113. muchy przyklejone do żarówki

...przypomniały wakacje na wsi. Tamtejsze klimaty. Rejony też podobne. Znajomo brzmiące nazwy małych miejscowości, które nic nie mówią ludziom nie stamtąd. Bezkres pól uprawnych. Przestrzeń po horyzont płaska. Niezmącona, na wskroś wiejska i swojska atmosfera rzeczywistości. W domu całe mnóstwo końskich much i ogólny brud i lepkość jako stan naturalny rzeczy. 

Padał deszcz. Ściany deszczu, by za chwilę słońce ogrzewało bezcieniste chodniki.



Z plant uciekaliśmy przed burzą. Szła krok za krokiem naszego biegu. Szalona ucieczka przed strugami deszczu, ze śmiechem oglądając się za ramię.

[film] "Jak narkotyk" Barbara Sass, 1999



Środek nocy, po północy, po wstępnym posprzątaniu po pierwszej parapetówce. Szukałam tekstu do przesłuchanej piosenki Kory - i trafiłam na film.


Nie był to jakiś wybitny film. Raczej słaby. Ale miał ujmujący klimat. Naciąganą historię, która mnie wciągnęła. Czasy, które nie wrócą.
Takiego filmu potrzebowałam tej nocy.
Chwile.
Wyraźne nawiązania do Poświatowskiej, której biografia mnie zafascynowała.


No i dziewczynki pierwszokomunijne wtedy w moim wieku... ;)




[film] "Dziennik maszynisty" Miloš Radović, 2016



Do kina trafiliśmy przypadkiem. Najpierw zamiast w Tatry na Świnicę, potem zamiast pola maków w Ojcowie - znaleźliśmy się na pufach jako jedyni widzowie w kinie Kika. Kiedyś w podobnych warunkach oglądaliśmy tam odjechany film piorący mózgi w kwestiach m.in. koncernu Coca-Coli.. ;)

Tym razem mózgi bardziej się przewietrzyły absurdalnym humorem i zdystansowały, niż przeprały...;)

"Ten film jest jak dowcip wymyślony przez osobę z zespołem Aspergera" 
 trafnie piszą na fimwebie.

Po serbskim reżyserze spodziewałam się klimatów Kusturicy. I nie zawiodłam się.

Czarny humor. Dystans. Ironia. "Film drogi". Bałkańskie klimaty jakby przeszłości we współczesności. Postsowiecko.



112. zadomawianie

Cisza. Ptaki w locie skrzeczące, popiskujące, niejednolite szumy ptasich skrzydeł, ptasie dźwięki nieokreślone. Bladym porankiem w środku nocy poćwierkiwania. Odgłosy toczącego się tuż obok ptasiego życia. A tak to cisza. Taka domowa zaludniona cisza spokojnego osiedla: poszczekiwania psów, okrzyki i śmiechy dzieci, dźwięk wyrzucanego szkła. Wychowałam się w bloku, w sennej okolicy, na trzecim piętrze. I takie dźwięki życia osiedla kojarzą mi się bardzo domowo.

I tu tak jest.
(Jak na złość właśnie słychać jakąś straszną dziecięcą zabawkę udającą galopującego i rżącego konia... Ucichła).

Zatem: jest domowo.

Cieszy to mieszkanie u siebie. Dużo presji, złości, kłótni, opadających z bezsilności rąk. Ale wszystko to do przeżycia. Razem. Odkąd przeprowadziliśmy nasze kartony do zamontowanej wielkiej szafy, a okna zacieniają i uintymniają spadające przy energicznym otwieraniu rolety ;) - osiągnęliśmy wystarczające do życia minimum. Co prawda wciąż zamiast na sofie goście siedzą na podłogowych kocach i poduszkach, a pęknięcia ścian nie zasłania żaden obraz, ale... na wszystko przyjdzie czas. Powoli. Można spokojnie żyć. Kwiatki cieszą oczy, przedmioty powoli znajdują swoje miejsca. Ciekawe lampy nadają charakter pustym ścianom. Jesteśmy u siebie. Na spokojnie. Po swojemu. Z rumiankiem zerwanym spod bloku uśmiechającym się w makowym wazonie i w przezroczystej szklance.

