110. suche liście i zanurzanie

Zebrałam kilka żółtych liści z doniczkowych kwiatków na parapecie. Pamiętam, że taka czynność wydawała mi się potworną stratą czasu. Czynnością bezużyteczną. Bardzo przygnębiającą w swoim braku Wyższego Celu działania.
Jak i wiele innych rzeczy, które robiłam. Usilnie poszukiwałam celu, którego nie było widać. Usprawiedliwienia sensu wszelkich działań, które podejmuję. Usprawiedliwienia wielkim efektem. Prawdziwie istotnym znaczeniem. Pamiętam związane z tym nieustanne przygnębienie. Brak poczucia celu, sensu, właśnie. Niezadowolenie. Rozlewające się, niedające się zebrać w całość i powstrzymać. Nieprzyjemne uczucia dotykające głębi sensu. Istnienia. W gruncie rzeczy podważające sens świata - i mnie.

Jakoś tak. Nie wiem czy ubrałam to w do końca dobre słowa.
To było takie balansowanie na granicy. Lekkie wahnięcie zdarzeniem, które interpretowałam dla mnie niekorzystnie - i potok poczucia bezsensu płynął wartko. Przygnębienie obezwładniające.

Widzę znaczące zmiany. Dobrze ujmuje to w słowa tekst o zanurzaniu, który ostatnio już cytowałam.
Chodzi o małe rzeczy. Tym jest życie. Procesem. Innego życia nie będzie, na inny świat w tym życiu się nie doczekam. Chodzi o codzienność. O prozaiczność, z której można wyłuskać poezję. Prozę poetycką zwyczajnych dni. O poszczególne chwile, które można przekształcać w piękne i dobre momenty. Chodzi o tu i teraz. O zanurzanie w zbieranie żółtych liści z doniczkowych kwiatów. O pokrojenie mozzarelli i pomidorów. O jazdę na rowerze z pracy. O dobrą codzienność, bo z tego właśnie składa się życie. Które jest. Życie, które nie potrzebuje się usprawiedliwiać, udowadniać swojego sensu i znaczenia.
Gdzieś też przeczytałam, żeby nie szukać sensu życia, ale samemu ten sens życiu nadawać. 

To wszystko dobrze przekłada mi się też na podróże. Od których jeszcze nie dawno mocno uzależniałam szczęście. I to wszystko to nie jest pstryk! - odkrycie i już. Że wszystko nagle się zmienia o 180 stopni. Nie, te zmiany w myśleniu to też jest proces.Powolne układanie się wszystkiego w całość. Nieustanna zmiana.  Nakładanie się różnych obserwacji, rozmów, spotkań, książek. Jak "Zapiski na biletach" Olszewskiego, które dostałam od Gosi na urodziny już zimą. Olszewski pisze dokładnie o tym, co odkrywam, i co zaczynam coraz lepiej rozumieć w praktyce. Trochę też o tym, o czym jest (miał być w założeniu przynajmniej) ten blog. O zachwytach codziennością. O tym, że podczas podróży po Bałkanach można zachwycać się autentycznością i prowincjonalnością klimatu miejsc, ludzi, zdarzeń - a równie dobrze można tak patrzeć na swoją polską codzienność. "Zapiski na biletach" to zbiór takich właśnie codziennych zachwytów. Tego, co w podróżach lubię najbardziej. I co w codzienności chciałam wyłapywać już ponad cztery (!) lata temu. Nic nowego. A ciągle zaskakującego w odkrywaniu.

Ale teraz sobie myślę, że to też nie jest tak, że od opisywania takich zachwytów zależy szczęście. Nie chodzi o to, że bez zapisywania życie nie ma sensu i znaczenia. To coś dodatkowego, co mnie cieszy. Kurcze, to jest wielkie odkrycie - że warto w życiu robić rzeczy, które cieszą! Tak po prostu! Od tego też jest życie. Żeby w codzienności otaczać się tym, co cieszy. Pić dobrą kawę z ładnego kubka. Zadbać o estetykę wokół. Wyłapywać to, co intryguje, i iść za tym. Próbować nowego - i najzwyczajniej się tym cieszyć! Nie wszystko musi mieć z góry wielki plan i podniosły cel. Życie to bardziej ten proces, te próby, te codzienne działania, niż spektakularne efekty.

