Obraz i rytm muzyki mówią innym językiem / Jakub Julian Ziółkowski

 Nie chcę archiwizować. Chcę tworzyć.

Potrzebuję sztuki jak ożywczego głębokiego oddechu. Karmię się kontaktem ze sztuką, nasycam. Twórczość wypełnia, koi i odżywia.


W lipcu brałam sztukę pełnymi garściami, jak czereśnie (na które tego lata zaczęłam przejawiać alergię...).

Tego potrzebowałam. Tego potrzebuję.

Marzę o połączeniu pracy terapeutycznej z pracą twórczą. Jak doświadczenie psychorysunku, tylko jeszcze bardziej w wolności i po swojemu. Chcę energii grupy, tworzenia, otwartości, nadawania znaczeń, odkrywania.

Nie chcę skrupulatnie wypisywać, umieszczać na uporządkowanej chronologicznie liście.

Ale boję się że zapomnę. Martwi mnie to jak bardzo męczy mnie praca. Męczy mnie moje życie? Przed ostatnim dniem pracy w gabinecie przed urlopem zarwałam nockę. Teraz zostałam z deficytem snu, łatwym rozdrażnieniem.  


Nadaję znaczenia. Ciekawe, na warsztatach w MOCAKu z tworzenia obiektów malarskich odkryłam tak dużą różnorodność. Mi zależało na znaczeniu, warstwach sensu. 


Chciałam przyjrzeć się Stokrotkom Věry Chytilovej.


Właśnie zobaczyłam że "Stokrotki" obejrzałam w grudniu 2013... 10 lat.

Zatem po 10 lat od zobaczenia filmu powstał obiekt malarski.

Chciałam opowiedzieć o relacji dwóch Marii. Jak odbicia siebie, nierozłączne. Symbiotyczna dwójka, uzupełniają siebie i wypełniają. A może wcale to nie tak? Tworzyłam i znaczenie z sensem przychodziło podczas tworzenia.

Oparłam się na obrazie którego część jest od dawna moim awatarem. Wycięłam z niego jasną Marię, pozostawiłam brunetkę i drzewo - to drzewo poznania dobra i zła? Jak Adam i Ewa w rajskim ogrodzie, tylko że to dwie Marie na łące. Z brunetką łatwiej się identyfikuję, i co ciekawe - odbieram blondynkę jaką tą lepszą, brunetkę jako gorszą, mniej atrakcyjną, będącą bardziej tłem dla koleżanki. Choć obie wydają się połówkami jednej całości i panuje między nimi symetria, równość, wzajemne odbijanie siebie.

Chciałam w obiekcie malarskim zawrzeć tą zależność - dwie kobiety, odbicie siebie, pomiędzy nimi drzewo poznania. Myślałam o dwóch trójkątach i kole. Tak jak na fotosie. Trójkąt, koło, trójkąt, taki układ. Myślałam o połączeniu tego, zawarciu w geometrii. Doszłam do połówki koła połączonej z trójkątem - razem ze swoim odbiciem. Wycinając ten kształt, połączenia trójkąta z połową koła, zaskoczyłam się, gdy po otwarciu ukazał się kształt serca. Nie takie było zamierzenie, ale może jest to głębsza warstwa znaczeniowa filmu - bez miłości pozostaje destrukcja?... Brzmi naiwnie. I może nie tak należałoby o tym pisać. Wracając. Zależało mi żeby forma był stała - nie rozkładała się i nie rozjeżdżała, funkcjonowała jako trójwymiarowy obiekt. Szpilki w grzbiecie które utrzymują i zatrzymują przed rozłożeniem ukryłam pod taśmą, zakleiłam zdjęciami, zamalowałam farbą - myślałam przy tym o odniesieniu do filmu, gdzie szpilki destrukcji nieudolnie ukryte są pod warstwą blichtru.

