Cisza. Ptaki w locie skrzeczące, popiskujące, niejednolite szumy ptasich skrzydeł, ptasie dźwięki nieokreślone. Bladym porankiem w środku nocy poćwierkiwania. Odgłosy toczącego się tuż obok ptasiego życia. A tak to cisza. Taka domowa zaludniona cisza spokojnego osiedla: poszczekiwania psów, okrzyki i śmiechy dzieci, dźwięk wyrzucanego szkła. Wychowałam się w bloku, w sennej okolicy, na trzecim piętrze. I takie dźwięki życia osiedla kojarzą mi się bardzo domowo.
I tu tak jest.
(Jak na złość właśnie słychać jakąś straszną dziecięcą zabawkę udającą galopującego i rżącego konia... Ucichła).
Zatem: jest domowo.
Cieszy to mieszkanie u siebie. Dużo presji, złości, kłótni, opadających z bezsilności rąk. Ale wszystko to do przeżycia. Razem. Odkąd przeprowadziliśmy nasze kartony do zamontowanej wielkiej szafy, a okna zacieniają i uintymniają spadające przy energicznym otwieraniu rolety ;) - osiągnęliśmy wystarczające do życia minimum. Co prawda wciąż zamiast na sofie goście siedzą na podłogowych kocach i poduszkach, a pęknięcia ścian nie zasłania żaden obraz, ale... na wszystko przyjdzie czas. Powoli. Można spokojnie żyć. Kwiatki cieszą oczy, przedmioty powoli znajdują swoje miejsca. Ciekawe lampy nadają charakter pustym ścianom. Jesteśmy u siebie. Na spokojnie. Po swojemu. Z rumiankiem zerwanym spod bloku uśmiechającym się w makowym wazonie i w przezroczystej szklance.
Można pić wodę ze świeżym ogórkiem, cytryną i miętą z balkonu. Można ochładzać się w te nieskończone wiosenne upały w wiatrakowych podmuchach. Można słuchać muzyki i leżeć na łóżku patrząc na sznurkowe sploty wokół żarówki w starodawnym stylu. Można podziwiać codzienne inne spektakle zachodzącego słońca.
Dobrze mi tu... Tyle było obaw, tyle niepewności.
Wielkie odkrycia ostatniego czasu: że niepewna przyszłość przeraża. A jak teraźniejszość po prostu jest - to się nią na bieżąco żyje. Gorsze to, co nieznane i wyobrażone, niż wszelkie trudy czasu obecnego.
Obruszyłam się na komentarz B., żeby o tych ciążach i dzieciach nie czytać. Dobrze, proszę bardzo, czytać nie będę! W buncie odznaczyłam na instagramie mamę ginekolog i prorodzinne profile wielodzietnych Inteligentnych i Młodych. ;) Z czasem obruszenie rozkwitło w łagodną myśl, że to tak właśnie dobrze. Że nic dobrego nie przynosi mi nakręcanie się teraz na macierzyństwo, czytanie tych wszystkich porad, przemyśleń, obserwowanie życia ludzi z dziećmi. Dobra, wystarczy. Odpuść sobie. Żyj tym, co jest. Nie kalkuluj najlepszego czasu na gotowość na rodzenie dzieci. Spokojnie. Nie dokładaj sobie presji. Na luzie. Nie musisz.
Odpuszczanie.
Bycie tu i teraz.
Niekończąca się opowieść... ;)
Rozmowy z Ewą, takie żywe, takie pełne pasji i zainteresowania, takie nie do nagadania się. Owocowe piwo w takt montowania szafy. Czereśnie na balkonie. "
Masz męża, swoje mieszkanie, świetną pracę - czy czegoś ci brakuje do bycia szczęśliwą?". No właśnie.
Czasem docenienia... ;)
Zaskakujące, zachwycające: że udało mi się zacząć pracę w miejscu, które było moją ambicją od paru lat. Od pierwszych studenckich odwiedzin w stuletnim parku, gdy w historiach gdzieś słyszałam o pielęgniarkach, które robią kurs psychoterapii.. ;) Pracuję w tym miejscu mojej ambicji największej. W miejscu wymarzonym. Co więcej: rzeczywistość mojej pracy jest wręcz lepsza od tych wyobrażeń! I jeszcze na dodatek: przygotowuję się do rychłego prowadzenia zajęć, do których ciągnęło mnie od pierwszych dni pracy tutaj. Zajęć, o których zbyt mało było napisane w granatowej książce. Niedosyt i zaciekawienie, niedowierzanie, że gdzieś w moim wyuczonym zawodzie można robić coś takiego... No niesamowitości.
Spełnianie marzeń, przekraczanie nawet swoich własnych wyobrażeń.
Wspaniałe rzeczy... :)
Wyzwania! Bo to przecież mnóstwo obaw, stresu, trudnych sytuacji, obciążających rozmów. Wystawiania siebie. Narażania.
Konfrontowania. Mierzenia się z tym, że nie jestem doskonała. Nie będę.
Bycie w środowisku, o którym nie śmiałam czasem marzyć. Bycie w centrum. Blisko.
Dokładnie to, do czego zawsze mnie ciągnęło, a na co sobie bywało, że nie pozwalałam.
Przewrotność. Że z wyboru w inną stronę - w sumie dużo łatwiej trafiłam do miejsca, gdzie chciałam być... Bez takie planu. Niby przypadkiem.
Może to jednak więc było powołanie? ;)