60. butelki plusk w wodę

Ach. To cudne, gdy potrzeba resetu mózgu, i taki reset następuje. Po słoweńsku i z ryżu. Była czerwcowa noc, jeździły po mostach pociągi i tramwaje, woda rzeki lśniła odbijanymi światłami. Mżył deszcz, ale co z tego. Rozmowy obfite. Tak dobrze. Przypomina się beztroska studenckiego życia - tak można! Butelki lądują w wodzie. Czas rozedrgany (aaale pamiętany!). Tak na luzie, z dystansem, z uśmiechem, z prostym cieszeniem się. Zrzuceniem ciężarów tworzonych w swojej głowie. Oj, potrzeba czasem takiego resetu...



A dziś te same okolice nad rzeką, choć wcześniejszą porą. Po ponurym, aż mrocznym poranku niespodziewanie wieczór pojaśniał. Zachodzące słońce cudnie rozświetlało drugi brzeg. Nie do nasycenia się rozmowy, pełne wigoru, pasji, zaangażowania i przejęcia. Tyle wspólnych obszarów do obgadania... Niekończące się pokłady zaciekawienia, wciąż mało i mało. Była kawa zbożowa z mlekiem w termosie i ciastka. Z Austrii i z tesco na Bratysławskiej*. Ach... w trawie przycupnął kubek z muminkową gromadką. Muminkowym domem, drzewami, stworkami. Muminkowym światem. Kubek najcudniejszy, zwiedził już trawy Chorwacji, teraz ugościł zbożową kawę nad Wisłą. A wcześniej koktajl truskawkowo-bananowy. Z truskawek, które za półdarmo, "bo mokre", i można z nich zrobić koktajl dziś - jutro już będą niedobre. Warzywniak na Rusznikarskiej. "U chłopa". Zachwyt we mnie ogromny wzbudza Pani tam sprzedająca. Jej serce na dłoni, pasja pracy w warzywniaku :). Uprzejmość ujmująca, dobre rady na temat owoców, sezonu, nowalijek i rodzajów czereśni. Niesamowite pęki szpinaku. Ach, uwielbiam to miejsce, z drewnianym wystrojem, zapachem ziemi. Natury.


* pod tesco na Bratysławskiej przegląd osobowości przeróżnych. Kwiaciarki od dwóch bukietów. Sami znajomi. Miłe słowa na witanio-pozdrowienio-pożegnania. Pan ze straganem z butami, zaczyna i kończy swoją pracę jak ja. Dziś trzy kolory klapek z olbrzymimi sztucznymi kwiatami, w kartonowych pudłach kusiły przechodniów. Pan z trzema zabawkami-traktorami na murku i tajemniczym płynem w szklanej butelce. Ktoś sika pod drzewem między dwoma chodnikami. Obok sezonowy drewniany stragan z truskawkami. Tętni życiem to skrzyżowanie Bratysławskiej z Rusznikarską. Koleżanka Ania w wieku emerytalnym radzi tamtędy nie chodzić zimowymi wieczorami. Bo od różnych typów w głowę można dostać. No nie wiem. Pewnie zimowymi wieczorami chodzić będę gdzieś indziej** (?...), tak czy inaczej - cóż takiego może wydarzyć się pod ciągle otwartym tesco?... Ludzie przecież nie są źli. Oni się boją.


** No właśnie, właśnie... Jaka to będzie moja droga z/do pracy w zimowe wieczory?.. Ha, lepsze pytanie - jaki będzie nasz dom?... Gdzie? W jakich kolorach pomieszczenia? Na którym piętrze? (oooj, marzy mi się mieszkanie wysooooko, wysooko...) Najpewniejsze ze wszystkiego jest łóżko - kupione dwa lata temu, czeka w S. Oooj... Wszystko urealnia się. Moje przypuszcznia-marzenia wypływają z nie-moich ust. Cudownie. Wspólna przyszłość... Radość wnętrze rozpiera. Dobrze, dobrze, ach, jak dobrze...