Te przemyślenia wprowadzane w życie dają mi cudowny spokój. Oddech ulgi.

Btw - oddychanie jest ważne. Głęboki oddech podczas płaczu. Tego nauczyłam się na dwóch spotkaniach z psychoterapeutką: żeby płacząc głęboko oddychać. Nie dusić tego w sobie. Dać sobie przeżywać emocje. I słowa "rozpacz" w odniesieniu do moich zmagań z "czerwonym smokiem" też mnie nauczyła.

Oddech jest ważny też w złości. W trudnych, spiętrzających się sytuacjach. Wśród emocji które pchają mocno do zachowań, nad którymi nie potrafię zapanować. Dać sobie wtedy przestrzeń na oddech. Dać sobie przestrzeń. Głęboko pooddychać.



A właściwie to chciałam napisać o czymś innym - a z tymi żółtymi liśćmi bieniamina popłynęłam... ;)

Chciałam napisać o zachwycie zapachem powietrza. Po spokojnym dyżurze w sobotę wyszłam z pracy do stuletniego parku - i obłędnie pachniało wiosną.. Ciepłym, letnim dniem. Zapach ciepłego wieczoru i szwendania się z frytkami belgijskimi po Kazimierzu. Ruszyła fala wspomnień letnich wieczorów, długich, ciepłych dni. Radość, że ten czas nadchodzi! Że po cypryjskich zachwytach zieloną wiosną i pachnącym powietrzem - wiosna mruga do nas i w Polsce! Marzył mi się ten letni wieczór na Kazimierzu gdy mijałam zabytkowe budynki i wysokie drzewa. Nie spodziewałam się, że tego wieczoru ostatecznie trafimy w końcu na Kazimierz. I foodtrucki, i cały ten klimat beztroski, wakacji, podróży. Na Kazimierzu było własnie tak, jak myślałam - ciepło, letnio, klimatycznie. Cudownie.

I właśnie weekend był taki w pełni wiosenny. W sobotę wczesnym popołudniem poszłam z ósemką pacjentów na spacer. Przypominał mi się ten błogi czas początku listopada i babie lato. Przechadzaliśmy się po ścieżkach parku, słuchałam opowieści o narkotykach, szukaliśmy przebiśniegów. Przebiśniegi pod oddziałem wyrosły "w sam raz". Skojarzenia ze spacerem w "poszukiwaniu wiosny" w przedszkolu nasuwały się nachalnie. Tylko tematy rozmów pewnie były nieco inne. Ale relacja pani przedszkolanka-głodne uwagi dzieciaki utrzymywała poziom.



I po tym można od razu poznać,
Że wiosna jest tuż, tuż.

Śpiewa skowronek dźwięczy jak dzwonek,
Że gniazdo ma wśród zbóż.

I po tym można od razu poznać,
Że wiosna jest tuż, tuż.

Krążą nad domem boćki znajome,
Goście zza siedmiu mórz.

I po tym można od razu poznać,
Że wiosna jest tuż, tuż.

Gdy zerwiesz bazie, małe na razie,
Zaraz do wody włóż.

I po tym można od razu poznać,
Że wiosna jest tuż, tuż.


Jestem dziś po ostatnim nocnym dyżurze na tym oddziale. Ach, i tak mi żal! Że już więcej nie będę miała przegadanych nocek z R. Opowieści o rodzinnym życiu. Historie jej córki i syna, których lubiłam słuchać. O których opowiadała zabawnie i czasem tak, że aż by się samej chciało... Dobre słowa na pożegnanie. Życzenia tego, co dobre. Tak mi miło. Cieszą mnie te słowa sympatii, które wciąż słyszę. Niepokoją za to uwagi co to trudów pracy na moim przyszłym oddziale. "Ja bym tam w życiu nie poszła! Sama chciałaś, naprawdę?...". Sama chciałam. Starałam się, zabiegałam o to. Marzyłam. Spełnienie marzeń zatem nadchodzi, już w tym tygodniu, na dniach... Dominuje we mnie jednak teraz żal za opuszczaniem tego oddziału. Tęsknota, choć jeszcze stamtąd nie odeszłam. Bo mi tu tak dobrze! Teraz jeszcze taki dobry czas, fajni pacjenci. Lepsze leczenie. Pozytywne zmiany ostatniego czasu. Jakieś nadzieje na przyszłość i tu się na horyzoncie jawią. Szkoda mi tego, po prostu... Czy nie będzie mi brakować tej adrenaliny ostrej psychiatrii? Tej pracy choć trochę zabiegowej? Pobierania krwi, wenflonów, zastrzyków? Satysfakcji z ogarnięcia i szybkich reakcji na trudne stresowe sytuacje? Albo i tego, że zamiast słuchać, wystarczy dać tabletkę?... Nie wiem. Może będzie.
Każdy wybór niesie ze sobą utratę tego, co nie wybrane.. To prawdziwie złota myśl mojego ostatniego czasu. ;)

