Całą drogę tramwajem ze starego miasta do mieszkania kontemplowałam te uczucia.
Wspomnienia.
Porównania, zmiany. "Co by było, gdyby...?"
Też był styczeń. A na pewno głęboka zima. Też było mroźno. Na drzewach na rynku spływające światłem sople. Czy smog był mniejszy niż tegorocznego stycznia? Nie wiem. Księżyc w pełni nad kościołem Mariackim ten sam. Tylko wtedy pośród groźnych chmur. Chyba. Rozświetlał niebo. Zdenerwowanie, przejęcie. Trochę sztywne rozmowy. Silne uczucia. Kino pod Baranami, herbata nad Bracką. Wszystko jeszcze mogło się zdarzyć, wszystko się mogło rozkręcić. Pierwszy rok studiów marzeń, pełnych praktyk i ciekawych zajęć, i wszystkie drzwi otwarte przede mną. Studenckie życie! Odkrywanie uroków Miasta Królów Polski. Klimatycznych knajpek w podziemiach, plant i Wawelu o każdej porze dnia i nocy. Wszystko to nowe zachwycało i fascynowało. Czas na pierwszy związek i pierwsze pocałunki. Wtedy do tego pierwszego pocałunku pod Mariackim w końcu nie doszło. Księżyc w pełni świadkiem.
Potem szliśmy Floriańską.
Jeszcze przez kolejnych parę miesięcy księżyc w pełni przypomniał mi ten zimowy, nad Mariackim. Przypominał o upływie czasu od tego niedoszłego pierwszego pocałunku.
Mroźnego, styczniowego wieczoru po sześciu latach najpierw szliśmy Floriańską. Po spotkaniu w podziemnej knajpce, chyba nowej na Floriańskiej. Pubquiz. W towarzystwie okołolicealnym. Ci sami ludzie, dają takie poczucie bezpieczeństwa. To samo co sprzed lat poczucie humoru. Podobny etap w życiu.
Poczucie, że ma się swoją przeszłość - taką, którą pamiętają i oni.* Że całą ekipą zachwyceni jechaliśmy pijanym pociągiem na Woodstock po maturze - a teraz wszyscy zgodnie kiwamy głowami, że z Woodstocku chyba trochę wyrośliśmy. Że może czas na Kazimiernikejszyn? Doroślejsza alternatywa dla Woodstocku. Może, może. No więc po spotkaniu my w trójkę poszliśmy w stronę Rynku. Takie proste, krótkie rozmowy.
Podobny etap w życiu - zdziwienie, że pracując robi się tak mało czasu na inne sprawy... Floriańską pod Mariacki. Księżyc w pełni nad Mariackim świecił jak sześć lat temu. No i nic, też do pocałunków nie doszło. Grześ z nową dziewczyną spod Mariackiego ruszyli do Mc'a, ja na tramwaj na Pocztę Główną. I tyle. Rozbudziło to jednak wspomnienia dawnych uczuć. Przeżyć, chwil. Myśli: "co by było, gdyby...". Gdybyśmy się nie rozstali już po trzech miesiącach. Co by było? Chyba... rozstalibyśmy się niewiele później. Pamiętam swoje przemyślenia. Do niczego w tym związku razem nie dążyliśmy... Ale zostało wiele miłych wspomnień. Cały urok tego początku studiów. Tych zachwytów, tego przejęcia. Zachłystywanie się życiem, wszystkim, co nagle stało się dostępne. Możliwe. Wyjątkowe. Pięknie było!
A teraz on ma dziewczynę-studentkę z Warszawy. Trzpiotkę, długowłosą blondynkę. Może to podobna różnica wieku co między mną a B.? Może jest w tym pewna analogia, i też ich związek potoczy się podobnie jak nasz? Życzę im wszystkiego dobrego. Trzymajcie się!