i jeszcze roślinne analogie

 Jak wiosną, tak i dojrzałym latem. Wszystkiego teraz obfitość, pełnia, gałązki uginają się od pomidorków. Słońcem spalone, wysuszone listki tego, co miało kwitnąć. I choć to bolało - wyrwałam. Wszystko, co zniszczone, wyrwałam. I wyłoniły się delikatne pędy groszku pachnącego, i nawet zakwitnął delikatny kwiat, jeden po drugim. I zrobił się większy roślinny porządek, i jaśniej, i estetyczniej.

Że życie to zawsze wybór. A za wyborem idzie stara. Życie to jednak strata jest. No że właśnie - nie da się wszystkiego na raz, eureka... że żeby umożliwić rozwój, to z czegoś trzeba zrezygnować. Pozbyć się. Wybrać.

wakacje inaczej

Poparzeniem słonecznym czerwieni się napięta skóra ud. Jak mięso.

Znowu przychodzi ochota na powrót do Schulza.


Sentymenty spojrzeń w dzieciństwo. Kajaki na wsi, tam sporo się zmienia, inny układ pokoi, inne uprawy na polach, dorosłe kuzynki. Wszystko jak wszędzie idzie do przodu. Byliśmy tam dzień i noc, i tęsknię, żeby zostać dłużej. Niesamowita cisza. Poranne ujadanie psów i pianie kogutów, a nie dźwięki śmieciarki z dołu. Rozległość pól wokół, ogromna przestrzeń. Każdy moment, każde skojarzenie przynosi jakieś inne wspomnienie. Żałuję że nie podotykałam więcej, nie zjadłam malin, nie poszłam na górkę, do obory, za garaże. Po drodze starszy pan i dziewczyna obskubują słonecznik, jak dziadziuś kiedyś. I nie rozumiem skąd te łzy, i aż taka duża tęsknota, i obawa, że wszystko mija. Że przemija i nie wróci. Boję się. 

Może to  zwiększona wrażliwość przy PMS i tym razem taki sentymentalny powód do płaczu. A może rzeczywiście aż tak to przeżywam. Choć wydaje mi się nadmiarowe. Smutno.

Symbolicznie wręcz wróciliśmy ze wsi rowerami do siebie do domu. (W kwestii domu tęsknię za przestrzenią, zielenią, ciszą i spokojem... Choć może tu warto praktykować wdzięczność - za to, co jest. Ale coraz częściej mówimy o chęci mieszkania w mniejszym, spokojniejszym mieście, bliżej przyrody. Że nie zostaniemy tu w tym mieszkaniu do końca życia... choć kto to wie?)

Zatem - rowerami ze wsi do Krakowa. 92 km. Do Miechowa tereny rolnicze. Tam na wsi byliśmy w samym sercu terenów rolnych. I kolejne znane mijane miejsca. Spalona podczas wojny Wywła, gdzie mieszkała babcia z rodziną. W 1944 pacyfikacja wsi. Wojenne obciążenia kolejnych rodzinnych historii, mojej też. Teraz cisza, w spokoju stoją sobie domy z ogródkami pełnymi kolorowych kwiatów. Dalej Sprowa. Nazwy, które dźwięczą znajomo w uszach, słyszane ciągle w dziecięce wakacje.

Upał. Przepiękne te pola na łagodnych pagórkach. Wygodne asfaltowe dróżki i pustka, czasem jakiś ciągnik, ale praktycznie brak samochodowego ruchu. Na rowerze doskonale. I tam śmigaliśmy wstążką drogi przez te połacie pól, kolorowych, słomkowych po ściętym zbożu, zielonych od koniczyny, brunatnych od ziemi. W Charsznicy zaskoczyły nas niekończące się pola kapusty. Ciemnozielonej, fioletowej, niebieskiej, bliskie sobie odcienie. Obłędnie to wyglądało - wszędzie kapuściane głowy, po horyzont, z małymi przerwami na inne poletka. I te wszystkie mijane wioski, takie urocze ogródki, kolorowo, kwieciście. Śliwki, zarośla, winorośla. Czasem trochę przez przyjemnie chłodny las. Życie toczy się swoim powolnym rytmem, w ciszy natury, przemykamy i jedziemy dalej...

