104. Inne perspektywy

Rano zaświeciło słońce. Wysypiam się, kiedy mogę. Te poranki w środku nocy, gdy już z pracy wyglądam przez okno po siódmej i nadal jest ciemno... To trudne chwile są. ;) Zatem gdy mam wolny dzień - śpię do oporu.
A dziś rano z ciepłej pościeli grubo po godzinie ósmej wybudziło mnie słońce. SMSy, dzwonienie telefonu. Trochę przespałam to rozpoczęcie się dnia. Słońce piękne - cieszy, ale też wyrzut sumienia czasem wywołuje. Że powinnam wyjść. Korzystać z tego słońca. Absolutnie nie zmarnować tego czasu! Nie zdążyłam się jednak ubrać, a słońce zaszło... I teraz panuje pochmurny, wietrzy dzień. Ulga... ;)

Wiatr taki mocny, powietrze pachnie wiosną - czyli po prostu czystym powietrzem, jak kiedyś odkryłam. Wczoraj na niebie gwiazd zatrzęsienie. I ten wiatr, i ten zapach powietrza, i ta cisza z psimi poszczekiwaniami w dali tego skawińskiego końca świata... Pięknie, zachwyty chwilą, a jakże.


Myślałam o tym, żeby się wypisać. Żeby dać sobie czas i przestrzeń na rozwój, właśnie, jak ostatnio postanowiłam.
Do dzieła, zatem!


Powędrowałam nieco w internetowych odmętach w przeszłość. W dawne moje opisy filmów, a potem w opisy zachwytów codziennością. Ten blog to prawdziwa kopalnia skarbów z przeszłości mojej wrażliwości i chwil uważności... Piękna sprawa. Takie przeglądanie, czytanie - zmienia perspektywę. Dobre, inne spojrzenie. Trochę z dala. Co tak naprawdę się liczy? Czy warto szarpać się z sobą o dobrą ocenę innych? Czas mija. Co ma teraz znaczenie, z perspektywy dziś? Doświadczenia z intensywnej terapii, parę słów zapisanych, świadczących o myślach z wtedy, czy dawne przejmowanie się tym, co inni, nieco przypadkowi ludzie w moim życiu, sobie o mnie wtedy myśleli, jak mnie oceniali? To znaczenia nie ma. Piszę to sobie tu i tam, czytam po raz kolejny z kolejnych źródeł - że nie jestem jak zupa pomidorowa, żeby wszyscy mnie lubili. Po prostu. Chciałabym na ważniejszych i głębszych rzeczach skupiać się niż na tym strachu o ocenę innych.

Na tym bazując - obecna sytuacja może być nieco klarowniejsza niż wydawało mi się jeszcze wczoraj słuchając koleżanek z pracy.

Żyć po swojemu. Bo to moje życie i ja za nie odpowiadam.

Psychiatria. W końcu musiałam trafić w to miejsce, o którym marzyłam od studiów. ;)

Jak jest?

Zapach po otwarciu drzwi odpycha. Mimo to - nie cofam się, dalej wchodzę w to. Odbijam identyfikator, witam się z pacjentami spoglądającymi ze schodów, schodzę w odmęty podziemnej szatni. Po pracy papierosami śmierdzą mi włosy, ubrania, nawet stanik. Szczególnie gdy mam dyżur na piętrze.

Na początku było to w pewien sposób urocze i zabawne. Czasem wciąż takie bywa, śmiejemy się w końcu z tego. Ale też nie podoba mi się to - że jestem obiektem seksualnym. Te wszystkie żarty, żarciki, bezceremonialne aluzje, teksty na najgorsze podrywy świata... Chorzy psychicznie. Faceci.  Sami faceci, tyle tygodni sami. To wiele tłumaczy. Ale jednak... czy chcę w takiej atmosferze pracować?

