Jak i wiele innych rzeczy, które robiłam. Usilnie poszukiwałam celu, którego nie było widać. Usprawiedliwienia sensu wszelkich działań, które podejmuję. Usprawiedliwienia wielkim efektem. Prawdziwie istotnym znaczeniem. Pamiętam związane z tym nieustanne przygnębienie. Brak poczucia celu, sensu, właśnie. Niezadowolenie. Rozlewające się, niedające się zebrać w całość i powstrzymać. Nieprzyjemne uczucia dotykające głębi sensu. Istnienia. W gruncie rzeczy podważające sens świata - i mnie.
Jakoś tak. Nie wiem czy ubrałam to w do końca dobre słowa.
To było takie balansowanie na granicy. Lekkie wahnięcie zdarzeniem, które interpretowałam dla mnie niekorzystnie - i potok poczucia bezsensu płynął wartko. Przygnębienie obezwładniające.
Widzę znaczące zmiany. Dobrze ujmuje to w słowa tekst o zanurzaniu, który ostatnio już cytowałam.
Chodzi o małe rzeczy. Tym jest życie. Procesem. Innego życia nie będzie, na inny świat w tym życiu się nie doczekam. Chodzi o codzienność. O prozaiczność, z której można wyłuskać poezję. Prozę poetycką zwyczajnych dni. O poszczególne chwile, które można przekształcać w piękne i dobre momenty. Chodzi o tu i teraz. O zanurzanie w zbieranie żółtych liści z doniczkowych kwiatów. O pokrojenie mozzarelli i pomidorów. O jazdę na rowerze z pracy. O dobrą codzienność, bo z tego właśnie składa się życie. Które jest. Życie, które nie potrzebuje się usprawiedliwiać, udowadniać swojego sensu i znaczenia.
Gdzieś też przeczytałam, żeby nie szukać sensu życia, ale samemu ten sens życiu nadawać.
To wszystko dobrze przekłada mi się też na podróże. Od których jeszcze nie dawno mocno uzależniałam szczęście. I to wszystko to nie jest pstryk! - odkrycie i już. Że wszystko nagle się zmienia o 180 stopni. Nie, te zmiany w myśleniu to też jest proces.Powolne układanie się wszystkiego w całość. Nieustanna zmiana. Nakładanie się różnych obserwacji, rozmów, spotkań, książek. Jak "Zapiski na biletach" Olszewskiego, które dostałam od Gosi na urodziny już zimą. Olszewski pisze dokładnie o tym, co odkrywam, i co zaczynam coraz lepiej rozumieć w praktyce. Trochę też o tym, o czym jest (miał być w założeniu przynajmniej) ten blog. O zachwytach codziennością. O tym, że podczas podróży po Bałkanach można zachwycać się autentycznością i prowincjonalnością klimatu miejsc, ludzi, zdarzeń - a równie dobrze można tak patrzeć na swoją polską codzienność. "Zapiski na biletach" to zbiór takich właśnie codziennych zachwytów. Tego, co w podróżach lubię najbardziej. I co w codzienności chciałam wyłapywać już ponad cztery (!) lata temu. Nic nowego. A ciągle zaskakującego w odkrywaniu.
Ale teraz sobie myślę, że to też nie jest tak, że od opisywania takich zachwytów zależy szczęście. Nie chodzi o to, że bez zapisywania życie nie ma sensu i znaczenia. To coś dodatkowego, co mnie cieszy. Kurcze, to jest wielkie odkrycie - że warto w życiu robić rzeczy, które cieszą! Tak po prostu! Od tego też jest życie. Żeby w codzienności otaczać się tym, co cieszy. Pić dobrą kawę z ładnego kubka. Zadbać o estetykę wokół. Wyłapywać to, co intryguje, i iść za tym. Próbować nowego - i najzwyczajniej się tym cieszyć! Nie wszystko musi mieć z góry wielki plan i podniosły cel. Życie to bardziej ten proces, te próby, te codzienne działania, niż spektakularne efekty.
Te przemyślenia wprowadzane w życie dają mi cudowny spokój. Oddech ulgi.
Btw - oddychanie jest ważne. Głęboki oddech podczas płaczu. Tego nauczyłam się na dwóch spotkaniach z psychoterapeutką: żeby płacząc głęboko oddychać. Nie dusić tego w sobie. Dać sobie przeżywać emocje. I słowa "rozpacz" w odniesieniu do moich zmagań z "czerwonym smokiem" też mnie nauczyła.
Oddech jest ważny też w złości. W trudnych, spiętrzających się sytuacjach. Wśród emocji które pchają mocno do zachowań, nad którymi nie potrafię zapanować. Dać sobie wtedy przestrzeń na oddech. Dać sobie przestrzeń. Głęboko pooddychać.
