Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.

Do wszystkich szaf się zajrzało.
Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.

Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
ze tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
I żadnych skoków pisków na początek.


Obraz i rytm muzyki mówią innym językiem / Jakub Julian Ziółkowski

 Nie chcę archiwizować. Chcę tworzyć. Potrzebuję sztuki jak ożywczego głębokiego oddechu. Karmię się kontaktem ze sztuką, nasycam. Twórczoś...