Zależało mi na uchwyceniu w trójkątach jak najbliższego odcienia sukienek dziewczyn. Koło jest zielone z czerwonymi i żółtymi kółkami - jak drzewo i owoce. Każdą stronę obiektu chciałam poświęcić przedstawieniu jednej Marii. Osią jest kluczowy fotos - przedzielony na pół, razem widoczny tylko od góry, nie łączący się na grzbiecie. Drzewo przedarte na pół trudno zidentyfikować. Przedzielenie odbiera znaczenie. Przyjrzeć się pojedynczej Marii można dokładnie tylko z boku - wtedy druga jest niewidoczna, jednak bez siebie nie istnieją. Są częścią tego samego obiektu, nierozdzielnie. Symetryczne pozostają połówki fotosu z drzewem oraz bohaterek w kukurydzy, również to zdjęcie przedzielone na pół, Marie istnieją samodzielnie. Brunetka na swojej czerwonej jak jej sukienka części ma wyraziste zdjęcie z początku filmu, blondynka na różowym trójkącie dodatkowo ma dwa zdjęcia - geometryczne na łóżku i z bliska w wianku. Obiekt malarski ma też wewnętrzną stronę - tam na niedbale, nie w pełni pokrytym farbą, trudno dostępnym wnętrzu ukrywa się fotos będący zapisem zniszczenia. Blondynka wśród bałaganu, na łóżku, będącego preludium tego co dzieje się w finale filmu.

Obiekt buja się, jest chybotliwy, co gra z treścią Stokrotek. W transporcie zniszczyła się część czerwona brunetki - niedoschła farba podarła się, dając niewielki dostęp do styropianowego wnętrza obiektu. Uznałam, że zniszczenie mechaniczne ma też swoje znaczenie i jest tutaj wartością dodaną do obiektu.

Farba pokrywa obiekt niedbale, nie jest on zachwycający wizualnie, bardziej przypomina dzieło ze szkolnych lekcji plastyki - miks kolażu zdjęć i farby. 

Zależało mi na oddaniu sensu który ukazywał mi się w miarę tworzenia. Ciekawe jest dla mnie to jak do sztuki można podchodzić w różny sposób, czego doświadczyłam na tych warsztatach. I to że w tej jednej przestrzeni niekoniecznie znajdę zrozumienie - nie od każdego. Moje poszukiwania sensu są dość.. hm, niezbyt często spotykane. A może bardzo związane z samotnością? I dlatego trudno w tym się spotkać?

Ciekawe dla mnie też teraz że czytając wpis sprzed niemal 10 lat o czeskich filmach widzę... jak samą siebie przypominam. Jak samą siebie nadal rozumiem. Jak potrzeba kontaktu ze sztuką, tworzenie jest rdzeniem mojej tożsamości. Stałą niezmienną. Nie chciałabym o tym zapominać, jak bardzo jest to dla mnie ważne, jak bardzo potrzebuję się tym karmić.

To ciekawe co znalazłam właśnie na filmwebie: opis innego filmu  Chytilovej, "O czymś innym" z 1963 roku. Trzy lata przed Stokrotkami.

Vera (Vera Uzelacová) i Eva (Eva Bosáková) prowadzą zupełnie odmienne życie ale łączy je to, że obie są nieszczęśliwe i desperacko chcą wyrwać się z rutyny i codziennych trudów. Eva jest gimnastyczką i całe dnie spędza na treningach. Nie miała czasu na założenie rodziny, choć zawsze tego pragnęła. Obiecuje sobie, że po najbliższych mistrzostwach świata skończy ze sportem i rozpocznie nowy etap w życiu. Vera natomiast jest przykładną żoną i matką. Zajmuje się domem i tak bardzo pochłonęła ją monotonia codziennych obowiązków, że nawet nie spostrzegła kiedy upłynęły jej te najlepsze lata pełne wielkich planów i ambicji. Teraz chce coś zmienić, a drogą do tego ma być znalezienie sobie kochanka.