A właściwie to chciałam napisać o czymś innym - a z tymi żółtymi liśćmi bieniamina popłynęłam... ;)
Chciałam napisać o zachwycie zapachem powietrza. Po spokojnym dyżurze w sobotę wyszłam z pracy do stuletniego parku - i obłędnie pachniało wiosną.. Ciepłym, letnim dniem. Zapach ciepłego wieczoru i szwendania się z frytkami belgijskimi po Kazimierzu. Ruszyła fala wspomnień letnich wieczorów, długich, ciepłych dni. Radość, że ten czas nadchodzi! Że po cypryjskich zachwytach zieloną wiosną i pachnącym powietrzem - wiosna mruga do nas i w Polsce! Marzył mi się ten letni wieczór na Kazimierzu gdy mijałam zabytkowe budynki i wysokie drzewa. Nie spodziewałam się, że tego wieczoru ostatecznie trafimy w końcu na Kazimierz. I foodtrucki, i cały ten klimat beztroski, wakacji, podróży. Na Kazimierzu było własnie tak, jak myślałam - ciepło, letnio, klimatycznie. Cudownie.
I właśnie weekend był taki w pełni wiosenny. W sobotę wczesnym popołudniem poszłam z ósemką pacjentów na spacer. Przypominał mi się ten błogi czas początku listopada i babie lato. Przechadzaliśmy się po ścieżkach parku, słuchałam opowieści o narkotykach, szukaliśmy przebiśniegów. Przebiśniegi pod oddziałem wyrosły "w sam raz". Skojarzenia ze spacerem w "poszukiwaniu wiosny" w przedszkolu nasuwały się nachalnie. Tylko tematy rozmów pewnie były nieco inne. Ale relacja pani przedszkolanka-głodne uwagi dzieciaki utrzymywała poziom.
I po tym można od razu poznać,
Że wiosna jest tuż, tuż.
Śpiewa skowronek dźwięczy jak dzwonek,
Że gniazdo ma wśród zbóż.
I po tym można od razu poznać,
Że wiosna jest tuż, tuż.
Krążą nad domem boćki znajome,
Goście zza siedmiu mórz.
I po tym można od razu poznać,
Że wiosna jest tuż, tuż.
Gdy zerwiesz bazie, małe na razie,
Zaraz do wody włóż.
I po tym można od razu poznać,
Że wiosna jest tuż, tuż.
Jestem dziś po ostatnim nocnym dyżurze na tym oddziale. Ach, i tak mi żal! Że już więcej nie będę miała przegadanych nocek z R. Opowieści o rodzinnym życiu. Historie jej córki i syna, których lubiłam słuchać. O których opowiadała zabawnie i czasem tak, że aż by się samej chciało... Dobre słowa na pożegnanie. Życzenia tego, co dobre. Tak mi miło. Cieszą mnie te słowa sympatii, które wciąż słyszę. Niepokoją za to uwagi co to trudów pracy na moim przyszłym oddziale. "Ja bym tam w życiu nie poszła! Sama chciałaś, naprawdę?...". Sama chciałam. Starałam się, zabiegałam o to. Marzyłam. Spełnienie marzeń zatem nadchodzi, już w tym tygodniu, na dniach... Dominuje we mnie jednak teraz żal za opuszczaniem tego oddziału. Tęsknota, choć jeszcze stamtąd nie odeszłam. Bo mi tu tak dobrze! Teraz jeszcze taki dobry czas, fajni pacjenci. Lepsze leczenie. Pozytywne zmiany ostatniego czasu. Jakieś nadzieje na przyszłość i tu się na horyzoncie jawią. Szkoda mi tego, po prostu... Czy nie będzie mi brakować tej adrenaliny ostrej psychiatrii? Tej pracy choć trochę zabiegowej? Pobierania krwi, wenflonów, zastrzyków? Satysfakcji z ogarnięcia i szybkich reakcji na trudne stresowe sytuacje? Albo i tego, że zamiast słuchać, wystarczy dać tabletkę?... Nie wiem. Może będzie.
Każdy wybór niesie ze sobą utratę tego, co nie wybrane.. To prawdziwie złota myśl mojego ostatniego czasu. ;)
Z pewnością - oddział ogólnopsychiatryczny to świetne doświadczenie. Nie żałuję zmiany z neurologii dziecięcej. Choć kiedyś zatęskniłam za panią Ulą od EEG... ;) I pediatria to też było rewelacyjne, ciekawe doświadczenie. To jednak psychiatria to tak bardzo mój żywioł. Bardzo lubię. I te wszystkie historie, które zobaczyłam... W których mogłam uczestniczyć. Nieustanne zaskakiwanie i zadziwianie, nawet wtedy, gdy myślałam, że już mało co mnie może zdziwić. Męski świat. Ciągłe komplementy i końskie zaloty. Rozczulający panowie. Niesamowite doświadczenia. Mnóstwo praktycznej wiedzy z psychiatrii. Choć przed pracą myślałam, że dużo wiem o psychiatrii - teraz rozumiem, że jeszcze wiele przede mną. Zrozumiałam lepiej ten świat. Poczułam, że to jest to.
Na nowo zachwyciłam się moją pracą. Od nowa i wciąż. No i rozbudziły się moje uśpione zapędy psychologiczne, czego owocem jest decyzja o zmianie oddziału.
Praca z pasją. Coś wspaniałego.. :)
Jeszcze smaczek z ostatnich dni:
- Przypomina mi pani taką panią z W11. (Tu pada imię/nazwisko.)
- Być może. Nie wiem, nie oglądam W11.
- Albo nie, taką jedną z "Trzynastego posterunku"...
- Może. Mogę pana jednak zapewnić, że to nie ja. ;)
Pacjent odwraca się, wychodzi, i jeszcze komentuje:
- Ona też nie ma oczu, i w ogóle...