Pełna sentymentów droga rowerowa. Też w niedzielny poranek, kiedy śmigaliśmy z Sędziszowa do rodzinnego domu mamy. To był spotęgowany spokój niedzielnego poranka, który dobrze znam. I coraz bardziej znajome tereny. Bloki w Sędziszowie, cmentarz przed lasem w Słupii, Rawka, bocian na kominie. Kopiec kosynierów wśród pól, tak dobrze znanych. Dróżki schodzone. Tam wyżej mała kamionka z owocami, mam takie zdjęcie w sepii gdy tam z Agatą podchodzimy z rowerami. Spacerowe ścieżki. Jakoś ciągnie żeby zostać tam dłużej. Żeby chłonąć, wspominać, przeżywać.


No i obserwacje społeczne. Cieszy mnie, że bardziej obserwuję, niż oceniam. Martwi rola alkoholu w życiu, a chyba wręcz zazdrość budzi bliskość takiej społeczności. Każdy jest znany, wymieniany w rozmowach, zauważany, każdy jest ważny. Wspólne dzielenie spraw, jasny kodeks zasad. Z góry określone role, nie trzeba się zastanawiać nad celem - bo on jest jasny. Wyraźny podział na to co kobiece i co męskie. Mężczyźni i chłopcy w większym towarzystwie podają rękę tylko sobie. Kobiety rządzą w kuchni. Środowisko, z którego pochodzę. I na takie role płciowe w moim życiu się buntuję. Chcę inaczej, a to jednak budowanie od początku. Z własnymi fundamentami, trudniej. A prościej byłoby budować na czymś już przez pokolenia postawionym... Myślę o tym co się powtarza, o kobiecym działaniu pod prąd, po swojemu. Wzdryga mnie jednak na porównania mojego związku do rodziców. Takiej surowości, sztywności, złośliwości mamy wobec taty - nie chcę. A bardzo rozumiem źródła, albo tak mi się wydaje. A jednocześnie dużo tego co bliskie i prawdziwe, wrażliwe, może nie raz przeczulone, bardzo zaangażowane i chcące jak najlepiej,  sumiennie i solidnie, nierozumiany przez innych perfekcjonizm. Tak, chciałabym więcej luzu, mniej głową, bardziej cipką, ale najbardziej znane mi jest przeanalizowanie i kontrolowanie. Bezpieczniej. Nie chciałabym też tego co od mamy pakować do worka - cechy negatywne. Trudno mi się w tym połapać, i może znowu za dużo myślę?

Zdecydowałam się na terapię - zobaczę, co dalej. Terapię jako drogę odkrywania siebie. Dla siebie.

I te aspekty systemowe, które chcę zagłębiać, poznawać, uczyć się takiego podejścia, rozumienia. Pomocy w taki sposób. Przekonuje mnie to...choć ciągle przemykają różne wątpliwości. ;)

Za dużo myślę? Bardziej na luz?...


Czasami czuję

Czasami czuję że dopadają mnie przedmioty. Że się z nich nie wyswobodzę.
Że nie podołam podporządkowania się rzeczom. Im surowym wymogom. Że nie ogarnę życia pod ich wymagające dyktando.
Że zupełnie nie nadążę za tym, jak być powinno.
Że nie dorównam.

Trochę trudno z tych myśli uciec. Bo to dopada obezwładniająco.

Ale może jednak prawdziwszy jest świeży powiew powietrza? Prawdziwszy jest spokój przy jogowym rozluźnianiu napiętych mięśni. Szczere proste życie jest wystarczające.

Obraz i rytm muzyki mówią innym językiem / Jakub Julian Ziółkowski

 Nie chcę archiwizować. Chcę tworzyć. Potrzebuję sztuki jak ożywczego głębokiego oddechu. Karmię się kontaktem ze sztuką, nasycam. Twórczoś...