Można pić wodę ze świeżym ogórkiem, cytryną i miętą z balkonu. Można ochładzać się w te nieskończone wiosenne upały w wiatrakowych podmuchach. Można słuchać muzyki i leżeć na łóżku patrząc na sznurkowe sploty wokół żarówki w starodawnym stylu. Można podziwiać codzienne inne spektakle zachodzącego słońca.

Dobrze mi tu... Tyle było obaw, tyle niepewności.

Wielkie odkrycia ostatniego czasu: że niepewna przyszłość przeraża. A jak teraźniejszość po prostu jest - to się nią na bieżąco żyje. Gorsze to, co nieznane i wyobrażone, niż wszelkie trudy czasu obecnego.

Obruszyłam się na komentarz B., żeby o tych ciążach i dzieciach nie czytać. Dobrze, proszę bardzo, czytać nie będę! W buncie odznaczyłam na instagramie mamę ginekolog i prorodzinne profile wielodzietnych Inteligentnych i Młodych. ;) Z czasem obruszenie rozkwitło w łagodną myśl, że to tak właśnie dobrze. Że nic dobrego nie przynosi mi nakręcanie się teraz na macierzyństwo, czytanie tych wszystkich porad, przemyśleń, obserwowanie życia ludzi z dziećmi. Dobra, wystarczy. Odpuść sobie. Żyj tym, co jest. Nie kalkuluj najlepszego czasu na gotowość na rodzenie dzieci. Spokojnie. Nie dokładaj sobie presji. Na luzie. Nie musisz.

Odpuszczanie.
Bycie tu i teraz.
Niekończąca się opowieść... ;)



Rozmowy z Ewą, takie żywe, takie pełne pasji i zainteresowania, takie nie do nagadania się. Owocowe piwo w takt montowania szafy. Czereśnie na balkonie. "Masz męża, swoje mieszkanie, świetną pracę - czy czegoś ci brakuje do bycia szczęśliwą?". No właśnie.
Czasem docenienia... ;)

Zaskakujące, zachwycające: że udało mi się zacząć pracę w miejscu, które było moją ambicją od paru lat. Od pierwszych studenckich odwiedzin w stuletnim parku, gdy w historiach gdzieś słyszałam o pielęgniarkach, które robią kurs psychoterapii.. ;) Pracuję w tym miejscu mojej ambicji największej. W miejscu wymarzonym. Co więcej: rzeczywistość mojej pracy jest wręcz lepsza od tych wyobrażeń! I jeszcze na dodatek: przygotowuję się do rychłego prowadzenia zajęć, do których ciągnęło mnie od pierwszych dni pracy tutaj. Zajęć, o których zbyt mało było napisane w granatowej książce. Niedosyt i zaciekawienie, niedowierzanie, że gdzieś w moim wyuczonym zawodzie można robić coś takiego... No niesamowitości.
Spełnianie marzeń, przekraczanie nawet swoich własnych wyobrażeń.
Wspaniałe rzeczy... :)

Wyzwania! Bo to przecież mnóstwo obaw, stresu, trudnych sytuacji, obciążających rozmów. Wystawiania siebie. Narażania.
Konfrontowania. Mierzenia się z tym, że nie jestem doskonała. Nie będę.
Bycie w środowisku, o którym nie śmiałam czasem marzyć. Bycie w centrum. Blisko.
Dokładnie to, do czego zawsze mnie ciągnęło, a na co sobie bywało, że nie pozwalałam.
Przewrotność. Że z wyboru w inną stronę - w sumie dużo łatwiej trafiłam do miejsca, gdzie chciałam być... Bez takie planu. Niby przypadkiem.
Może to jednak więc było powołanie? ;)




Obraz i rytm muzyki mówią innym językiem / Jakub Julian Ziółkowski

 Nie chcę archiwizować. Chcę tworzyć. Potrzebuję sztuki jak ożywczego głębokiego oddechu. Karmię się kontaktem ze sztuką, nasycam. Twórczoś...