20 czerwca 2014
Melancholia z gatunku tych przyjemnych. Rozpływanie, memlanie się w melancholii. Smakowanie pełnych zadumy i trwania chwil.
Aura taka dopasowana charakterem: niebieskie dziury w chmurnym niebie. Niewidzialne słońce (jak niewidzialna igła-widmo) przybierające w słoneczne barwy most, tam dalszą trawę, drugi brzeg.
Aura taka dopasowana charakterem: niebieskie dziury w chmurnym niebie. Niewidzialne słońce (jak niewidzialna igła-widmo) przybierające w słoneczne barwy most, tam dalszą trawę, drugi brzeg.
Szumią listki w koronach wysokich, wysokich drzew. Leżeć w trawie, z (nie tak) dalekiego zgiełku żywego miasta wyłapywać szeleszczenie liści, ptasie trele. Zapach traw. Te wysokie drzewa jak topole przy drodze. Jak te, gdy myślałam że umieram po przekłuciu uszu nad zalewem. I te przy łąkach, na których ja leżałam z kompotem na zakurzonych kocach z tapczanów, a dorośli grabili siano. Skakało się przez rowy. Łapało żaby. Wypatrywało bocianów. Grzało w słońcu. Jechało w szarym od pyłu drogi polonezie z grabiami. Trzeba było zamykać okna na polnej drodze, bo tak się kurzyło. Grabie trzeba było trzymać, przecinały w połowie tylne siedzenie, podskakiwały na dziurawej drodze. Lato dłużyło się niemiłosiernie, a potem nagle przychodził koniec wakacji. Trzeba było czytać "Tomka w Krainie Kangurów", a przy zachodach słońca omdlewać z zachwytu. Polowało się przez trzy tygodnie na słońca wschód - i ostatniego dnia był wyjątkowy. Niebo takie pełne barw nieziemskich, pora taka niezwykła, świat tak otwarty i nowy... Jeździło się traktorem po zielonkę. Wracało w klatce leżąc na świeżo skoszonej koniczynie. Gdy było jej mało, bo gdy dużo, to nie można. Kudłaty pies ufnie biegł za traktorem przez pola. Tak kończyły się długie, letnie dni. Ciepłe powietrze, cykanie świerszczy.