Uroczy jest jednak ten zalew komplementów podczas każdego dyżuru. 
Pięknie pani dziś wygląda.
Jakie ma pani duże oczy... Ładne. Jak bratowa, ona też ma duże oczy. Nie to co ja, takie szparki.

W tych promieniach słońca, ze światłem tego okna... Pięknie pani wygląda... Zachwycająco (- to jeden z moich ulubionych pacjentów. Na co on właściwie był chory? Mania? Zaburzenia osobowości? Po prostu - specyficzny typ? Trochę urojeniowy z pewnością też. Jeździł po Polsce pociągami, wysiadał byle gdzie, gonił dzieci z patykiem. Mnie jakoś ujmował swoją osobą, chwytał za serce. Tak poetycko potrafił dostrzegać rzeczywistość. Mówił, chaotycznie i nielogicznie, ale jak ładnie, o tym, że on chce po prostu, żeby ludzie się kochali. Byli dla siebie dobrzy. Historię miał zawiłą, ale ujmująco dostrzegał grę świateł i cieni na sali numer jeden...)

Jak ja lubię takie brunetki! Ach...
A te kolczyki, piękne, mistrzostwo!

I to podchodzenie blisko. Przyglądanie się z niewielkiej odległości tym kolczykom. Badają granice? Przekraczają je nieustannie, mimo ledwo słyszalnych chyba upomnień. Koleżanki często nie pomagają, same brnąc dalej w seksualne aluzje. 

Bo na niewinnych komplementach się nie kończy. Są teksty o pocieraniu pośladkami, wyprężaniu się i stojących sutkach (tu zareagował nawet pielęgniarz. A mnie to zażenowało i zawstydziło totalnie... co odpowiedzieć na takie teksty?). Przy wbijaniu igły - wchodzenie głębiej. Ssanie leków rozpuszczających się w jamie ustnej to całe pole do popisu skojarzeń. Maślane oczy, podniecone spojrzenia. Tak, tak, już to widzę, wiem, co zaraz usłyszę... Adekwatne słowa. Przy chorym w psychozie, w zabezpieczeniu albo w tak widocznej chorobie - jakoś to jest usprawiedliwione. Jak i cała reszta chorych ciągów słów. Zaburzenie, niezależne od człowieka. Gdzie jednak jest granica w zdrowieniu i takich zachowaniach?

Jestem młoda i choćby przez to - wyjątkowo atrakcyjna dla tłumu facetów, którzy od tygodni albo i miesięcy nie mieli bliskiego kontaktu z kobietą. Chyba, że jak ten manipulujący diler, sprytny i inteligentny cwaniak nie panujący nad silnymi emocjami, przy podawaniu leków i kolejce pacjentów: Wie pani, jak byłem na przepustce to zamiast cieszyć się chwilą to czekałem tylko, kiedy się skończy. Rozumie pani? No, nie rozumie pani?! Nie rozumiałam. No z kobietą jak byłem. To chyba może być od tych leków, nie? No tak, niestety takie skutki uboczne mogą być... Poczułam się jak w podstawówce, gdy w swojej niewinności i czasem niedostatecznym społecznie uświadomieniu (?) nie łapałam seksualnych aluzji. 

Mimowolnie myślałam potem o tym gościu i jego byciu z kobietą. Co to za kobieta, która z nim była?... Prostytutka? Czy jakąś przekonał swoją bajerką? Jest bardzo sprytny. Nawet na oddziale sprzedaje telefony i niemieckie papierosy (?!). Żyłka handlarza. Gdy tylko cholerycznie nie wpada w agresję słowną i chęć do czynnej - sensowny gościu. Ma gadane. Po wielu narkotykowych przygodach i rodzicach-alkoholikach. Wychowała go ulica, tak opowiada. Daje radę w tym szaleństwie.

Temat interakcji między pacjentami to w ogóle temat-rzeka... Fascynujące. Bardzo ciekawe to obserwować.

