Zatonęliśmy w ferworze przeprowadzki.
W popodpisywanych siatkach i kartonach zastawiających cały pokój. Toniemy w porządkach, sortowaniu rzeczy mniej i bardziej niepotrzebnych i w myciu okien, po których zostają smugi.
A poza tym wszystkim - to piękny maj! Pojedyncze słoneczne dni jak magnes przyciągają tłumy ludzi wylewających się na miejsca odpoczynku niedzielnego. I tak świątecznym rowerem gnałam, jak zawsze nieco w niedoczasie, do pracy. Slalomem wymijając nastolatków i Azjatów leniwie wędrujących ścieżką wzdłuż Zakrzówka. W ostatniej chwili zakręcając przy parach i całych grupach zażywających niedzielnych uroków wieczoru podczas spacerów po plantach i pod Wawelem. Ola w różowej spódnicy, rozkloszowanej i za kolano, uczestniczyła w tej zbiorowej rekreacji żywo dyskutując z chłopcem o tym samym nazwisku. Minęłam szybko, obejrzałam się spiesznie, Wawel minęłam i pognałam dalej.
Bardziej od tego wyścigu z przeszkodami lubię wracać z pracy w niedzielne poranki. I w pochmurne wieczory, gdy ze świecą szukać leniwych spacerowiczów. W niepogodę zatem i o nieoczywistych porach. Kenopsia prosto ze słownika nieoczywistych smutków - to właśnie to, co mnie porusza. Uwielbiam patrzeć na wysokie korony szalenie zielonych drzew na plantach - gdy pusto, i jakby trochę nielegalnie mogę uczestniczyć w tych chwilach poza ogólnie przyjętym czasem.
Rowerem też wracaliśmy w piątek. Jednym, moim. Zaraz po cudownie inspirującym spotkaniu z Ewą. Spotkania z Ewą to zawsze ocean inspiracji i poczucia zrozumienia. Twórczych refleksji i wynurzeń kreatywności. Piękna znajomość, bardzo rozwijająca i dobra. :) Do tego ten Kazimierz w tle, który obie uwielbiamy i czujemy klimat. Trochę krakowsko, trochę hipstersko. Miłych, dobrych miejsc multum, choć w piątkowy, deszczowy wieczór raczej wolny stolik nie jest łatwo znaleźć. Po tym zatem spotkaniu, w jak zawsze klimatycznej Fince na Kazimierzu, gdzie grafika drinków i atmosfera miejsca porusza najczulsze struny w sercu - wracaliśmy z B. na rowerze. Jednym. Ja na bagażniku, B. po więcej niż jednym piwie. Popołudniu padał deszcz, a tego późnego wieczoru wiał lekki wiatr nad Wisłą. Było najwspanialej... Dwa dni później jeszcze czułam zakwasy w nogach od spinania ich w mało komfortowej pozycji na rowerowym bagażniku. Jechaliśmy tak wolno, a tak wariacko. Jak małolaty. Wolność w rozwianych włosach. Cudowny czas tylko dla nas. Nocny Zakrzówek wydawał ptasie dźwięki, których za dnia w takiej formie się nie uświadczy. Za nami przebiegły dziki. Przystanęliśmy i widzieliśmy ich cienie. Było przepięknie... :)