W MOCAKu w lipcu byłam najpierw z Bartkiem na warsztatach ze Spółdzielnią Muzyczną. O współczesnej muzyce która mnie zadziwiła. Ale też nie pociągnęła. To jednak bardzo inspirujące doświadczenie było. Partyturą naszego utworu stały się obrazy Nowosielskiego: "Dziewczyny na statku" i "statek niewolnic"



Nasze instrumenty nawiązywały do morza i statku, nawet ubrani byliśmy w motywy marynistyczne ;) Poszłam za głosem, przywołaniem obrazu do mnie, i samo się już dalej działo... Dźwięk pałki uderzającej o butelkę. W rytm kobiet na statku - im bliżej, tym głośniej, im dalej tym ciszej. Po kolei, jedna za drugą, z zachowaniem odstępów które mają od siebie. Bartek chodził w kółko dźwięcząc łańcuchem. Mieliśmy jeszcze kilka innych gadżetów z całego stołu wybranych, które przypominały odgłosy statku i morza. Bardzo mi się to podobało, że Bartek był w tym ze mną razem, była zabawa, i wspólna przestrzeń tworzenia czegoś dziwnego, nieoczywistego w przestrzeni MOCAKu, bardzo fajna sprawa.


Sztuką karmiłam się już początkiem lipca na OSPA pod Rycerzową. I na Rycerzowej, gdzie boso weszłam po wschodzie słońca. Las, góry, ta przestrzeń - tylko ja i przyroda. Czytałam "Zapiski wariatki" Aleksandry Młynarczyk-Gemzy w cieniach drzew. Piosenki innej Aleksandry - Dereż i gitara jej hiszpańskojęzycznego partnera czarowały. Cudownie. Leżałam w śpiworze pod sceną, a potem na Beskidomaniakach wrzało, gdy inny chłopak ze śpiwora poszukiwał dziewczyny w zielonym śpiworze. Zabrało mnie to w miejsca gdzie dawno nie byłam. Och... "Rafał jakiego znam nie robi takich rzeczy".

Wędrówka w Beskidzie Żywieckim była gorąca i samotna. Wtedy trochę smutno, ale teraz wspominam to z dużym ciepłem. Piękny czas. Aleksandry inspirowały, natura zachwycała. Spałam pod gołym niebem, trochę zmarzłam, trochę podziwiałam księżyc i gwiazdy... bez żadnego problemu po krótkiej nocy z zimna wstałam na wschód słońca. 


W cudowne podróże zabrało mnie też kino. Wyciągnęło z ponurych odmętów. Niebieskoblada "Kobieta na dachu", pełna prawdy o życiu, szczerości i wiarygodności psychologicznej. Przepiękny film, głęboki. Smutny i bardzo, bardzo dobry.

"Duchy Inisherin" również uznałam, że zasługują na Oskary. Wielość znaczeń i rozumień, sprzecznych ze sobą. Piękny film, puste krajobrazy. Myśli o przyjaźni versus tworzeniu towarzyszą mi ciągle, zmieniając swoje mocne punkty nacisku rozumienia.

"Słoń" to też był piękny film, choć dużo uboższy o prawdę i wiarygodność. Ale czarujący, porywający bliskością i uczuciem bohaterów, muzyką i ich tańcem... No i Podhale w absolutnie przepięknych zdjęciach. Zostają w pamięci i przypominając je sobie cieszę się tak bardzo, że je zobaczyłam.


Podhale grało też w wystawie w Manggha. Tatry jak dobrzy znajomi na obrazach sprzed stu lat. Detale grani, górskich skalnych grzbietów. To rozczulało i dawało poczucie wspólnoty.

Z szerokim kontekstem Fudżi i innych gór w sztuce japońskiej. Dwie strony tej samej górskiej rzeczywistości. Trochę jak kompozycja z mojego obiektu malarskiego ;)

A wcześniej oprowadzanie Pawła Bownika po Podszerstku. Bardzo mi było blisko do artysty, aż szkoda że nie porozmawialiśmy - ale nie zebrałam się na taką odwagę... Chłonęłam jego słowa i rozumienie całą sobą. Od początkowego sceptycyzmu do pełnej fascynacji i oddania. 

Karmienie się sztuką. Życie sztuką. Sens sztuki i tworzenia.

