Rano zaświeciło słońce. Wysypiam się, kiedy mogę. Te poranki w środku nocy, gdy już z pracy wyglądam przez okno po siódmej i nadal jest ciemno... To trudne chwile są. ;) Zatem gdy mam wolny dzień - śpię do oporu.
A dziś rano z ciepłej pościeli grubo po godzinie ósmej wybudziło mnie słońce. SMSy, dzwonienie telefonu. Trochę przespałam to rozpoczęcie się dnia. Słońce piękne - cieszy, ale też wyrzut sumienia czasem wywołuje. Że powinnam wyjść. Korzystać z tego słońca. Absolutnie nie zmarnować tego czasu! Nie zdążyłam się jednak ubrać, a słońce zaszło... I teraz panuje pochmurny, wietrzy dzień. Ulga... ;)
Wiatr taki mocny, powietrze pachnie wiosną - czyli po prostu czystym powietrzem, jak kiedyś odkryłam. Wczoraj na niebie gwiazd zatrzęsienie. I ten wiatr, i ten zapach powietrza, i ta cisza z psimi poszczekiwaniami w dali tego skawińskiego końca świata... Pięknie, zachwyty chwilą, a jakże.
Myślałam o tym, żeby się wypisać. Żeby dać sobie czas i przestrzeń na rozwój, właśnie, jak ostatnio postanowiłam.
Do dzieła, zatem!
Powędrowałam nieco w internetowych odmętach w przeszłość. W dawne moje opisy filmów, a potem w opisy zachwytów codziennością. Ten blog to prawdziwa kopalnia skarbów z przeszłości mojej wrażliwości i chwil uważności... Piękna sprawa. Takie przeglądanie, czytanie - zmienia perspektywę. Dobre, inne spojrzenie. Trochę z dala. Co tak naprawdę się liczy? Czy warto szarpać się z sobą o dobrą ocenę innych? Czas mija. Co ma teraz znaczenie, z perspektywy dziś? Doświadczenia z intensywnej terapii, parę słów zapisanych, świadczących o myślach z wtedy, czy dawne przejmowanie się tym, co inni, nieco przypadkowi ludzie w moim życiu, sobie o mnie wtedy myśleli, jak mnie oceniali? To znaczenia nie ma. Piszę to sobie tu i tam, czytam po raz kolejny z kolejnych źródeł - że nie jestem jak zupa pomidorowa, żeby wszyscy mnie lubili. Po prostu. Chciałabym na ważniejszych i głębszych rzeczach skupiać się niż na tym strachu o ocenę innych.
Na tym bazując - obecna sytuacja może być nieco klarowniejsza niż wydawało mi się jeszcze wczoraj słuchając koleżanek z pracy.
Żyć po swojemu. Bo to moje życie i ja za nie odpowiadam.
Psychiatria. W końcu musiałam trafić w to miejsce, o którym marzyłam od studiów. ;)
Jak jest?
Zapach po otwarciu drzwi odpycha. Mimo to - nie cofam się, dalej wchodzę w to. Odbijam identyfikator, witam się z pacjentami spoglądającymi ze schodów, schodzę w odmęty podziemnej szatni. Po pracy papierosami śmierdzą mi włosy, ubrania, nawet stanik. Szczególnie gdy mam dyżur na piętrze.
Na początku było to w pewien sposób urocze i zabawne. Czasem wciąż takie bywa, śmiejemy się w końcu z tego. Ale też nie podoba mi się to - że jestem obiektem seksualnym. Te wszystkie żarty, żarciki, bezceremonialne aluzje, teksty na najgorsze podrywy świata... Chorzy psychicznie. Faceci. Sami faceci, tyle tygodni sami. To wiele tłumaczy. Ale jednak... czy chcę w takiej atmosferze pracować?
Uroczy jest jednak ten zalew komplementów podczas każdego dyżuru.
Pięknie pani dziś wygląda.
Jakie ma pani duże oczy... Ładne. Jak bratowa, ona też ma duże oczy. Nie to co ja, takie szparki.
W tych promieniach słońca, ze światłem tego okna... Pięknie pani wygląda... Zachwycająco (- to jeden z moich ulubionych pacjentów. Na co on właściwie był chory? Mania? Zaburzenia osobowości? Po prostu - specyficzny typ? Trochę urojeniowy z pewnością też. Jeździł po Polsce pociągami, wysiadał byle gdzie, gonił dzieci z patykiem. Mnie jakoś ujmował swoją osobą, chwytał za serce. Tak poetycko potrafił dostrzegać rzeczywistość. Mówił, chaotycznie i nielogicznie, ale jak ładnie, o tym, że on chce po prostu, żeby ludzie się kochali. Byli dla siebie dobrzy. Historię miał zawiłą, ale ujmująco dostrzegał grę świateł i cieni na sali numer jeden...)
Jak ja lubię takie brunetki! Ach...
