64. Łąki u schyłku lata...

Poranek rześki, zapowiadający dobry dzień. Rowerowe przemierzanie bliskich okolic. Jak kiedyś. 
Ledwo obudzone, mokre porannie trawy mile głaskały po stopach. 

Wycieczka do miejsc wspomnień. Nagle się okazało, że to właśnie dziesięć (!) lat mija od pamiętnej szkolnej wędrówki w czarodziejsko jesiennym kamieniołomie... Na razie jednak schyłek lata. Upał i rozgrzana zieloność koron drzew. Nareszcie dowiedziałam się, gdzie szukać tego magicznego miejsca ze wspomnień...

Powietrze rozgrzane, południe wrześniowe. Jeszcze lato. Zapachy zintensyfikowane, atakują nozdrza. Jakby węch stawał się dominującym zmysłem. Zapachy ciał, zapachy potu, szamponu do włosów, dezodorantów i perfum, mijanych ludzi, współtowarzyszy drogi i samej siebie. Zapachy trawy i leśnej ściółki, woń kwiatów jak wiosną, choć to przecież schyłek lata. Znane miejsca, tak bliskie sercu - z innej, choć wcale nie nowej perspektywy nieodwiedzanych łąk. 

Czyjąś obecność (lub jej brak) czuć już od progu. Zdjęte buty w przedpokoju (lub ich brak) to jedno. Jednak jest jeszcze w powietrzu wisząca czyjaś obecność (lub jej brak), wyczuwalna już tuż po otwarciu drzwi...



A wczoraj włosów czesanie, babskie gadanie, się zwierzanie. Tak dobrze. Wspólny czas, tak po prostu, bo jest. By pójść w łąki u schyłku lata z piosenką Comy na ustach. W sentyment. Suchy lód z pudełka, szukanie kasztanów, chodzenie boso po trawie w parku.

Łap, łap, łap te chrzanowskie chwile... Schyłek lata, schyłek bycia tu - tak po prostu.
Rozrasta się we mnie nostalgia do miejsc dzieciństwa. Do przestrzeni tak bliskich sercu. Do klatki schodowej wieżowca z perspektywy urwanej drogi. Do polanki za drewutnią, gdzie wiosną kwitną słoneczne mlecze. Do ulico-parkingów, spokojnych, sennych, stonowanych w swoim trwaniu. Do odrapanych balkonów, i tych odmalowanych. Do sklepu, który kiedyś nazywał się inaczej i można było w nim kupić proszki do stworzenia domowych lodów.
Jakby tęsknię, choć tu na razie ciągle jestem...


Już drugi raz śniło mi się, że nie wiedząc o tym - zjadłam rybę. Tłumacząc sobie we śnie, że to nic strasznego. Choć i panikując. Sama sobie wyjaśniam symbolikę tej fobii, poszlaki się zgadzają - ale może to moja własna perspektywa, a nie obiektywna prawda?
Ciekawie, ciekawe czy fobia minie wraz z następstwem zdarzeń nadchodzących najpewniej...





63. Ognisko przedjesienne i niedziela

Pokój z oknem na chłodną stronę.
Balkon tonie w słońcu.
Wróciły wrześniowe upalne dni.
Wiatr wieje. Fioletowy wrzos, czerwone kwiaty i żółte papryczki kołyszą się zgodnie z podmuchami.
Czas płynie.
A ja się boję.


