96. maj z rowerem w tle

Zatonęliśmy w ferworze przeprowadzki.
W popodpisywanych siatkach i kartonach zastawiających cały pokój. Toniemy w porządkach, sortowaniu rzeczy mniej i bardziej niepotrzebnych i w myciu okien, po których zostają smugi.

A poza tym wszystkim - to piękny maj! Pojedyncze słoneczne dni jak magnes przyciągają tłumy ludzi wylewających się na miejsca odpoczynku niedzielnego. I tak świątecznym rowerem gnałam, jak zawsze nieco w niedoczasie, do pracy. Slalomem wymijając nastolatków i Azjatów leniwie wędrujących ścieżką wzdłuż Zakrzówka. W ostatniej chwili zakręcając przy parach i całych grupach zażywających niedzielnych uroków wieczoru podczas spacerów po plantach i pod Wawelem. Ola w różowej spódnicy, rozkloszowanej i za kolano, uczestniczyła w tej zbiorowej rekreacji żywo dyskutując z chłopcem o tym samym nazwisku. Minęłam szybko, obejrzałam się spiesznie, Wawel minęłam i pognałam dalej.

Bardziej od tego wyścigu z przeszkodami lubię wracać z pracy w niedzielne poranki. I w pochmurne wieczory, gdy ze świecą szukać leniwych spacerowiczów. W niepogodę zatem i o nieoczywistych porach. Kenopsia prosto ze słownika nieoczywistych smutków - to właśnie to, co mnie porusza. Uwielbiam patrzeć na wysokie korony szalenie zielonych drzew na plantach - gdy pusto, i jakby trochę nielegalnie mogę uczestniczyć w tych chwilach poza ogólnie przyjętym czasem.

Rowerem też wracaliśmy w piątek. Jednym, moim. Zaraz po cudownie inspirującym spotkaniu z Ewą. Spotkania z Ewą to zawsze ocean inspiracji i poczucia zrozumienia. Twórczych refleksji i wynurzeń kreatywności. Piękna znajomość, bardzo rozwijająca i dobra. :) Do tego ten Kazimierz w tle, który obie uwielbiamy i czujemy klimat. Trochę krakowsko, trochę hipstersko. Miłych, dobrych miejsc multum, choć w piątkowy, deszczowy wieczór raczej wolny stolik nie jest łatwo znaleźć. Po tym zatem spotkaniu, w jak zawsze klimatycznej Fince na Kazimierzu, gdzie grafika drinków i atmosfera miejsca porusza najczulsze struny w sercu - wracaliśmy z B. na rowerze. Jednym. Ja na bagażniku, B. po więcej niż jednym piwie. Popołudniu padał deszcz, a tego późnego wieczoru wiał lekki wiatr nad Wisłą. Było najwspanialej... Dwa dni później jeszcze czułam zakwasy w nogach od spinania ich w mało komfortowej pozycji na rowerowym bagażniku. Jechaliśmy tak wolno, a tak wariacko. Jak małolaty. Wolność w rozwianych włosach. Cudowny czas tylko dla nas. Nocny Zakrzówek wydawał ptasie dźwięki, których za dnia w takiej formie się nie uświadczy. Za nami przebiegły dziki. Przystanęliśmy i widzieliśmy ich cienie. Było przepięknie... :)

95. Spragnieni słońca ludzie wylegli na planty.

Spragnieni wiosny wyszli na Grodzką. 

Tłumy wylały się z mieszkań prosto na wiślane bulwary i krakowski rynek. Na Podgórzu kupują lody o cudacznych smakach. Pokrzywa z miętą, mozzarella z bazylią. Rowerami podjechali na Sławkowską i zajadają vegeburgery z widokiem na przelewające się masy ludzi stęsknionych ciepłych wieczorów. Z widokiem na dziewczynę z koszem czerwonych róż. Na Finów zagubionych ze swoim kamperem wśród wąskich uliczek wokół rynku. Pierwszeństwo mają piesi. Jeszcze rowerem łatwiej ominąć, objechać i wyjść na prostą. Byle samochód, który jakimś cudem dostał się na zakazany teren, rośnie w swoją wielkość i niezgrabność zastawiając całą sobą szerokość brukowanych uliczek.

Zieleń jest już prawdziwie zielona. Śmiało i pewnie. Wieczór jest po prostu ciepły, bezchmurne niebo daje gwarancję beztroskiego chilloutu.

94. majowe westchnienia

Gdy jedzie się rowerem do albo z pracy - przez gęstwinę ptasich treli. Przez odurzające lekkim ciepłem zapachy. Przez świat, który zazielenił się już na śmierć. Liściaste korytarze drogi wzdłuż zakrzówka, wysoko pod niebem korony drzew na plantach. Pięknie, ach, jak pięknie...