Aż kupiłam sobie książkę z wystawy żeby być dłużej i bliżej z Bownikiem.;)

A jeszcze wcześniej noc jazzu. Ciepła, lipcowa noc. Po "Duchach Inisherin" wegański ramen, przygoda, i cypryjska grupa jazzowa w piwnicy pod baranami. Wciągnęła mnie ta muzyka, bliskość artystów, ich pasja, oddanie, coś niesamowitego...


Sup o poranku na zakrzówku, chłopcy zrzucający siebie z desek do wody, przełamujący schematy. Skały, spokój wody, ponowny balans żeby wstać na deskę, i coraz z tym łatwiej. 

Wieczór wcześniej joga na zakrzówku. Wyczekane, wytęsknione doświadczenie. Potem zakwasy, ale fajny flow, księżycowa vinyasa, cudne połączenie ruchu, jogi, kontaktu z naturą. 

A potem jeszcze zabawy sportowe ze świata Bartka w Parku Bednarskiego.

I na zakrzówku jeszcze ognisko, ukochany dixit, dużo śmiechu, fantazji, swobody, pysznego jedzenia. Dzielenia się sobą, poznawania, radości. Natura, gwiazdy, bliskość, grupa, ogień. Lipiec.


I jeszcze, jeszcze głośna "Barbie" z Renią i B. Ubrałam się i umalowałam jak na Barbie przystało, dużo mi to frajdy sprawiło. Z Renią na schodach w parku bednarskiego z widokiem na płonące zachodem niebo pomiędzy gałęziami drzew. Film burzący, wprowadzający zamęt. Trudno o tym myśleć, ale warto. Układa się. Sobie. Co ja myślę, co JA uważam?


Lipiec. Bogaty, obfity, karmiący sztuką, doznaniami, przyrodą.

Tyle się wydarzyło!


"Tego lata poczułam że na nic nie jest za późno"

bo może moje życie

tak bardzo nie różni się od życia mojego psa?


oboje jesteśmy i doświadczamy świata

a świat doświadcza nas

przez ograniczony ale nieokreślony wcześniej terminowo czas


może nic więcej od mojego psa

ani od maciejki w doniczce na balkonie

nie muszę w życiu osiągnąć?


może jestem równie wolna jak pszczoła nad kwietną łąką

mojej balkonowej doniczki

albo jak jerzyki szybujące po czerwcowym niebie

i tak jak one zależna 

od tego co ode mnie nie zależy



nowy wyczekany laptop pobudza do rozmyślań po obiedzie (kremowe risotto z bazylią)

„Co piąta osoba badana stwierdziła że pandemia całkowicie zmieniła jej plany.”

Czy pandemia zmieniła mi plany? Czy to jakaś niezrozumiała moc zaklnęła rzeczywistość? Siła, która zmieniła oczekiwane obroty świata?...

Przed pandemią w wigilię 2019 roku myślałam jak to będzie za rok… Może to już święta w poszerzonym składzie? A może w stanie błogosławionym? I cały ten adwentowy czas oczekiwania będzie szczególnie bliski?..

Potem wycieczka do Włoch – ciągle nie w ciąży, ale miły mały city break. Że może po powrocie… A może tam we Włoszech… Lot po luz, do Bari po raz pierwszy. A potem świat się zatrząsł. Wszystko co przewidywalne runęło. Z każdym kolejnym miesiącem nadziei było wiele, że może nadejdzie upragnione ciążowe L4, i uwolni z tego szalonego kołowrotku lęku… Lecąc do Bari po raz drugi, we wrześniu 2021, pierwszy raz samolotem po wybuchu pandemii, takiej nadziei już nie było. Nie było obliczania czy przypadkiem… a może jeszcze trochę była? Zadziwia, że to trzy lata już minęły. Trzy lata od pogrzebu nadzei?

Nie, pogrzeb wrósł w bardziej ponury czas krótkich, grudniowych dni. W sam raz przed kolejnym Bożym Narodzeniem. Coraz bardziej smutne wigilie. Tego Bożego Narodzenia 2021 wigilii nie obchodziłam w ogóle. Teraz myślę że to był dobry wybór – decyzja zadbania o siebie. Praca  w ciągu wigilijnego dnia była dobrą wymówką. Nie chciałam robić sobie tego tak dosadnie – konfrontować się z umarłą nadzieją wobec radości z nowonarodzonego.