Z pewnością - oddział ogólnopsychiatryczny to świetne doświadczenie. Nie żałuję zmiany z neurologii dziecięcej. Choć kiedyś zatęskniłam za panią Ulą od EEG... ;) I pediatria to też było rewelacyjne, ciekawe doświadczenie. To jednak psychiatria to tak bardzo mój żywioł. Bardzo lubię. I te wszystkie historie, które zobaczyłam... W których mogłam uczestniczyć. Nieustanne zaskakiwanie i zadziwianie, nawet wtedy, gdy myślałam, że już mało co mnie może zdziwić. Męski świat. Ciągłe komplementy i końskie zaloty. Rozczulający panowie. Niesamowite doświadczenia. Mnóstwo praktycznej wiedzy z psychiatrii. Choć przed pracą myślałam, że dużo wiem o psychiatrii - teraz rozumiem, że jeszcze wiele przede mną. Zrozumiałam lepiej ten świat. Poczułam, że to jest to.

Na nowo zachwyciłam się moją pracą. Od nowa i wciąż. No i rozbudziły się moje uśpione zapędy psychologiczne, czego owocem jest decyzja o zmianie oddziału.
Praca z pasją. Coś wspaniałego.. :)



Jeszcze smaczek z ostatnich dni:

- Przypomina mi pani taką panią z W11. (Tu pada imię/nazwisko.)
- Być może. Nie wiem, nie oglądam W11.
- Albo nie, taką jedną z "Trzynastego posterunku"...
- Może. Mogę pana jednak zapewnić, że to nie ja. ;)
Pacjent odwraca się, wychodzi, i jeszcze komentuje:
- Ona też nie ma oczu, i w ogóle...


109. czas zmian i przemyśleń

Sprzątałam po porannym smażeniu naleśników i do głowy przychodziły mi uwalniające myśli. Mózg trawił mnóstwo przeczytanych tekstów. Na http://tumnieboli.comhttp://www.kroliczekdoswiadczalny.plhttps://emocje.pro. Nocami, na dyżurach, i w kuchni, przy śniadaniu. I w czasie, który celowo temu nie poświęcam - a czytam, scrolluję, pochłaniam kolejne inspirujące teksty.
Chcę wszystko.

Wszystkiego mieć się nie da.

Wyluzuj, odpuść - myślę sobie teraz. 
Daj sobie żyć.

Żeby pracować nad zaprzestaniem spóźniania się potrzeba pozwolić sobie na organizację.
Przyszło mi do głowy, że chyba funkcjonuje we mnie takie przekonanie, że organizacja, poukładanie, porządek w sprawach - to zło. To brak spontaniczności i beztroski, które są nadrzędnymi wartościami. Czy ja tak właśnie nie myślę? Nie chcę zabierać się za organizację, bo zrobię się nudna. Wybieram spontaniczność. Nieregularność. Chaos. Zakładam, że czas dostosuje się do mnie. Zdążę zrobić wszystko, co zaplanuję. Albo jak nie wszystko, to to, co zrobić potrzebuję - po prostu zdążę. Nie chcę poświęcać więcej uwagi i czasu na rzeczy, w moim przekonaniu, tego nie warte. Na dojazd. Na pakowanie. Na przygotowywanie. Nie mierzę się z rzeczywistością, nie konfrontuję z realnie przewidywalnym czasem na dane (nudne) czynności, tylko zakładam, że czas dopasuje się do mnie. Co ciekawe - nie dopasowuje się nigdy. A ja się wciąż spóźniam. 