A te kolczyki, piękne, mistrzostwo!
I to podchodzenie blisko. Przyglądanie się z niewielkiej odległości tym kolczykom. Badają granice? Przekraczają je nieustannie, mimo ledwo słyszalnych chyba upomnień. Koleżanki często nie pomagają, same brnąc dalej w seksualne aluzje.
Bo na niewinnych komplementach się nie kończy. Są teksty o pocieraniu pośladkami, wyprężaniu się i stojących sutkach (tu zareagował nawet pielęgniarz. A mnie to zażenowało i zawstydziło totalnie... co odpowiedzieć na takie teksty?). Przy wbijaniu igły - wchodzenie głębiej. Ssanie leków rozpuszczających się w jamie ustnej to całe pole do popisu skojarzeń. Maślane oczy, podniecone spojrzenia. Tak, tak, już to widzę, wiem, co zaraz usłyszę... Adekwatne słowa. Przy chorym w psychozie, w zabezpieczeniu albo w tak widocznej chorobie - jakoś to jest usprawiedliwione. Jak i cała reszta chorych ciągów słów. Zaburzenie, niezależne od człowieka. Gdzie jednak jest granica w zdrowieniu i takich zachowaniach?
Jestem młoda i choćby przez to - wyjątkowo atrakcyjna dla tłumu facetów, którzy od tygodni albo i miesięcy nie mieli bliskiego kontaktu z kobietą. Chyba, że jak ten manipulujący diler, sprytny i inteligentny cwaniak nie panujący nad silnymi emocjami, przy podawaniu leków i kolejce pacjentów: Wie pani, jak byłem na przepustce to zamiast cieszyć się chwilą to czekałem tylko, kiedy się skończy. Rozumie pani? No, nie rozumie pani?! Nie rozumiałam. No z kobietą jak byłem. To chyba może być od tych leków, nie? No tak, niestety takie skutki uboczne mogą być... Poczułam się jak w podstawówce, gdy w swojej niewinności i czasem niedostatecznym społecznie uświadomieniu (?) nie łapałam seksualnych aluzji.
Mimowolnie myślałam potem o tym gościu i jego byciu z kobietą. Co to za kobieta, która z nim była?... Prostytutka? Czy jakąś przekonał swoją bajerką? Jest bardzo sprytny. Nawet na oddziale sprzedaje telefony i niemieckie papierosy (?!). Żyłka handlarza. Gdy tylko cholerycznie nie wpada w agresję słowną i chęć do czynnej - sensowny gościu. Ma gadane. Po wielu narkotykowych przygodach i rodzicach-alkoholikach. Wychowała go ulica, tak opowiada. Daje radę w tym szaleństwie.
Temat interakcji między pacjentami to w ogóle temat-rzeka... Fascynujące. Bardzo ciekawe to obserwować.
Zresztą granica między byciem tu i tam jest bardzo cienka. Poza ewidentnymi przypadkami i objawami chorób psychicznych - to tacy sami ludzie, jak moi bliżsi i dalsi znajomi.
Nawet odwiedzający młodego poetę-filozofa to chłopak, którego kojarzyłam z REO... i którego następnego dnia spotkałam na próbie scholi. Kurcze, no. Zrobiło to na mnie wrażenie. Dało do myślenia... (Młody poeta-filozof z którym nie pogadałam aż tyle, ile chciałam.. czego żałuję. Ale raz przy drzwiach podjęłam temat jego twórczości - i to była świetna sprawa. Cieszyło mnie to moje przełamanie się i bycie otwartą jeszcze długo ;))
Wracając jednak do aluzji i poczucia jak ze szkolnych czasów... To jest w ogóle - dobra sprawa na leczenie kompleksów z podstawówki i gimnazjum. ;) Tyle adoratorów! Tyle chłopów, którzy zwracają na mnie uwagę! Tyle komplementów, bajerki, metod i prób podrywu... Żonglowanie moim imieniem, gdy już dostrzegą identyfikator. Piosenki o imieniu. Odmiany przez wszystkie jego możliwości i zdrobnienia. Jestem w centrum uwagi, ach - marzenie z dzieciństwa. ;) Przez jakiś czas po wejściu na oddział witał mnie śpiew popularnej piosenki z moim imieniem... (Dopóki pacjent, który tak śpiewał, nie wrócił z przepustki). Urocze.
Spoufalanie się bezceremonialne.
Szybko zapominają. Albo po prostu - wcale nie pamiętają. I imienia, i tego, co mówili.
A może da się pani namówić na kawę? Będzie mnie pani odwiedzać na oddziale XY? Może po wyjściu umówimy się na spotkanie?
