To nie mogłoby się udać

Wyłuskiwanie spomiędzy twardych, ostrych łupin pestek łagodności. Wrażliwość która rozmiękcza. Kosmyki włosów w nieładzie. Delikatne piegi od słońca, które nie są niepokojącą wysypką. Rysy łagodnieją w przestrzeni rozumienia. Wielkie tragedie. W głowie ciężary nie do udźwignięcia. Przyjmowanie tego co przyjąć innym trudno. Wyjątkowość. To pociąga. Przyciąga. Ciekawi. Mami niemożliwym. Zwyczajność szarzeje i powszednieje jeszcze bardziej. Zakazany owoc kusi, odwracam oczy. 

To nie mogłoby się udać. To nie ma prawa bytu. Nie ma najmniejszej szansy zaistnienia.

Pragnienie... czego właściwie? Bliskości. Takiej nierealnej bliskości. Przylgnięcia. Stopienia się. Bycia jednością. Bezpiecznie, łagodnie. Spokojnie, ciii, cichutko, już wszystko dobrze. Już nic nie grozi. 
Jest blisko. Najbliżej. Niemożliwie najbliżej jak tylko można w niemożliwości. 

To właśnie się nazywa przeciwprzeniesienie?


Przytulenie tak bliskie, że nie do zaistnienia.
Bycie lekiem na całe zło. Na wyłączność. Na najbliższą bliskość. Do przeniknięcia się nawzajem. Zlania. Scalenia. Sklejenia.


A realność bawi. Jest żywa i prawdziwa. Ruchliwa, bystra, mruga filuternie okiem. Bliskość która nie pożera. Realna bliskość która pozwala być odrębnym.



A ponoć żeby wejść w te zaburzone formy relacji trzeba mieć samemu coś z tego. Dla sadysty potrzebny masochista. Dla pogranicza potrzebny podobny głód ekscytacji. Jakaś część odpowiada na te słodkie nawoływania...

119. a gdyby tak wrócić do pisania niepożytecznego?

Całe godziny siedziałam przed wordem. Kolejne kolorowe dyskietki zapełniały coraz to nowe początki obiecujących powieści. Zdania wielokrotnie złożone, naszpikowane epitetami. Kocio-zielono-niebieskie oczy i włosy w kolorze blasku słońca. Kolejny powód do przekopania skarbów piwnicy i spotkania się z sobą z przeszłości.

Wracamy z biegu B., wycieraczki pracują, koła rozchlapują kałuże wody. Myśli puściłam samopas. 

I przyszła chęć na pisanie. Przez drogę podróżniczego bloga, który nie do końca jednak spełnia moje twórcze potrzeby. Coraz to na nowy sposób przychodzą do mnie pomysły robienia czegoś niepożytecznego. Nieuzasadnionego praktycznością. Prozaicznie niepotrzebnego. Wbrew przez chyba kilka ostatnich lat wykutym życiowym zasadom - przydatności, potrzebności, praktyczności. Jak studia, to przydatne. Jak pisać, to poradniki. Albo chociaż użyteczne raporty w pracy. Jak śpiewać, to tak żeby zaraz po próbie było praktyczne uzasadnienie jej sensu. 

Zaczęłam chodzić do MOCAK'u coraz częściej. Zaczęłam myśleć o warsztatach śpiewu. Zaczęłam nie szukać uzasadnienie każdej podejmowanej czynności.

Ponad rok temu zaczęłam pracę w miejscu najmniej praktycznym w mojej branży, najbardziej poetyckim i dzielącym włos na czworo. Bardziej przypominającym lekcje polskiego w liceum niż biologii.

Teraz zaczęłam myśleć o twórczym pisaniu. Bez konceptu, założeń, przydatności, szans na wykorzystanie. Bez doszukiwania się dotarcia do publiki.

Nawet nie bajki autoterapeutyczne. Nawet nie łapanie chwil w słowa.

Dla siebie, dla tworzenia. Pisać bez uzasadnienia.

Może wymyślać fabuły? Jak przez mgłę pamiętam fascynujące podróże do świata wyobraźni. Stwarzanie nowych osób, ich historii, motywów zachowań, dialogów.
Albo nielogiczne i zbyteczne podróże w abstrakcje.
Coś takiego jest gdzieś po notatnikach na dysku. Całkiem dość z niedawna.
Pozwolić sobie na takie tworzenie, po prostu.

W swoim stylu pomyślałam od razu żeby założyć specjalnego do tego celu bloga. Ale złapałam się na sobie - po co? Może być tu. To i tak bezpieczne miejsce. W statystykach pojawiają się jakieś wejścia, ale jedyny widniejący komentarz do posta dodałam sama sobie. ;)
Ciekawe, czy ktoś to rzeczywiście czyta?

Nie ma znaczenia. Właśnie nie o to chodzi.
Artykuł w podróżniczym czasopiśmie już mam. ;) Podobnie jak i występ w telewizji w podróżniczym programie i głos w studenckim radiu w audycji o poezji. Haha. Moje narcystyczne parcie na szkło. ;)

Tym razem nie o to chodzi, by zaistnieć przed innymi.
Bardziej - by istnieć przed samą sobą.

118. niedziela na chorobowym

Wierzę, że długi sen leczy.
Jak i działa profilaktycznie przeciw chorobom.
Długi sen - antidotum odkryte w tym sezonie.
Pozwalanie sobie na spanie.
Wyspany poranek po wczesnym wieczorze. Wigor wraca.

Wracając z kościoła nad stawami spontaniczne spacery. Słońce tak piękne. Wiosna nadchodzi nieubagalnie - to właśnie mówiło to słoneczne niedzielne południe. Ludzie z wózkami, psami, dziećmi, chmary ludzi wynurzyły się do tego wytęsknionego słońca. Hamaki. Tak wyjątkowe w lutym. Bujanie pod niebieskim zimowym niebem. Śmiech. Wspomnienia styczniowej Barcelony. Tak ciepło i dobrze. Karmienie przejedzonych łabędzi. Obserwowanie ptasich ruchów i zwyczajów jak zawsze pasjonujące. Radość. Przed obiadem w jadłodajni jeszcze pusta, cicha rzeka zza uschłych traw. Nurt niezdecydowany. Słońce, spokój, woda, przestrzeń ukryta w mieście.

Obraz i rytm muzyki mówią innym językiem / Jakub Julian Ziółkowski

 Nie chcę archiwizować. Chcę tworzyć. Potrzebuję sztuki jak ożywczego głębokiego oddechu. Karmię się kontaktem ze sztuką, nasycam. Twórczoś...