Mgły były nieprzebrane. W takim dniu, 13 maja, sobota. Dzień przed 17. rocznicą pierwszej Komunii Świętej (na której pamiątkę zaśpiewałam na Mszy psalm - na tą samą melodię, co 17 lat temu... Melodię wyuczoną wtedy na blachę, w której zabrzmiał już psalm w moim wykonaniu na niejednej oazowej i jankowej mszy, na ślubie własnym, i Klaudii, i Darka, i Iwony... Melodia, która mnie samą wciąż wzrusza i zachwyca. "W krainie życia ujrzę dobroć Boga...")
W dzień wylania Ducha Świętego na REO. Dzień cały pełen modlitwy i wielbienia. Dzień zamglony od świtu do zmierzchu. Jakbyśmy przenieśli się poza świat... W tej mglistej rzeczywistości, w tym odcięciu od tego wszystkiego, co zostało. W środku lasu - i w środku mgły. Zagubione, wyłaniające się z mgły samotne postacie poszukiwały domku C, gdzie wstawiennicy modlili się w Duchu Świętym. Błądziliśmy we mgle, chodnikami i ścieżkami, szukając miejsca, które było nieopodal - ale przez mgłę wcale z oddali niewidoczne. 

Naprawdę, niezły klimat...

Śpiewy językami - tak niesamowicie piękne i błogie, że chciałoby się, żeby trwały wiecznie... Dotknięcie Wieczności. Tego, co trwałe i nieprzemijające. I totalnie niepojęte. 

Otwarcie się!
Odwaga.
Słowa, które przyszły przez nie do mnie. O wolności. Mądrości Bożej. Ścieżka przez morze i wody nieprzebrane.
I sprawię, że opadną wszystkie zawory więzień.

Niech się dzieje!
Rób co chcesz, Panie, rób co chcesz...


To był tak piękny i wyzwolenia pełen czas!
A teraz grzmi.
A o poranku 14 maja ruszyłam biegiem w ten las. Mgły powoli opadały, choć sam bieg był krótki. W leśnej gęstwinie zieleni zobaczyłam, jak mgła ustępuje miejsca słonecznym promieniom. Zachwytów pełna zbiegałam błotnistymi ścieżkami. A w naszych schronieniach w sercu lasu mgła panowała znów w najlepsze... Ale później rozpogodziło się - i już każdy cieszył się pięknym, majowym słońcem.

Kwiaty, zieleń.
Jaki piękny maj!
I w naszym ogrodzie - usunięto górne kontenery z terenu budowy. Dwa tygodnie przed przeprowadzką zyskaliśmy szerszą perspektywę z okna. ;)
Ogród zarósł trawskami na całego. Ale chyba już odpuścimy jego koszenie...
Zieleń atakuje oczy z każdej strony.
Po wspólnym popijaniu truskawkowego koktajlu (z mrożonek z Żabki i banana) wśród zapachu bukietu fioletowego bzu siedziałam z przepyszną kawą na parapecie i czytałam fragmenty z Księgi Izajasza. Wielkie kocie oczy patrzyły na mnie ze strachem z sąsiedniego ogródka. Kicia nieśmiało przekraczała barierkę, delikatnie badała teren. Z chwili na chwilę kot na smyczy był coraz śmielszy, skubał naszą trawę, polował na mrówki. Pan sąsiad wyłonił się, zapytał, czy kot nie przeszkadza. Z lekkim speszeniem pogadaliśmy o życiu  z młodym kotem.
Dwa tygodnie przed przeprowadzką poznałam sąsiadów zza ściany... ;)


A teraz czas ruszyć porządkować swój świat rzeczy. Czas następnej przeprowadzki...
Znów zużywanie resztek... :) Dokańczanie herbat. Kasza manna ma już chyba z dwa lata. Lodówka opróżnia się powoli, jak i pojemnik na suche produkty spożywcze...
Marzy mi się minimalizm. Nie obrastanie w przedmioty.
Poczytam mądre porady o pozbywaniu się ubrań - i czas ruszyć do działania! ;)

93. Czas następnej przeprowadzki powoli nadchodzi...


Pisanie chodzi po głowie.
Chodzi i męczy.
Zatrzymywanie teraźniejszości. Wyłapywanie chwil.



Jak tej z picia herbaty z ukraińskich połonin. Chyba już dawno przeterminowana ta herbata... Smakuje jak te mokre, mgliste dni u stóp Świdowca. W cafe-barze, gdzie przybycie czterech dziewczyn i jednego chłopaka z plecorami było nie lada atrakcją. Ten sam smak herbaty z traw, ziół i owoców, co przy drewnianym stole, łapiąc ciepło pomieszczenia w przemoczonych ciuchach i z wodą chlupiącą w fenomenalnie przemakających butach.  

Dziś buty mam dużo lepsze i więcej profesjonalnego sprzętu i ciuchów.
A herbata nadal jest, przywołując wspomnienia.


I jak te chwile z niedzielnej jazdy wzdłuż Wisły do Chrzanowa. W spięciu i bardzo trudnych emocjach. Uczucie jakby zamknięcia w klatce bez wyjścia... W szarpaninie wewnętrznych spięć. 
Przypomniałam sobie, jak dobrze opisała to Mela Koteluk:

Stale płynne
Zachodzenie w głowę
Po każdej burzy w szklance wody

(...)

Ciche śluby
Chemiczne sploty
Schematów mitów masek
Jak dorosnąć
i wyrosnąć z nich

(...)