Zresztą granica między byciem tu i tam jest bardzo cienka. Poza ewidentnymi przypadkami i objawami chorób psychicznych - to tacy sami ludzie, jak moi bliżsi i dalsi znajomi. 
Nawet odwiedzający młodego poetę-filozofa to chłopak, którego kojarzyłam z REO... i którego następnego dnia spotkałam na próbie scholi. Kurcze, no. Zrobiło to na mnie wrażenie. Dało do myślenia... (Młody poeta-filozof z którym nie pogadałam aż tyle, ile chciałam.. czego żałuję. Ale raz przy drzwiach podjęłam temat jego twórczości - i to była świetna sprawa. Cieszyło mnie to moje przełamanie się i bycie otwartą jeszcze długo ;))

Wracając jednak do aluzji i poczucia jak ze szkolnych czasów... To jest w ogóle - dobra sprawa na leczenie kompleksów z podstawówki i gimnazjum. ;) Tyle adoratorów! Tyle chłopów, którzy zwracają na mnie uwagę! Tyle komplementów, bajerki, metod i prób podrywu... Żonglowanie moim imieniem, gdy już dostrzegą identyfikator. Piosenki o imieniu. Odmiany przez wszystkie jego możliwości i zdrobnienia. Jestem w centrum uwagi, ach - marzenie z dzieciństwa. ;) Przez jakiś czas po wejściu na oddział witał mnie śpiew popularnej piosenki z moim imieniem... (Dopóki pacjent, który tak śpiewał, nie wrócił z przepustki). Urocze.

Spoufalanie się bezceremonialne.
Szybko zapominają. Albo po prostu - wcale nie pamiętają. I imienia, i tego, co mówili.
A może da się pani namówić na kawę? Będzie mnie pani odwiedzać na oddziale XY? Może po wyjściu umówimy się na spotkanie?
Moja imienniczka mniej refleksyjnie chyba tym się właśnie zachwyca. Podnieca się tym, że ktoś na nią gdzieś czekał po wyjściu. Inny o nią dopytywał. We mnie trochę budzi to żal i współczucie. Na zewnątrz lekceważąco i ze śmiechem oceniam zainteresowanie, które budzę - jak i każda inna młoda, albo i nie tak młoda, kobieta, która pojawia się na oddziale. Ale tak w głębi serca - tak, to jest coś, czego za czasów wczesnonastoletnich mi brakowała... Męska uwaga, maślane spojrzenia. Budzenie zachwytu w mężczyznach. Albo raczej - prostego pożądania w wygłodniałych facetach.
Samo życie.
Tego chciałam, idąc na studia - doświadczyć samego życia. Praktycznych jego aspektów.
Doświadczam teraz, aż mam przesyt.

Może to jednak za dużo na mnie i moją wrażliwość? Może mam prawo nie dawać rady w tak ekstremalnych dla wielu ludzi warunkach?

Kończę dyżur, cała przepełniona jednak tym, co się dzieje. Wchodzę w to ich życie w domu wariatów i sprawy pacjentów. Spotykam się później ze znajomymi, jak wczoraj - i... nie mam o czym z nimi rozmawiać. Nie zrozumieją, po prostu. Ciekawą masz pracę! - mówią ludzie, i nawet chrzestny, i często sami pacjenci. Ale jak tu opowiadać? Jakimi słowami? Duże emocje, mało dystansu. Ta po prostu, językiem z oddziału - to jakby mówić w innym języku. Padają pytania, na które w tym języku odpowiedzi nie znam. Zresztą - to nie do zrozumienia i pojęcia, jeśli samemu się tego nie doświadcza.
Można jednak o psychiatrii mówić tak, aby inni rozumieli. Z refleksją. Z dystansem. Ale i tym wielkim doświadczeniem, które już mam.

