Wyłuskiwanie spomiędzy twardych, ostrych łupin pestek łagodności. Wrażliwość która rozmiękcza. Kosmyki włosów w nieładzie. Delikatne piegi od słońca, które nie są niepokojącą wysypką. Rysy łagodnieją w przestrzeni rozumienia. Wielkie tragedie. W głowie ciężary nie do udźwignięcia. Przyjmowanie tego co przyjąć innym trudno. Wyjątkowość. To pociąga. Przyciąga. Ciekawi. Mami niemożliwym. Zwyczajność szarzeje i powszednieje jeszcze bardziej. Zakazany owoc kusi, odwracam oczy.
To nie mogłoby się udać. To nie ma prawa bytu. Nie ma najmniejszej szansy zaistnienia.
Pragnienie... czego właściwie? Bliskości. Takiej nierealnej bliskości. Przylgnięcia. Stopienia się. Bycia jednością. Bezpiecznie, łagodnie. Spokojnie, ciii, cichutko, już wszystko dobrze. Już nic nie grozi.
Jest blisko. Najbliżej. Niemożliwie najbliżej jak tylko można w niemożliwości.
To właśnie się nazywa przeciwprzeniesienie?
Przytulenie tak bliskie, że nie do zaistnienia.
Bycie lekiem na całe zło. Na wyłączność. Na najbliższą bliskość. Do przeniknięcia się nawzajem. Zlania. Scalenia. Sklejenia.
A realność bawi. Jest żywa i prawdziwa. Ruchliwa, bystra, mruga filuternie okiem. Bliskość która nie pożera. Realna bliskość która pozwala być odrębnym.
A ponoć żeby wejść w te zaburzone formy relacji trzeba mieć samemu coś z tego. Dla sadysty potrzebny masochista. Dla pogranicza potrzebny podobny głód ekscytacji. Jakaś część odpowiada na te słodkie nawoływania...