Chciałam napisać bajki. Jedną o bieganiu. Takim biegu przez życie, kiedy gubi się siebie. W pogubieniu o co chodzi i co warto, tracąc to co się dzieje na bieżąco. W pościgu za coraz to lepszym, a nie wiadomo dlaczego i czym. Ucieka się od tego "dlaczego".
Drugą bajkę o zlewaniu się. Tak bardzo słucha innych, że się w tym zatraca, samą siebie gubi. Świat, inni, ona sama, wszystko zlewa się w jedno. Nie wiadomo co moje i co ważne. Dostosowywanie dominuje.
A może to jedna i ta sama bajka?
Patrzę na rozbłyskujące fajerwerki nad Katowicami trzy razy dłużej od innych i lubię to w sobie.
I przyjmuję, że taka jestem. Że jestem potrzebująca czasu i bycia z sobą. Potrzebująca kontemplacji, refleksji, sztuki, obserwacji. Ciszy do skupienia. Po swojemu. Nie muszę ani sobie nic udowadniać i spełniać co powinnam, ani dostosowywać się do innych. Jestem wolna w byciu sobą.
Zrozumienie siebie, dawanie sobie szansy na bycie sobą. Czas i przestrzeń.
Nie wierzę już w idee ratujące wszystko.
W okoliczności od których wszystko zależy.
W czarno-biały świat.
Nie wierzę że Katowice są najlepsze a Kraków totalnie zły, albo na odwrót, bez znaczenia. Nie wierzę że miejsce mieszkania determinuje moje szczęście.
Nie wierzę, że jak coś się wydarzy to już życie zupełnie się zmieni i nareszcie wszystko będzie dobrze.
Nie jestem popsuta, nie muszę się naprawiać.
To kluczowe. Szalenie ważne.
Ponad rok temu zaczęłam nieregularnie łykać kwas foliowy. Z przerażeniem listopadowym-imieninowym perspektywą macierzyństwa, a potem trochę z żalem, że to nie moje. Z uświadomieniem sobie, jak bardzo to ode mnie nie zależy.
Przez ponad rok perspektywa to przybliżała się niemal na wyciągnięcie ręki, to oddalała zupełnie za horyzont. Perspektywa czekała na podróż życia na inny kontynent. Ta podróż zmieniła wiele innych perspektyw, w zupełnie niespodziewany sposób. Potem perspektywa macierzyństwa to wywoływała niechcianą presję, to słodko i tęskno tliła się, przysłaniana jednak przez obawy, wstyd i popłoch. W trudnych chwilach wyrzucałam sobie, że z taką sobą jaką jestem nie nadaję się do bycia matką. Że to nie dla takiej mnie, że tylko zniszczyłabym komuś sobą życie. Strasznie to przykre, gdy teraz sobie to przypominam. Szkoda mi siebie. Chciałabym się samą pogłaskać po głowie, przytulić i powiedzieć, że tak nie jest. Że świat nie jest czarno-biały i można się złościć. Że silne emocje miną, że nie muszę niszczyć, spokojnie, ciii, będzie dobrze. To wszystko minie. To nie wypełnia całego życia, to tylko chwile. Matki to też emocjonalni ludzie z problemami.
Nie jestem popsuta, nie muszę się naprawiać.
Ściskały za gardło myśli o rezygnacji z wygody, podróży, życia, zmian. Ciągle węszyłam, jak to jest u innych. Jak można. Że są takie matki po Dolomitach wędrujące z trzyletnim synem, takie rozwijające swoje pasje, takie wchodzące na Giewont o wschodzie słońca, takie z którymi chciałoby się siedzieć i gadać, takie podobne do mnie i z pasją do życia i macierzyństwa. Takie kreatywne i śpiewające dzieciom, takie tłumaczące skomplikowany świat emocji, takie dające przestrzeń na siebie, takie mówiące "nie" w zgodzie z sobą i dla dobra rozwoju dziecka, takie zabierające je na próby śpiewu w czterogłosie przed pasterką.
Takie w moim wieku.
Chodziłam na terapię, czytałam, podglądałam. Koiłam zarówno swoje wewnętrzne dziecko, jak i to nieznane, tajemnicze moje przyszłe dziecko. Odrębny, samodzielny byt. Żeby być rodzicem, a nie posiadać dzieci.
W Boże Narodzenie przyszło pragnienie. Takie silniejsze od wątpliwości i myśli o stratach. Pierwszy raz tak silne pragnienie dziecka.
Przyszło nowe spojrzenie. Zgoda na to co przychodzi. Zgoda na zmiany i ograniczenia. Te ograniczenia już nie pojmowane jako straty, a bardziej jako okoliczności.
I radość na długi, wolny czas bez pracy, na L4 i macierzyńskim. ;)
Pojawiła się tęsknota. Poczucie, że to ten czas.
Czy ta tęsknota to właśnie instynkt macierzyński?
W dalszym ciągu jednak, niezmiennie, tak bardzo nie jest to zależne od nas.
I jeszcze myślę o tym że mogę robić, co sprawia przyjemność. Co cieszy. I nie muszę być w tym kimś, coś osiągnąć. Mogę po prostu, bo chcę i lubię.
Jakie to uwalniające...
Mogę śpiewać. Mogę roztapiać się śpiewając w czterogłosie, wyraźnie słysząc przy sobie tenor i swój z tym tenorem taniec głosem. Mogę fascynować się harmonią wspólnie tworzonych dźwięków, ich współgraniem. Mogę czytać ambitną literaturę. Mogę chcieć czytać więcej. Mogę interesować się sztuką. Chodzić do galerii i muzeów. Mogę pisać. Mogę kolorować. Mogę rysować. Mogę chcieć uczyć się wspinać. Mogę pragnąć wysokich gór. Mogę po górach wysokich chodzić. Mogę planować wędrówki po rumuńskich górach. Może ciągnąć mnie na wschód, mogę być ciekawa Rosji. Mogę chcieć przeżyć białe noce w Petersburgu. Mogę interesować się rodzicielstwem bliskości i porozumieniem bez przemocy. Mogę interesować się psychologią, psychiatrią i psychoterapią, mogę chcieć zostać psychoterapeutką.
Mogę wyjść na spacer w słoneczne popołudnie z niskim słońcem.