Chciałabym innego środowiska, w którym jest ta refleksja. W którym można mówić. W którym jest i wrażliwość, i doświadczenie. I zrozumienie, i szerszy wgląd i pogląd niż patrzenie prostej pielęgniarki po szkole medycznej. (Nie chcę obrażać. Nie chcę się wywyższać. Nie raz z tymi prostymi pielęgniarkami snujemy głębokie, mądre rozmowy o życiu na bazie doświadczeń właśnie... Ale nie raz i brak mi argumentów na te bezrefleksyjne oceny ćpunów i alkoholików. Jak więc mówić, żeby było dobrze?...)

Chcę czegoś innego, do tego dochodziłam już nie raz.

Odsłoniła się perspektywa na oddział, o którym słyszałam już dawno. A jednak - wejście w nieznane. Myślałam, że praca na psychiatrii to na plus... A okazuje się, że pracuje na ogólnopsychiatrycznym, ale krótko i od niedawna - to dopiero na plus. ;) Psychoterapia w najczystszej postaci. Własnie to, czego chciałam, o czym ostatnio marzyłam, do czego nieśmiało dążę. Co daje mi power i nadzieję. Ambicje. Rozwój!

Przede mną trudna dla mnie sprawa - wyjść z tym do oddziałowej. I przełożonej. Że chcę zmienić oddział.

Trudne, bo boję się oceny. Osądzania. Tego, co się będzie o mnie gadać. Podważać, oceniać. Krytykować. Mówić na mój temat. 

Ale patrząc z tej szerszej, dalszej perspektywy, nie tkwiąc w środowisku oddziału i tym światku, ale oddalając się od niego - to dobre. Chcę zmiany, rozwoju, dążę do tego. Spróbuję, po raz kolejny zmieniając. Dużo tych zmian pracy, prawda. 

Lubię zmiany. Gdy coś się dzieje, rozwija. Lubię to nowe. 
Teraz przyszedł nowy ordynator - i nowe porządki. Perspektywy prowadzenia treningów. Nowe wymiary pracy na możliwym horyzoncie. Uczenie! Prowadzenie zajęć, edukowanie! Dreszczyk podniecenia już przy opowieściach oddziałowej o tym. Tak, tak, to jest to, czego chcę w psychiatrii!
Czy jednak dla perspektywy możliwości prowadzenia treningów warto zrezygnować z tamtej szansy?Tutaj poza treningami nadal będę pracować na tym samym oddziale... z tymi samymi ludźmi, których już znam. Z tak samo chorymi pacjentami, którzy wymagają pielęgnacyjnej opieki. Itp, itd. To, czego nie lubię.
Tam - coś zupełnie nowego, nieznanego. Fakt, że pielęgniarka ma swoich pacjentów (!), bierze udział w terapii... Jest superwizja, współpraca, rozmowy. Miejsce, które ma swoją historię. Doświadczenie. Wcale nie jestem pewna, czy psychoterapia psychoanalityczna to jest właśnie ta droga, którą chcę iść... Może po raz kolejny się zawiodę. Ale chyba warto odważyć się - i spróbować. Spróbować w ogóle dostać się na ten oddział, bo przecież nic jeszcze nie jest klepnięte.. ;)



[film] Norman Leto "Photon"






Na film wybraliśmy się, po paru nieudanych próbach ;), aby wykorzystać bilet do sieci kin studyjnych z mikołajek zeszłego roku.
Zatem - długo wcześniej w kinie nie byliśmy. 
A teraz jesteśmy co tydzień ;)

Co do filmu - nieprzeciętny. Zdecydowanie wyjątkowy.
Zmienia perspektywę, daje niesamowity dystans.

Historia życia... 
Od podszewki. Wspomnienia lekcji biologii, fizyki, chemii. Mocno daje do myślenia.

I wizja przyszłości - mnie wbiła w fotel. Futurystyczna podróż.
Jak będzie się to oglądać za 20, 50... 100 lat?


Tylko tego obiecanego Kępińskiego z recenzji czytanej przez Bartka przez telefon nie doczekałam się. ;)








[film] Kenneth Branagh "Morderstwo w Orient Expressie"



Za kryminałami nie przepadam. Poszłam do Kina pod Baranami bez przekonania.
I adaptacja powieści Agathy Christe spodobała mi się.