To były dobre chwile. Przygotowania, nocne zakupy. Największe spożywczo-alkoholowe zakupy życia. Południowy targ w poszukiwaniu potrzebnych warzyw. Uroki targów małomiasteczkowych. Swojskie życie i obycie. Potem szybkie krojenie, szybkie sałatki, szybkie szaszłyki. Na styk, dotarliśmy i ruszyło. Piękne przedślubne ognisko. Tak wiele dobrych, bliskich ludzi wokół, tak mało czasu by z każdym sowicie porozmawiać. Tyle by się chciało, czy każdy czuje się dobrze? Na szybko. Dużo radości, nakręcenia, zaskoczeń miłych. Przed lodówkę w namiocie - "do kuchni" przenosiła się na chwilę impreza wybranych. Ognisko pośrodku, stoły pełne ludzi wokół. Świeczki rozświetlały mrok. Cudowne dyniowe ciasto vege. Przemiłe papierowe pranie na korkowej tablicy i całe mnóstwo podarków wywołujących najszczerszy uśmiech. Tak wiele dobrych słów. Poczucie wsparcia społecznego. ;) Bieganie pomiędzy stołami, pomiędzy tymi, którzy przycupnęli. Od grupki do człowieka, od człowieka do grupki, by jak najwięcej z tych szybko mijających chwil wycisnąć. I nagle nadchodziła już północ, i wiele bliskich osób ruszyło w powrotne swe drogi. Została garstka. Czas nareszcie zjedzenia czegoś na spokojnie, rozmów płynących swoim rytmem, nie w pośpiechu i z mnóstwem myśli "na za chwilę" w głowie. Choć kiełbasę z ogniska zjadłam dopiero na niedzielne śniadanie. Po nocy przespanej na ławce przy ognisku. Pierwotne ciepło z ognia. Patrzenie w ogień. Płomienie muskająco oplatały drewniane bale. Chwile dla ogrzania myśli. Dobry sen, bez podmuchów zimna czy dymu w twarz nastał gdzieś po 4.30. Osiadały znad wody zalewu mgły nad światem. Jesienne mgły? Muzyka ciągle grała, cała płyta Lao Che o Powstaniu Warszawskim nocą przesłuchana. Rano słońce pojawiło się dopiero po 8, gdy świat przetarł się, otrzeźwiał z nocnego zamglenia. Wcześniej pobudka, ognisko ciągle palące się, stoły posprzątane w czasie snu, jasność dnia już panująca. Poranna kiełbasa, spróbowanie sałatki, dojadanie i dopijanie resztek. Piwa zostanie na dwa lata co najmniej. Chyba że wcześniej zrobimy jakąś wiekszą imprezę znów. ;)

Dopołudnie niedzielne to był piękny czas. Biegania po piasku, tańca i podskoków, muzyki płynącej nad poranny, niedzielny, zaspany i leniwy świat. Gapienia się w niebo. W słońce. Kawa poranna najlepsza. Rozmowy o naszym wspólnym baniu się. Strachu dzielonym. Ładnie tam nad tym zalewem. Niedzielny spokój poranka trwał. Ludzie z psami spacerowali w rytm naszej muzyki z głośników do laptopa przypiętych. Plaża nad wodą. Wodą ciepłą, rozchlapywaną stopami. Spokój wokół. To był taki dobry czas, czekania na otrzeźwienie. Po prostu był, mógł być.

A gdy już słońce zachodziło odnaleźliśmy Kamień. Byłam na nim raz, z kimś innym, i chyba nie na samym jego szczycie. Było zimno, bo to luty lub marzec. Wiatr mroźny, pocałunki mokre. Dawno. Teraz żółcą się z góry widoczne nawłocie, świat ciepły i schyłkowy. Dzień niedzielny i lato u schyłku. Na samym szczycie, gdzie przestrzenią zachłysnąć się można, opowieść o cudownym śnie, w którym jechałam sankami po kolejowych torach wśród pól. Długo i bardzo radośnie. Wyśniłam to na piątym piętrze na os. 2 Półku Lotniczego. Gdzie dużo, dużo obfitych rozmów i tak dobrze razem dziewczyńsko. Warkocza nie było, a goździk okazał się kwiatem trwałym. A tej wczorajszej niedzieli już na dole słońce zaszło, a gdy znów wbiegłam na kamienny ostaniec wciąż zachodziło nad horyzontem drzew. Podwójny zachód słońca. Jak Mały Książę. A czy było mi tak smutno, że kochałam zachody słońca?


pierwszy zachód



i drugi zachód

Sama na Szczycie Świata. Odśpiewywałam w przewrotny rytm klaskania Pieśń Zachodzącego Słońca. ;)
Taka po prostu radosna twórczość. Melodia popłynęła, zaistniała, wybrzmiała w tamtym właśnie momencie. Prosta, z serca, dla samego bycia.
Piękne chwile.






Obraz i rytm muzyki mówią innym językiem / Jakub Julian Ziółkowski

 Nie chcę archiwizować. Chcę tworzyć. Potrzebuję sztuki jak ożywczego głębokiego oddechu. Karmię się kontaktem ze sztuką, nasycam. Twórczoś...