59. przytulić się do drzewa

Jest taka niedziela, która trwa Wiecznie. Czas sączy się leniwie. Ten czas jest na wszystko. Spacery nad Wisłą wyprzedzane truchtem. Muskanie słońca po zamkniętych powiekach. Świergoty zintensyfikowane, bo słuch się wyostrza. Czuć zieleń. Tylko Tu i Teraz, drzewo przygarnia. Świat natury jest blisko, jest się jego częścią. Kora pod dłońmi. Policzek na chropowatym pniu. Bliskość. Życie.


Muzyczne odpływanie w wenezuelskie melodie. Kubek czerwony w białe kropki. Azjatycko-afrykańska (?) kawa z kardamonem i cynamonem, prosto z włoskiej kawiarki. Lody tradycyjne, polskie, przyniesione przez Olę, czekały w zamrażalce na tę chwilę. Rożek intensywnie bakaliowy. Chwila z sobą, kawą i lodami. W kuchni, która ma swój klimat. Spokojnie. No i te wenezuelskie melodie z pokoju. Masturdating? ;)

58. w poszukiwaniu (nie)straconego czasu




Wypijam herbaty. Na przykład czarną o smaku czekolady z miętą, którą namiętnie częstowałam gości, bo taka ciekawa. Kawy wypijam także. Zbożową z orkiszem też, której na półkach sklepowych jeszcze się nie znajdzie. Prezent (znajomości w branży kaw zbożowych). Tym bardziej smakuje. Delektowanie się naparami. "Ogród miłości" w jasnozielonej czarze. Zalewany wielokrotnie, wciąż czarował sokami owoców. Rozmiękłe rodzynki.



Letnim wieczorem, nad rzeką, gdy trawy pachną bujnie, cały świat z zieloności szaleje, te podmuchy cudowne, fale powietrza to ciepłego, to chłodnego. Sowa na latarni! Przebieganie przez kolejne etapy wyczerpania i wylajtowania. Nieznane rejony swojej wytrzymałości. 13,5 km, proszę państwa! Najdłuższy przebiegnięty dystans w moim życiu! Jest się czym zachwycać. :)



Temat trochę z rynsztoka, zachwyty naturalistyczne. Oddawanie moczu gdzieś za krzakiem, zerkając, czy aby na pewno to miejsce odludne. Gdy ziemia paruje. Czuć intensywniej zapachy traw, ziemi, natury. Bliskość przyrody, bycia w środku świata prawdziwego. I pamiętam jak gdzieś między słoweńską Izolą a Koper była potrzeba pilna. I tam taki napływ cudownych tęsknot za byciem w drodze, spaniem tak na dziko, wędrowaniem, po lasach, polach, z dala. Aj. Sikanie wśród traw ma tyle uroku w sobie... ;)


I taka ulga, gdy zrzucenie ciężarów hormonalnych zawirowań. Przychodzi krew, poczucie otwarcia, i napływ normalności. I po prostu, bycie, najprostsze radości. Bez pierwszego, drugiego, trzeciego dna. Bez naciągania policzków do wymuszonego grymasu. Bez dylematów i lęków natury egzystencjalnej. Po prostu, istnieję ja i świat, i to jest wspaniałe. Taka ulga.





Zachwyty grami dla aktorów i nieaktorów. Odgrywanie emocji ze wspomnień. Inspirujące.
Potrzebuję inspiracji, nowości, poszerzania horyzontów. Tworzenia. Jak dobrze, że można.


Z tytułem magistra przeczytam nareszcie Prousta. Wypadałoby.



Spisuję marzenia. Czekają w marzymy.txt na spełnienie.

Obraz i rytm muzyki mówią innym językiem / Jakub Julian Ziółkowski

 Nie chcę archiwizować. Chcę tworzyć. Potrzebuję sztuki jak ożywczego głębokiego oddechu. Karmię się kontaktem ze sztuką, nasycam. Twórczoś...