Teraz nie lubię Bożego Narodzenia. Mówię to z perspektywy rewersu roku. Najdłuższe czerwcowe dni wobec najdłuższych ciemnych nocy. Przesilenie letnie. Noc Świętojańska. Midsummer.

Życie w czerwcu ma najwięcej oczywistego sensu. Niewiele trzeba się wysilać – życie po prostu buzuje, bucha, rozkwita. Jest pełne zieleni i prostej oczywistości. W grudniu do wszystkiego trzeba się przekonywać, szukać po omacku, w ciemnościach rozświetlanych zapachowymi świeczkami. Dużo wysiłku kosztuje wiara w sensowność przetrwania w grudniu. Milcząca osobista rocznica pogrzebu nadziei w tym czasie nie ułatwia.

Wracając… „Co piąta osoba badana stwierdziła że pandemia całkowicie zmieniła jej plany.”

To pandemia zmieniła mi plany? Czy to moje plany na bycie matką, tak odważne i zuchwałe, zmieniły świat w pandemiczny obłęd?...

Pożyczyliśmy stół od sąsiadów z dołu, dodatkowe krzesła od Justyny i Marcina z 90 metrowego mieszkania po prawej. W podziękowaniu z krzesłami świąteczne pierniczki. Dużo zapału i energii, pierwsza wigilia u nas na mieszkaniu. Kupiliśmy obrus, żeby było zupełnie odświętnie. Bartek gotował swój mocno buraczany, intensywny barszcz, ja pewnie makiełki. Choinka z tui świecąca na czerwono za oknem. Kilkuletni bratanek Bartka dodawał świętom jeszcze więcej sensu swoją dziecięcą radością. Nie pamiętam tych dań wigilijnych ani prezentów, ale pamiętam dobrze te błogie myśli o rodzinnych świętach. O własnych dzieciach, na które się decydowaliśmy. To był taki kamień milowy myślenia o macierzyństwie dla mnie, te święta. Jeszcze rok wcześniej spóźniający się w listopadzie okres przerażał, że może to pokrzyżować nam plany podróży do Ameryki Południowej. Bardziej chciałam wtedy tej podróży niż dziecka. A wigilia 2019, już po naszej Ameryka Express, przypieczętowała słodkie myśli o zupełnych zmianach w życiu. Gotowość do ruszenia ku tym zmianom. Jakąś naturalność i proste dobro w tym.

No to zaczęliśmy… Odważnie zadecydowałam: tak, chcę być matką.

Doniesienia o wirusie kiełkowały, ale wydawały się tak odległe i nie dotyczące naszego świata.

Jeszcze nie ciąża, więc na szybko może ostatnia podróż przed ciążą – włoskie Bari.

Okazało się że to ostatnia podróż przed pandemicznym końcem świata. A ciąży jak wtedy nie było, tak dotąd nie ma.

I czy mogę już odważnie i zuchwale powiedzieć: może tej ciąży już naprawdę nigdy nie będzie? Nie chcę być matką / i co ty na to? / nie będziesz tatą

Nie wiem czy chcę / rozmnażać się / nie wiem czy chcę / ciąg dalszy swój mieć

Od lipca mają znieść ostatecznie obowiązek maseczek w placówkach ochrony zdrowia. Ponad trzyletnia pandemiczna podróż zatoczyła koło.

Czy to też moja podróż od rozkwitającej nadziei macierzyństwa do zakończenia żałoby po śmierci tej nadziei?

 

Pandemia kształtuje młode pokolenie. Nowe doświadczenia. Załamanie porządku znanego świata, wszystko na chwiejnych podwalinach, w niepewności jutra i ciągłości zmian. Przecięcie tradycji, wstrzymanie inicjacji, rytuałów wchodzenia w dorosłość. Bałam się perspektywy porodu w odizolowaniu, w tych szalonych zmiennych zasadach, rodzenia dziecka w maseczce na twarzy… Sąsiadka z naprzeciwka naprawdę w tę ciążę zaszła i szybko poszła na ciążowe L4. Ciągle wtedy miałam coraz boleśniejszą nadzieję że nasze dzieci mogą być równolatkami…

Leon w październiku skończy trzy lata. Zdążył już doczekać się siostry. Prawie równolatki z najmłodszym sąsiadem z dołu.

