Niespodziewanie wszedł do głowy tekst znanej od lat piosenki
i nagle objawiło się jego znaczenie. Tak wtedy potrzebne.
Kujące śnieżynki prosto w twarz. Na rowerze po białym puchu, który sypie, i sypie, i sypie... Zaczarowany, biały świat o poranku. Ciemne konary okryte pierzyną, spokojnie, dzień jeszcze ziewa, dopiero się rozbudza. No i niedziela.
A wcześniej na rowerze: niebo i to, co w górze, odbijało się w olbrzymich kałużach.
Migawki. Wspólne śniadania, proste radości. Zatapianie się w rozmowach. Tak bezpiecznie. Tak do wyjaśnienia. Tak aż do spełnienia dyskutowanie. Na znacznej głębokości. Jak dobrze, że można.
Wchodzenie w aż boleśnie kolorowy świat: gadających lusterek niszczących księżniczkom wyobraźnię, pluszaków machających całymi uszami, stroju tygrysa, dziw nad dziwy przy każdej półce. "Chciałbyś może postrzelać?". Śmieszy absurdalność, komiczna niedorzeczność sytuacji. Obserwacje socjologiczne, analiza przeróżnych metod wychowawczych. Dla dorosłego swoistą aktywnością jest praca, a dla dziecka zabawa - jak mówili psychologowie. Uśmiechy, nawet wewnętrzne, przy najczystszej dziecięcej radości. Przy najszczerszym śmiechu, zachwycie i zapale. Podążanie śladami odkrywania, dotykania, zdziwienia, istnienia tak bardzo w tu i teraz. Tak bardzo jak najprościej. Dziecięca radość zachwyca.
Zupełnie niepotrzebne odgrzebywanie przeszłości. Dawno zakurzone i nieaktualne wiadomości powracając trafiają w czułe punkty, wywołują falę porównań, niezadowolenia, smutku, żalu - bezpodstawnego w pełni. Trzeba sobie samej tłumaczyć, że nie ma to znaczenia. I że przecież szczęście jest bezwarunkowe. Bez założeń, jakie relacje budowane były kiedyś. Bez tworzenia sztucznej i pustej hierarchii, prób spełniania kryteriów. Odgrzebywanie przeszłości jest niepotrzebne, a destrukcyjne.
To tak dobrze, że ludzie nie mieszczą się w szablony. Schematy. Że jedna cecha nie zakłada wcale istnienia drugiej. Znów taka ulga, tak po prostu.