Zaparz zaparz mi senne zioła
Porozmawiaj czule czulej
Pokaż mi odniesienia punkty
Choleryczna
Melancholia
Brak proporcji
Meandrują sieją zamęt

Koleinami nie chcę dalej iść

Ja początkuję
Stale
Zmiennie

Dalej dalej chcę

Próbować 



Czy chcę, czy nie - PMS jest comiesięczną rzeczywistością. I skutecznie utrudniał i tym razem zachwyty...
A jednak - były. Przepiękna wiosenna zieleń. Zachwycające widoki. Wzdłuż rzeki, i przez trawy, mijając kolejne stadniny koni. Las. Przestrzenie. Wariujące słońce. Choć ciągle, ciągle - wiatr nam w twarz. Nawet B. był zmęczony jeszcze kolejnego dnia, jak mało kiedy. I ja też. Wiatrem w twarz, wiatrem w rower... Ile wysiłku trzeba było włożyć w mozolne pedałowanie. I dotarliśmy do celu - choć z totalną zmianą planów.

Potem była podróż pociągiem jeszcze przed świtem. W pociągowym cieple, z pociągowym stukotem, z pociągowymi widokami tak bliskimi sercu. Chrzanów budzi olbrzymi sentyment, podobnie jak ta powolna droga koleją do miejsca studiów. To zawsze tak wzrusza i cieszy serce. 


Kraj lat dziecinnych! On zawsze zostanie
Święty i czysty jak pierwsze kochanie,
Nie zaburzony błędów przypomnieniem,

Nie podkopany nadziei złudzeniem
Ani zmieniony wypadków strumieniem.
Gdziem rzadko płakał, a nigdy nie zgrzytał,
Te kraje rad bym myślami powitał:
Kraje dzieciństwa, gdzie człowiek po świecie
Biegł jak po łące, a znał tylko kwiecie
Miłe i piękne, jadowite rzucił,

Ku pożytecznym oka nie odwrócił.
Ten kraj szczęśliwy, ubogi i ciasny,
Jak świat jest boży, tak on był nasz własny!
Jakże tam wszystko do nas należało!
Jak pomnim wszystko, co nas otaczało:
Od lipy, która koroną wspaniałą
Całej wsi dzieciom użyczała cienia,
Aż do każdego strumienia, kamienia,
Jak każdy kątek ziemi był znajomy
Aż po granicę, po sąsiadów domy!

Kto by pomyślał, że zacytuję Mickiewicza... ;)
I zachwyty wczoraj - przy wycieczce śladami miejsc-niespodzianek na naszej rowerowej niedzielnej trasie. 
Obserwacja, a bardziej: ptasie słuchowisko. Zimna ta tegoroczna wiosna, i wczoraj chłodu nie szczędziła. A i tak było pięknie...

Z pagórka - widok rozległy, zachwycający.
I niebo. Które przypomniało mi wieczorne widoki nieba na wsi. Nad przestrzenią aż po horyzont ciągnących się pól. Właśnie tak rozlegle, tak szeroko. I niebo barwione zachodzącym słońcem, które wystaje zza kłębiastych chmur. Za chmurami przecież zawsze jest niebo... Tak właśnie było, taki obraz, jak sprzed lat na wsi. 
Za czym wtedy tęskniłam? - pomyślałam.
Tęskniłam za chłopcem, który zakocha się we mnie bez pamięci. ;)
Tak, tak właśnie było. Wyobrażałam sobie, wizualizowałam różne możliwe sytuacje. Chyba zwykle z realnymi postaciami - jak by to mogło być, jakby te rozmowy się toczyły... Co działo by się dalej... Jak ja bym reagowała, a jak zainteresowanie, nawet przy mojej płochliwości, byłoby zdecydowane i nieustępliwe... Historie toczyły się w mojej głowie długi czas patrząc w niebo nad rozległą przestrzenią pustki.

A jak jest teraz?
Patrzyłam w niebo, które przywodzi na myśl świadomość nieskończoności wszechświata. Niepojętego ogromu. Mężatka od półtorej roku. Spełniły się tęsknoty i pragnienia z tych wieczorów wpatrywania się w krajobrazy niebiańskie.. Choć zupełnie inaczej, niż sobie wymyślałam wtedy.

Teraz myślę sobie, że warto spotykać się z samą sobą sprzed lat. Zobaczyć, co ta nastolatka może mi o sobie powiedzieć. Co przypomnieć, co uświadomić.

Przy okazji jeszcze kolejnej przeprowadzki (rok przeprowadzek się szykuje!...) myślę o solidnych porządkach w piwnicy i powydobywaniu pamiętników sprzed lat.
Okazja do spotkań z sobą z czasów, z których siebie coraz mniej przypominam.

Czekam na to spotkanie...

Jednocześnie martwiąc, że cóż pewnego pod słońcem?..




 




Obraz i rytm muzyki mówią innym językiem / Jakub Julian Ziółkowski

 Nie chcę archiwizować. Chcę tworzyć. Potrzebuję sztuki jak ożywczego głębokiego oddechu. Karmię się kontaktem ze sztuką, nasycam. Twórczoś...