My zajmujemy się wychowaniem psa. Dwu i pół letniego białego boksera. Który zupełnie nie miał być zamiennikiem dziecka.

Te sytuacje ze szczeniakiem chyba były zderzające z myślą, że nie chcę takiego ojca dla mojego dziecka, jakim mógłby być mój mąż. Teraz nie wiem dalej czy chcę takiego partnera dla siebie jakim jest mój mąż.

Obecną terapię zaczęłam chyba w chwilach początku bolesnego umierania nadziei. Latem 2020, zatem to już blisko równe trzy lata temu. Pamiętam uciążliwe flashbacki, zostałam sama z pandemią, problemami z płodnością i odpamiętaną traumą z dzieciństwa. To trauma, o której mówiłam z ogromnym trudem wydobywając z siebie słowa, popchnęła mnie do nowej terapii. Dwa tygodnie temu powiedziałam z dużo mniejszym trudem o tych sytuacjach, i jeszcze innych, w grupie kilkunastu osób na selfie. Trudem mniejszym a i tak dużym. Ale już bez problemów z oddychaniem i zatykaniem się płaczem. Trochę wstydu, potem zażenowania, ale duża ulga. Czy mogę już zuchwale i odważnie powiedzieć, że zamykam ten rozdział?.. Im częściej powtarzane są traumatyczne wspomnienia, tym normalnieją? Stają się jednym z wielu różnych życiowych doświadczeń, zamiast jednym z największych?...

Nadzieja na macierzyństwo umarła. Czy to też tak, że nie mam już wiary we mnie-matkę? Teraz bardzo bałabym się być matką. Ale też najzwyczajniej - nie chcę. Nie widzę miejsca na dziecko i na siebie-matkę w moim życiu teraz. Na moich pacjentach ćwiczę bycie agresywną matką, która nie zabija. Tzn właśnie nie ćwiczyłam, a raczej tego unikałam. Takie bardzo na świeżo konfrontacje z tym na superwizji i własnej terapii. Że podporządkowywałam się, unikałam swojej agresji. Poddawałam się. Rezygnowałam z siebie, nie trzymałam granic, gubiłam swoją złość.

Nie wiem, może kiedyś dojrzeję do bycia matką? Powróci taka tęsknota, i realnie stojąc na rzeczywistym gruncie uznam, że chcę i nie boję się, że będę taka jak własna matka. Pewien spokój i pokój daje myśl o możliwości adopcji. Kiedyś. Może. Nie muszę.

Może to właśnie wcale nie tak, że bycie matką to kolejny "level"? Może to bardziej jakaś opcja. Jedna z życiowych możliwości. Można być matką, można być panią dla swojego psa, można być singielką, można być zakonnicą, można żyć w podróży, można mieć partnerkę. Można być programistką, pielęgniarką, terapeutką albo kucharką. Jest wiele możliwości w życiu. I to chyba nawet nie równolegle, tylko po prostu - różnie można, po swojemu. 

Intensywnie pracuję nad sobą. Tak to widzę, że to intensywne i trudne. Niewygodne. Dla mnie i dla osób obok.

Mój tata ciężko zachorował, na raka płuc, czekamy na początek radioterapii, która może okazać się nadzieją na zdrowie, albo ryzykiem większego chorowania.

To taki czas gdy mało mam sił. Mniej, niż bym jakoś od siebie oczekiwała? Nie wiem. Mniej, niż bym przypuszczała. Rezygnuję, odpuszczam dość dużo, jak na siebie dotąd.

Za to sporo czytam, nie tylko branżowej literatury.

Szukam siebie sprzed lat. Odkrywam na nowo, kim jestem. Myślałam że jestem już gdzieś daleko... a to chyba wciąż początek nowej drogi.

