Załapałam się już na ostatki dzisiejszych ptasich sylwetek lecących w stronę rynku. Znacząco dzień rozbudza się coraz wcześniej.
Z niewyspania świat ostrzej wyraźniejszy. A czas rozciągnięty, jak wyżuta porozciągana guma, dociera ze spóźnieniem. Wolniej myśli znajdują swoje miejsca. I więcej rzeczy śmieszy absurdem.
Senny ogród botaniczny. Obkute porannym chłodem nagie drzewa, zmarznięta ziemia pod płatami zastałego śniegu. Świat odosobniony. I w powoli jaśniejącej porannej szarówce ciepłym światłem od wewnątrz otulone szklarnie. Jakby paliły się w nich przytulne ogniska.
Lubię synestezje - nawet zbyt.