Chodzi mi po głowie, że kiedyś uważałam siebie postrzeganą przez innych za zbyt uporządkowaną. Zorganizowaną. Przewidującą. Niespontaniczną, nudną. Takie zamglone skojarzenia gdzieś z czasów szkolnych. I poszłam w tą spontaniczność. Żeby nie być nudną. Żeby życie nabrało barw. Żeby działo się! I gdzieś noszę w sobie to przekonanie, że organizacja jest bezsensu. Że zabija to, co wartościowe.

Że liczy się efekt, a nie proces.

Kolejne przekonanie to zachłanne dążenie do szczęścia, na maksa wykorzystywanie tego, co tu i teraz - bo kto wie, kiedy zdarzy mi się jakiś wypadek, nadejdzie choroba, koniec świata, tragedia. Wszystko się może zdarzyć i to wszystko się naprawdę ZDARZA. Tego dowiedziałam się pracując na intensywnej terapii. Rzuciłam tę pracę i ruszyłam w podróż autostopem. Wyciskanie życia. Tak mi się wydaje, że to wtedy się zaczęło (?). Zachłanność na dzianie się. Na intensywność doznać. Wielki lęk przed tym, że stracę ciekawie okazje. Nie wykorzystam szans. A ja chcę podróżować! Chcę pisać, fotografować! Być sławna! Mieć pasjonującą, kreatywną, prestiżową pracę! Śpiewać! Nauczać innych, prowadzić wykłady! Być autorytetem! Oprowadzać po wystawach! Znać się na sztuce! Doceniać tu i teraz i być mistrzem uważności! Mieć mnóstwo przyjaciół i brylować w towarzystwie! Od razu stawać się ekspertem w każdej dziedzinie, za jaką się zabiorę! Nie przegapić żadnej okazji na ciekawe, inspirujące wydarzenia i spotkania! To wszystko trzeba robić szybko, naraz, zaraz, bo kto wie, co będzie jutro?

I tak się szarpię.
Tak uciekam w marnowanie czasu. Czytam te blogi, teksty, oglądam hipsterkatoliczkę, słucham wywiadów, przeglądam facebooka i klikam w ciekawe wydarzenia i artykuły. Nasycam się treściami.
To nie jest tak, że to wszystko jest złe. (O tym też czytam w przeróżnych tekstach). 

Ale ja to robię z przekonaniem marnowania czasu. To nie mieści się w planie, który jest napięty i pełen zadań nie do zrealizowania w danym odcinku czasu. Nie planuję czasu na facebooku, czasu na youtube, czasu na czytanie inspirujących treści - tylko robię to uciekając od innych rzeczy, które miałam zaplanowane do zrobienia. (Na przykład teraz miałam spać po nocnym dyżurze...). Uciekam w treści. Chcę ciągle robić coś ciekawego, szkoda mi czasu na zajmowanie się monotonnymi czynnościami - które jednak mam wpisane w plan, a od których uciekam. Łatwo się rozpraszam. Brakuje mi bardzo silnej woli. Chwytam dziesięć srok za ogon jednocześnie. I zakładam, że tak powinnam. Tak trzeba, bo życie jest krótkie! Wszystko na raz.
Chaos.

Świat przeładowany informacjami. Zewsząd bodźce. (O tym też czytałam nie raz). Za dużo!

NIE DA SIĘ ZROBIĆ WSZYSTKIEGO!

Wybór - to zawsze utrata tego, co nie wybrane.
Wybór to rezygnacja.
Ale bez wyborów trudno dążyć do celów, realizować plany, spełniać marzenia...

I kolejne gubiące mnie przekonania - o tym, że zawsze może być lepiej. Jadę rowerem, pięknie świeci poranne słońce, rozglądam się po świecie wokół.. A mogłabym jechać rowerem! Zajmuję się realizacją twórczych potrzeb - a mogłabym wreszcie posprzątać! Realizuję plan - a mogłabym ogarnąć samochód!
Trzeba wybierać. A po wyborze oglądam się za siebie, co zostawiłam niewybrane.
(Właśnie, i stąd też może moje łatwe rozpraszanie się. Pojawiają się kolejne możliwości wyboru, szanse - idę za tym, próbuję. Nie jestem wierna wybranej ścieżce tylko ciągle schodzę na boki).

Nie jest mi z tym dobrze.
Szamoczę się ze swoim wewnętrznym krytykiem. Z roziskrzonymi emocjami budowanymi o niedobre o mnie zdanie o sobie w sobie. 