Może to symbolicznie czas zakończyć żałobę po umarłej nadziei? Może już zakończyłam, może potrzebowałam tej podróży przez pisanie, żeby to uznać i celebrować.

Witaj, Nowy Świecie :)

woda z cytryną w szklance z luksfery

 (1)30 dzień stycznia wczoraj. Długi ten miesiąc. Jak lipiec, tylko że to styczeń, i smakuje inaczej. 

Hugo w krainie zabawek. Przynosi kolejne wyprane pluszaki. Podskakuje z nimi, podrzuca. Przepływ zakurzonych worków maskotek, gromadzonych w ciemnych piwnicach, wypchanych wspomnieniami sprzed lat. Ożywają w psim pysku. Inaczej. 

Nawet jak chcę napisać coś pogodnego to wychodzi jakoś smutno. Też jakby słowa były kanciaste, o ostrych rogach. Puzzle które napuchły z nawilgoconej starości i nie pasują do siebie.

A chciałam napisać bo poczułam inspirację. Nowy napływ poczucia sensu.

O 4 rano budzik Bartka wyciągnął mnie z miłego snu. Bardzo to było przyjemne się przebudzić, bo sen roztopił się na rzeczywistość. Śniła mi się pani Jaśko, nauczycielka polskiego z liceum.

Sprawdzając jak ta nauczycielka teraz się nazywa odbyłam właśnie podróż w przeszłość. Do strony internetowej liceum. Zapisałabym się do kółka teatralnego i poszła do klasy humanistycznej. Robiłabym śmiało zdjęcia, nie zrezygnowała ze szkolnej gazetki. Już by mnie teraz nie ciągnęło do PCK, a bardziej do szukania miejsca do śpiewania... 

Sztuka. Twórczość. Literatura. Przyjemność wysokiej kultury. Śniło mi się że chcę pani Jaśko podziękować, podarować jej jakieś kwiaty, napisać na kartce jak jestem wdzięczna. Ona dała mi pojedycznego kwiatka, doceniła, pochwaliła. Ja chciałam jej powiedzieć że to dzięki niej się rozwijam, że psychoterapia ma tyle wspólnego z językiem polskim, że szukam nowych narracji, że to od niej usłyszałam o psychoanalizie i Freudzie. Że to u niej na lekcjach czułam się tak dobrze, to co mnie tak zajmuje było tam ważne i rozumiane. Chciałam jej powiedzieć jak ważny to był czas w moim życiu. Znowu byłam na lekcji polskiego w liceum, znowu to było wciągające i otwierające nowe drzwi. Znowu czytanie miało bardzo dużą wartość, literatura piękna mogła wybrzmieć w omówieniach i przyglądaniu się motywom, toposom, metaforom. Znów była na to specjalnie zarezerwowana przestrzeń, ustawowo wyznaczona.

Ptaki krążą po niebie. Drobne czarne sylwetki, na tle wielowarstwowego świata chmur. Taniec uwolnionego słońca. Chcę zrobić sobie tatuaż z sylwetką ptaka. Wolnego, szybującego po niebie. Wolność, powietrze.

No więc pani Jaśko. Obudziłam się z poczuciem, że sztuka, twórczość, zagłębianie się w to co "pod spodem" ma sens. 

Pomysł na własną wersję "Tam na rzece", z cymbałkami i swoją interpretacją.

Książka, której pomysł zrodził się latem.

Literatura, która wciąga. Jak kiedyś. Nie reportaże i podręczniki, po prostu dobra literatura. Metafory i wielość znaczeń. 

Powrót do tego z czym mi tak dobrze, tak blisko siebie. Ze swoim światem, po swojemu. Z tworzeniem, z czynieniem swojego życia pięknym. Wypełnianie się tym, fantazja zamiast paranoi. Wymyślanie projektów i realizowanie ich. 

Twórczość to życie.

Obraz i rytm muzyki mówią innym językiem / Jakub Julian Ziółkowski

 Nie chcę archiwizować. Chcę tworzyć. Potrzebuję sztuki jak ożywczego głębokiego oddechu. Karmię się kontaktem ze sztuką, nasycam. Twórczoś...