Pięknie, przepięknie.
Ostatniego dnia października grabienie liści z M.B. Czynność mi obca. Na zewnątrz. W tych liściach. Chłód, ale pracując go nie czuć. Słońce to chowało się, to na chwilę wychodziło zza chmur.
Dobry czas.
Do cna jesienny.
Wczoraj w sobotę miałam dyżur w pracy. W moim domu wariatów. W miejscu, które, pomimo nieprzyjemnych zapachów i wszelkiej swej uciążliwości - naprawdę lubię.
Za oknem przepiękna pogoda. A ja - w pracy.
Miałam nadzieję na wyjście z pacjentami...
I udało się! :)
To taki cudowny podarek. Spacer z piątką chorych psychicznie.
Wolnym krokiem szliśmy po stuletnim parku. Słońce najpiękniej jak mogło świeciło na bezchmurnym niebie. Łagodna jesienność świata. Widok na hen, w dal, rozpościerającą się panoramę łagodnych pagórków. (Łagodność - to słowo klucz tego spokojnego, jesiennego czasu). Nitki babiego lata przewijały się w ciepłym, listopadowym powietrzu. Mijaliśmy stare, podupadające budynki i te już po remoncie, z garstkami pacjentów przed wejściem albo gdzieś za kratami okien. Pan W. snuł opowieści pozwijane z wszelkich myśli, które przychodziły do głowy. Inni pacjenci upominali go, że też chcieliby porozmawiać. Że chcą ciszy. "W., trzy minuty nic nie mów!". Miłe te wszystkie dobre słowa od gentelmanów-wariatów. Słowa uznania i sympatii. Jakieś zabawnej adoracji. Przemiłe.
Doszliśmy do boiska gdzie dzieciaki trenowały grę w piłkę. Usiedliśmy na trybunach gdzieś pomiędzy rodzicami. Spokojne dyskusje o życiu. Egzorcyzmy uwolniły z depresji, została mania. Nie ksiądz, Bóg uzdrowił. Przenikanie się znanych mi światów. Na dwubiegunówkę nie ma rehabilitacji.
Pod sklepem znajoma była pacjentka z oddziału alkoholowego z kolegami. Łagodne słońce, ławka pod ceglastym murem. Łagodność, łagodność listopada w słońcu... Jakiś nieopisany, sercem uchwytny klimat.
Coś cudownego.
Wysoki komin z cegły. Nieczynny. Poniemiecki. A te budynki też są poniemieckie? Skąd pan wie, że to poniemieckie? Bo z cegły. Pęknięcie od góry. Tu gdzieś kuchnia. A tam hodowali prosiaki...
Przepiękny czas. Taki wyrwany niespodziewanie. Chłonęłam słońce i cudowną łagodność chwil jak mogłam. Moi wariaci palili papierosy i odchodzili na bok sikać pod murami. Nieustanne słowa. Czułam się tak po prostu z nimi. Na trochę innych zasadach niż zazwyczaj. Ludzie, całkiem normalni, a z domu wariatów. A słońce łagodnie przyglądało się temu wszystkiemu.