Potrzebowałam to wszystko wypisać.

Chciałabym odpuścić. Coraz wyraźniej dostrzegam, że taka szarpanina nie prowadzi mnie w dobre miejsca. 
Nie muszę zwiedzić całego świata.
Nie muszę żyć w podróży.
Nie muszę zrealizować wszystkich swoich pomysłów i planów.
Nie muszę kliknąć w każdy ciekawie zapowiadający się link do inspirującego tekstu.
Nie muszę znać się na wszystkim.
Nie muszę spełniać wszystkich oczekiwań wobec mnie.
Nie muszę być na siłę szczęśliwa ciągle i bez przerwy. 
Nie muszę zakładać, że wszystko ma iść po mojej myśli.
Nie muszę wymagać od czasu i całego świata, żeby dostosowywał się do mnie.
Nie muszę być we wszystkim za co się zabieram dobra.
Nie muszę ciągle się krytykować i obwiniać.
Nie muszę mieć na wszystko czas.
Nie muszę porównywać się z innymi.
Nie muszę wiedzieć wszystkiego.
Nie muszę z okna widzieć lasu.
Nie muszę zawsze być w takiej sytuacji, jak lubię.
Nie muszę ulegać swoim zachciankom, chwilowym przyjemnościom.


Mogę popełniać błędy. Wyciągać wnioski z porażek. Iść przed siebie pomimo tego, że daleko mi do doskonałości i do realizacji wszystkich wyobrażeń o samej sobie.

Mogę odpuszczać.
Mogę przestać dążyć do doskonałości.

Chcę realistycznie spojrzeć na świat. Na CZAS. Na to, że NIE DA SIĘ ZROBIĆ WSZYSTKIEGO. I to normalne. 

Po prostu być. Może bardziej jednak dostosować siebie do życia niż życie do siebie?
Cieszyć się tym, co jest.
Akceptować niedoskonałości, z których przecież składa się wszystko wokół.
Uśmiechnąć się do siebie.
Pozwolić sobie być sobą. Po prostu.



c z a s   z m i a n

Wczoraj (no właśnie - spóźniona i w nerwach...) otworzyłam drzwi mieszkania dla panów składających naszą kuchnię. Bardzo skonkretyzowała się więc wizja naszej niedalekiej przeprowadzki.

Zatem: zmiana. 
Bardzo się na nią cieszę. Chcę ogarnąć przestrzeń wokół siebie tak, żeby było dobrze. Praktycznie. I po prostu: ładnie. Minimalistycznie na naszą miarę. Prosto, ale tak, żeby mi się podobało. Z różnymi elementami, które cieszą na co dzień. Po swojemu.
Czekam na to z radością.. :)

I znów: chcę jednocześnie jeździć w góry. Chodzić tu, tam, spotykać się ze wszystkimi, korzystać z życia. I jest niezadowolenie, i poczucie niespełnienia.

A naprawdę chcę: cieszyć się tym, co tu i teraz. Tą przeprowadzką. Tą zmianą. Tym wyczekiwanym przejściem na swoje. Zrobieniem po swojemu. Po naszemu. Nareszcie mieszkanie znów tylko we dwójkę... Tęsknię za tym. Bez skrępowania żeby być u siebie.

I widok z okna przecież wcale nie musi być wymarzony.
Cieszyć się tym, co jest. Chcę bardzo!
Razem z B. tworzyć nasz wspólny dom... :)
Warto!


Kolejna zmiana wraz z nadchodzącą wiosną - praca. Doczekałam się oficjalnej informacji o przeniesienie na oddział, na który chciałam się dostać. I nagle okazało się, że to teraz, zaraz, już - za tydzień! Cieszą mnie miłe słowa od osób z którymi pracuję. Że szkoda że odchodzę. To chyba pierwsza praca, w której zbudowałam prawdziwie dobre (?) relacje z współpracownikami. ;) Kurcze, no, też mi żal stamtąd odchodzić!

Lubię psychiatrię. Teraz zrobiło się tam całkiem fajnie. Zmiany, weszły w życie nowe i lepsze praktyki. Podoba mi się. Pacjenci też teraz w dobrym zestawie. ;)

Zewsząd słyszę głosy zdziwienia i niezrozumienia mojej decyzji zmiany. Ale też słowa, że to dla mnie rozwój. Czy nie o to mi właśnie chodziło? O rozwój.

