117. łagodne perspektywy ciepła pod sercem

Równo siedem lat po pierwszym zobaczeniu się, pierwszych wspólnych górach i pierwszych naszych rozmowach - pierwszy raz robiłam test ciążowy.

Wyraźna jedna kreska.
(Rzeczywiście, test na narkotyki robi się podobnie.)

Ciepło w sercu, gdy wspominam ten czas. Chciałam go jakoś złapać, uchwycić, uwiecznić. Przemeblowanie w głowie. 
A to już prawie miesiąc minął.

Nowe perspektywy. Na łagodność i odpuszczenie. I jakaś ulga, odetchnięcie, zrzucenie z siebie ciężaru. Paradoksalnie.
Złapanie bardzo konkretnego, wyraźnego, sensownego celu. Jakby wszystko zrobiło się prostsze.
A tu jedna kreska.

Pierwsze podejrzenie, pierwsze gorączkowe obliczanie - popłoch, przerażenie. Tragedia, wszystko runie. Złość. Rozlewanie żalu. Pomstne myśli. Złorzeczenia.
Nie brzmi to dobrze. 
I jeszcze presja, jakie moje napięcie, niechęć do dziecka ma wpływ na płód! 
Wszystko nie tak!

Ale chyba dzień nie minął, a przemeblowanie w głowie powoli się zaczęło.
Chyba od momentu ustalenia, że mogę zaufać. Że naprawdę nie jestem z tym sama. Że to nie tak, że zrealizują się te najgorsze wizje. 
Powoli zaczęłam widzieć inaczej zupełnie, niż do tej pory. Miało to dotyczyć mnie. Bardzo konkretnie i realnie - to JA miałam zostać MATKĄ. Doświadczenie rodzicielstwa właśnie NAS miało dotknąć.
Ile można! Ile perspektyw, ile nowych horyzontów!
Jaki to niesamowity cud!
I to przedziwne doświadczenie, jak bardzo nic w tym nie zależy ode mnie.
Na sam ten moment stworzenia nowego istnienia - absolutnie nie mam wpływu.
Jak i na jedną czy dwie kreski na teście.
Niezależnie od tego, jak chcę, jak zaplanuję, jak przemyślę i wybiorę - będzie tak, jak jest. Nie tak, jak ja bym chciała czy nie chciała.
Nie mam wpływu. Dzieje się. Wydarza.
Stwarza się nowe istnienie z Miłości.
Pierwszy raz tak to przeżyłam. Tak popatrzyłam, tak doświadczyłam dogłębnie. Tak bardzo z bliska i naprawdę. Zachwyciłam się tym. Zafascynowałam. Pomimo, że nie po mojej myśli, że inne plany, że mieliśmy raptem za chwilę ustalać ze znajomymi wspólną podróż do Ameryki Południowej - przyjęłam, że może być inaczej. Jaka to była cudowna ulga, jaki luz, łagodność i spokój...


Dobrze to sobie przypomnieć. Bo dziś rano znów rozwalałam z Bogiem w Słowie całe wieże z presji, napięć, konieczności, przymusowych według mnie obowiązków, które sama sobie narzucam na ramiona i brnę, brnę przed siebie. Przez chaszcze, szukając ścieżek, których nie ma. Po swojemu, samodzielnie. Napięcie rośnie, frustracja się powiększa... aż do momentu wybuchu.

Tu też nie pisałam o przepięknym doświadczeniu października. Złotej jesieni. Tygodniu pod Jasną Górą. W małym, leśnym, jesiennym parku. Pełnym słońca, milczenia i czasu. 
Prostota. Powolne odpuszczanie. Godzenie się na rzeczywistość. Wdzięczność. Łagodność. Po prostu bycie. Coraz większe zaufanie Bogu. I coraz nowsze błędy, codziennie robienie inaczej niż chciałam. I Bóg, który przyjmuje. I Bóg, który nie wymaga doskonałości. I Bóg, który jest BOGIEM, nie człowiekiem.
I ja, która nie jestem i nie będę idealna. I w ogóle wcale nie o to chodzi.
I można nie wiedzieć, można się mylić, można wybierać nie te drogi. I to niczego nie skreśla. Codzienne nowe wybory. I decyzje, kogo w swoim życiu stawiam na pierwszym miejscu. Za każdym razem na nowo.
Przepiękny to był czas. Bardzo dużo mi dał. Tak niesamowicie bardzo właśnie tego potrzebowałam.
A potem francuskie góry. Znów obłędne słońce, jeszcze bardziej zachwycająca jesień. Dużo spokoju, akceptacji, radości mnóstwo. Rozmów, obserwacji. Odpoczynku w pełni.
Rewelacyjny urlop, choć zupełnie nie spodziewałam się, że może być tak dobrze - tyle czasu, osobno, inaczej niż bym zaplanowała.
Trochę ryzyko - rezygnacji z kursu wspinaczki i wybranie się na powtórkę ignacjańskich rekolekcji w ciszy, na których już przecież byłam po maturze. 
Nie w moim stylu takie powtórki.
Bardzo było warto.

A to wybieranie właśnie - co dzień na nowo. To nie tak, że raz się zbuduje w sobie pokój, i on będzie trwał. Po pierwsze - o własnych siłach to tylko się motam. Po drugie - to praca u podstaw tak bardzo na co dzień. 
To mozolnie burzenie moich konstrukcji założeń. Myśli, które są niepodważalne i szaleńczo logiczne. Przekraczanie siebie. Samej przed sobą przyznawanie się to coraz to nowszych pomyłek. Godzenie się na to, że nie mam racji, mimo że uparcie przy tym trwałam. Przed Bogiem pokazywanie samej siebie - i wtedy jest lepiej. Bo On nie jest moim surowym krytykiem. On zna mnie lepiej niż ja sama siebie. On przyjmuje. On kocha w sposób niepojęty. On jest inny, niż mi się wydaje. On jest Bogiem. On nie dopasowuje się do moich misternych planów i zamierzeń. On jest, Wieczny i Nieskończony.








Obraz i rytm muzyki mówią innym językiem / Jakub Julian Ziółkowski

 Nie chcę archiwizować. Chcę tworzyć. Potrzebuję sztuki jak ożywczego głębokiego oddechu. Karmię się kontaktem ze sztuką, nasycam. Twórczoś...