Moja imienniczka mniej refleksyjnie chyba tym się właśnie zachwyca. Podnieca się tym, że ktoś na nią gdzieś czekał po wyjściu. Inny o nią dopytywał. We mnie trochę budzi to żal i współczucie. Na zewnątrz lekceważąco i ze śmiechem oceniam zainteresowanie, które budzę - jak i każda inna młoda, albo i nie tak młoda, kobieta, która pojawia się na oddziale. Ale tak w głębi serca - tak, to jest coś, czego za czasów wczesnonastoletnich mi brakowała... Męska uwaga, maślane spojrzenia. Budzenie zachwytu w mężczyznach. Albo raczej - prostego pożądania w wygłodniałych facetach.
Samo życie.
Tego chciałam, idąc na studia - doświadczyć samego życia. Praktycznych jego aspektów.
Doświadczam teraz, aż mam przesyt.
Może to jednak za dużo na mnie i moją wrażliwość? Może mam prawo nie dawać rady w tak ekstremalnych dla wielu ludzi warunkach?
Kończę dyżur, cała przepełniona jednak tym, co się dzieje. Wchodzę w to ich życie w domu wariatów i sprawy pacjentów. Spotykam się później ze znajomymi, jak wczoraj - i... nie mam o czym z nimi rozmawiać. Nie zrozumieją, po prostu. Ciekawą masz pracę! - mówią ludzie, i nawet chrzestny, i często sami pacjenci. Ale jak tu opowiadać? Jakimi słowami? Duże emocje, mało dystansu. Ta po prostu, językiem z oddziału - to jakby mówić w innym języku. Padają pytania, na które w tym języku odpowiedzi nie znam. Zresztą - to nie do zrozumienia i pojęcia, jeśli samemu się tego nie doświadcza.
Można jednak o psychiatrii mówić tak, aby inni rozumieli. Z refleksją. Z dystansem. Ale i tym wielkim doświadczeniem, które już mam.
Chciałabym innego środowiska, w którym jest ta refleksja. W którym można mówić. W którym jest i wrażliwość, i doświadczenie. I zrozumienie, i szerszy wgląd i pogląd niż patrzenie prostej pielęgniarki po szkole medycznej. (Nie chcę obrażać. Nie chcę się wywyższać. Nie raz z tymi prostymi pielęgniarkami snujemy głębokie, mądre rozmowy o życiu na bazie doświadczeń właśnie... Ale nie raz i brak mi argumentów na te bezrefleksyjne oceny ćpunów i alkoholików. Jak więc mówić, żeby było dobrze?...)
Chcę czegoś innego, do tego dochodziłam już nie raz.
Odsłoniła się perspektywa na oddział, o którym słyszałam już dawno. A jednak - wejście w nieznane. Myślałam, że praca na psychiatrii to na plus... A okazuje się, że pracuje na ogólnopsychiatrycznym, ale krótko i od niedawna - to dopiero na plus. ;) Psychoterapia w najczystszej postaci. Własnie to, czego chciałam, o czym ostatnio marzyłam, do czego nieśmiało dążę. Co daje mi power i nadzieję. Ambicje. Rozwój!
Przede mną trudna dla mnie sprawa - wyjść z tym do oddziałowej. I przełożonej. Że chcę zmienić oddział.
Trudne, bo boję się oceny. Osądzania. Tego, co się będzie o mnie gadać. Podważać, oceniać. Krytykować. Mówić na mój temat.
Ale patrząc z tej szerszej, dalszej perspektywy, nie tkwiąc w środowisku oddziału i tym światku, ale oddalając się od niego - to dobre. Chcę zmiany, rozwoju, dążę do tego. Spróbuję, po raz kolejny zmieniając. Dużo tych zmian pracy, prawda.
Lubię zmiany. Gdy coś się dzieje, rozwija. Lubię to nowe.
Teraz przyszedł nowy ordynator - i nowe porządki. Perspektywy prowadzenia treningów. Nowe wymiary pracy na możliwym horyzoncie. Uczenie! Prowadzenie zajęć, edukowanie! Dreszczyk podniecenia już przy opowieściach oddziałowej o tym. Tak, tak, to jest to, czego chcę w psychiatrii!
Czy jednak dla perspektywy możliwości prowadzenia treningów warto zrezygnować z tamtej szansy?Tutaj poza treningami nadal będę pracować na tym samym oddziale... z tymi samymi ludźmi, których już znam. Z tak samo chorymi pacjentami, którzy wymagają pielęgnacyjnej opieki. Itp, itd. To, czego nie lubię.
Tam - coś zupełnie nowego, nieznanego. Fakt, że pielęgniarka ma swoich pacjentów (!), bierze udział w terapii... Jest superwizja, współpraca, rozmowy. Miejsce, które ma swoją historię. Doświadczenie. Wcale nie jestem pewna, czy psychoterapia psychoanalityczna to jest właśnie ta droga, którą chcę iść... Może po raz kolejny się zawiodę. Ale chyba warto odważyć się - i spróbować. Spróbować w ogóle dostać się na ten oddział, bo przecież nic jeszcze nie jest klepnięte.. ;)