Poranek rześki, zapowiadający dobry dzień. Rowerowe przemierzanie bliskich okolic. Jak kiedyś.
Ledwo obudzone, mokre porannie trawy mile głaskały po stopach.
Wycieczka do miejsc wspomnień. Nagle się okazało, że to właśnie dziesięć (!) lat mija od pamiętnej szkolnej wędrówki w czarodziejsko jesiennym kamieniołomie... Na razie jednak schyłek lata. Upał i rozgrzana zieloność koron drzew. Nareszcie dowiedziałam się, gdzie szukać tego magicznego miejsca ze wspomnień...
Powietrze rozgrzane, południe wrześniowe. Jeszcze lato. Zapachy zintensyfikowane, atakują nozdrza. Jakby węch stawał się dominującym zmysłem. Zapachy ciał, zapachy potu, szamponu do włosów, dezodorantów i perfum, mijanych ludzi, współtowarzyszy drogi i samej siebie. Zapachy trawy i leśnej ściółki, woń kwiatów jak wiosną, choć to przecież schyłek lata. Znane miejsca, tak bliskie sercu - z innej, choć wcale nie nowej perspektywy nieodwiedzanych łąk.
Czyjąś obecność (lub jej brak) czuć już od progu. Zdjęte buty w przedpokoju (lub ich brak) to jedno. Jednak jest jeszcze w powietrzu wisząca czyjaś obecność (lub jej brak), wyczuwalna już tuż po otwarciu drzwi...
A wczoraj włosów czesanie, babskie gadanie, się zwierzanie. Tak dobrze. Wspólny czas, tak po prostu, bo jest. By pójść w łąki u schyłku lata z piosenką Comy na ustach. W sentyment. Suchy lód z pudełka, szukanie kasztanów, chodzenie boso po trawie w parku.
Łap, łap, łap te chrzanowskie chwile... Schyłek lata, schyłek bycia tu - tak po prostu.
Rozrasta się we mnie nostalgia do miejsc dzieciństwa. Do przestrzeni tak bliskich sercu. Do klatki schodowej wieżowca z perspektywy urwanej drogi. Do polanki za drewutnią, gdzie wiosną kwitną słoneczne mlecze. Do ulico-parkingów, spokojnych, sennych, stonowanych w swoim trwaniu. Do odrapanych balkonów, i tych odmalowanych. Do sklepu, który kiedyś nazywał się inaczej i można było w nim kupić proszki do stworzenia domowych lodów.
Jakby tęsknię, choć tu na razie ciągle jestem...
Już drugi raz śniło mi się, że nie wiedząc o tym - zjadłam rybę. Tłumacząc sobie we śnie, że to nic strasznego. Choć i panikując. Sama sobie wyjaśniam symbolikę tej fobii, poszlaki się zgadzają - ale może to moja własna perspektywa, a nie obiektywna prawda?
Ciekawie, ciekawe czy fobia minie wraz z następstwem zdarzeń nadchodzących najpewniej...