Czy nie będzie mi jednak brakowało tej adrenaliny? Tego nieprzewidywalnego? Nie wiem, może.
Nie dowiem się, jeśli nie spróbuję.

Teraz, gdy to już tak blisko, obawiam się. Myślę, czy to dobra decyzja. Żal mi opuszczać te koleżanki, które lubię i te ciągle nowe ekscytujące historie z pierwszych stron portalów informacyjnych. 

Historie. Pomyślałam ostatnio, że to właśnie to, co fascynuje mnie w psychiatrii - ludzkie historie. Ciągle i ciągle zaskakujące. Zadziwiające i zdumiewające. Anegdotki o szaleństwa studentów AGH zupełnie blakną przy historiach choroby moich pacjentów.
Od zawsze ciągnęło mnie do psychiatrii. Zaczynając od "Lotu nad kukułczym gniazdem" i spektakli Teatru Telewizji. Zdecydowanie tematy psychiatryczne były zawsze w ścisłym kręgu moich zainteresowań.

Myślę też, czy ta moja fascynacja jest dobra? 
Póki działam dla dobra pacjenta - wydaje mi się, że tak.
(Obym działała...)

A teraz zmiana. Z ulicy (dosłownie) przyjmowanych najciekawszych przypadków przejdę na zmotywowanych do terapii Młodych Gniewnych. Albo i nie gniewnych, ale mocno skrytych w sobie.

- Czym się zajmujesz w pracy?
- Konteneruję emocje.

Obawiam się trochę tego Freuda. Z jednej strony to wszystko mnie bardzo cieszy, czuję, że to może być powtórka z fascynujących lekcji polskiego w liceum ;) - te symbole, znaczenia, podświadomość, interpretacje, analizowanie. To jest to, do czego mnie ciągnie w sposób wielki też chyba... od zawsze. No i moja praca ściśle związana z rozmową. Na tym się opierająca. To jest przecież dokładnie to, czego chciałam! I obowiązkowe uczestniczenie we wszelkich grupach terapeutycznych - no to przecież moje marzenie niezrealizowane na tym oddziale... 
Z drugiej strony - sam język psychoanalizy ze skoroszytów przeraża. No i nie wiem jak się w tym odnajdę. Czy dam radę. Czy mam ku temu predyspozycje?... 

Mam taką myśl, że, zgodnie z teorią o której przecież pisałam pracę licencjacką ;), to będzie też droga rozwoju dla mnie samej. Na to liczę. 

Ten oddział to legenda dla mnie już od czasów studiów. Coś tam o nim słyszałam i robiło to na mnie wrażenia.
I oto - pracuję w miejscu, którego historią i okolicznościami się zachwycam. Którego klimat mnie fascynuje. Liznęłam prawdziwej, żywej, ekscytującej, ostrej psychiatrii. A za tydzień mam zacząć prace na legendarnym dla mnie oddziale, gdzie pielęgniarki robią czteroletni kurs psychoterapii... 
Czy to nie piękna realizacja marzeń? :) 

Zmiany, dobre zmiany... Wiosno, przychodź śmiało! :)



A w któryś prawdziwie zimowy czwartek były takie piękne chwile zachwytu: rynek nocnie oświetlony, stosunkowo pusty jak na możliwości wieczorne rynku. W końcu jakiś bury styczeń, mróz. Kałuże wśród brukowanych kostek odbijają światło latarni. W roli głównej: muzyka... Saksofonista pod dawnym empikiem. Ubrany jakoś tak trochę reagge, trochę rasta, klimatycznie. Snuł melodie z głębi duszy. Przeszywające do cna. Idealnie wkomponowujące się w ten późny wieczór po śpiewie i końcówce spotkania Pod Jaszczurami "duchowość a psychoterapia". Tak po prostu - pusty rynek, ciemna noc, środek zimy i ten saksofon.
Nie mogłam się nasycić. Nachłonąć tej chwili, tej muzyki serca.
Obezwładniająco zachwycające.

Obraz i rytm muzyki mówią innym językiem / Jakub Julian Ziółkowski

 Nie chcę archiwizować. Chcę tworzyć. Potrzebuję sztuki jak ożywczego głębokiego oddechu. Karmię się kontaktem ze sztuką, nasycam. Twórczoś...