Słońcem błysnęła. Od samego rana. Od drogi w niewyspaniu po nocnej pracy, od mijanych pustych pól, od każdego stukotu pociągu, który przybliżał do rodzinnych miejsc. Sentyment wybuchł i płonął. Dzień cały. Gorejąca nostalgia małomiasteczkowości. Wywodzenia się z prowincji. Targające sercem rozpływanie się we wspomnieniach. Zachwyty na balkonie, w słońcu i z widokiem na bliskie mi tak bardzo łąki. Cisza i spokój. Wchodzenie po schodach na trzecie piętro - w poniedziałek, przed południem. To jakiś wyjątkowy dzień musiałby być kiedyś, żeby zamiast być w szkole, już przed godziną 12 wracać do domu. W taki słoneczny dzień lutego. Odbijanie się od i w swojej przeszłości. Analiza, taka przyjemna. Rozgrzebywanie, rozpamiętywanie historii swojego życia. Na rowerze, z trochę niedopompowaną dętką z przodu. Po leśnych ścieżkach (ach, pierwsze żółte motylki-cytrynki zawirowały tuż przede mną!) i pod wysokimi topolami przy szpitalu powiatowym. O, tu G. chciał mnie zabrać na naukę jazdy. Specjalnie pożyczył auto od taty. A ja powiedziałam, że nie chcę. I wspomnienia sypią się, jedne po drugich... Aż do Zalewu, gdzie niedługo przed moimi narodzinami siedzieli sobie moi Rodzice. I gdzie zrobiłam pierwszy przystanek podczas Indywidualnej Pielgrzymki Rowerowej na Pustynię. ;) I teraz - usiadłam i rozmyślałam. Wiał szalony wiatr, ponoć halny. jakby wiosna, słońce obłędne i tak ciepło.
Szpital, w którym się urodziłam i gdzie podobno biegały szczury, już dawno rozebrany. Pozostało puste pole obok całkiem nowego ronda. I zielonego kiosku na osiedlu już nie ma. Świeci wśród zimowego, wyschniętego trawnika czarny prostokąt ziemi.
Dobrze powspominać, skonfrontować się z historią swojego życia. Poprzeglądać zdjęcia, popatrzeć na siebie szerzej. Z innej perspektywy. Na teraźniejszość spojrzeć z oddali.
I chwile domowe. I rozmowy, i wspólne radości. Oj, dobrze tak, odwiedzić Rodziców i miasto przesycone wspomnieniami.