Przepiękne widoki na dużym ekranie pociągu jadącego przez ośnieżone, potężne przestrzenie gór. Zapiera dech...
Fabuła dla mnie przekonująca. Gra aktorska i klimat.
Warto było. :)




[film] Woody Allen "Na karuzeli życia"


Ach, cudowny Woody Allen.
Film podobał mi się bardzo. 
Kolory lat 50. Ciekawa gra świateł z emocjami bohaterów. Muzyka! Wielki ekran kina i zachwyty nad formą.
Oglądało mi się znakomicie.

I mały piroman, który pokazuje, że to co się dzieje, nie jest normalne. Syn-podpalacz jest dla mnie wentylem wariactwa w tych pogmatwanych relacjach.

Kto by co nie napisał - mnie film urzekł. Naprawdę dobry Woody Allen! Jeden z lepszych jego filmów, jakie widziałam. Zakończenie w klimacie "Snu Kasandry".
Wspaniały film.





103. Ambiwalencje

"Ale jest powietrze... Pogoda, jakby była wiosna!" - zakrzyknął rano Bartek wyjeżdżając autem z garażu. - "Wolałbym iść pobiegać, a nie jechać do pracy!"

Po niedzielnej wizycie w Chrzanowie za kuchennym kobierzyńskim oknem panowała noc, a ja obierałam pierwszą tego roku mandarynkę przywiezioną z domu. Smak doskonały. Chwila idealna. Tak dobrze. Do kuchni zajrzał pacjent i prosił o kubek. Przypadkowy świadek doskonałości tej chwili z mandarynką dopełnił dzieła. ;)

Początkiem grudnia przyszła bajkowa zima. Ten pierwszy śnieg zachwyca. Mroźny, biały świat. Za oknem czarne sylwetki drzew przypruszone białym puchem. 
Cudownie jest patrzeć na pruszący śnieg. Płatki śniegu łagodnie wirujące na wietrze. Nowa, biała rzeczywistość świata. Krótkie dni, długie, ciemne wieczory i nieprzejrzyste poranki.

Sobotni poranek w zimowych niebieskościach i spokoju. Mroźnie i cicho. Lubię te chwile bezludne. Bezosobowe. Poza powszechnym czasem. Obrazki tylko dla mnie i nielicznych. Czekanie na otwarcie poczty. Czytanie o Wenezueli fizyka w podróży. Życie.

Wyrwałam się na chwilę z oddziału. Prosto w świat, prosto w smagane zimnym wiatrem policzki. Po śniegu, przez lekki mróz. Po tym mieście-ogrodzie, pomiędzy stuletnimi budynkami, po sprawy. W dali za rondem widoczna panorama miasta... Przejrzyste powietrze na tym wietrze. A gdyby tak... uciec z pracy?.. W tą przestrzeń i w ten świat... ;) Piękne poczucie wolności.


Chcę dać sobie dzień dla siebie i przestrzeń dla rozwoju. Pisać do woli.
Potrzebuję autoanalizy. Autorefleksji. Pozwolenia sobie na przemyślenia. Żeby tak dać sobie czas. Odłożyć to, co nie najpilniejsze. 
Pomodlić się. I analizować. Nie robić wszystkiego na raz i jak najszybciej.
Najpierw zamknąć te wszystkie otwarte w przeglądarce okienka o tematyce przeróżnej i spokojnie zjeść śniadanie.
Umyć buty, spisać wydatki, zadzwonić do ginekologa, przelać kasę za terapię Oli, poszukać trasy na sobotnie góry...
Najpierw: zjeść śniadanie.
W sprawach potrzebnych i/lub pilnych nie rozwlekać się. Nie rozdrabniać. Nie iść w bok.
Ocenić, co załatwić trzeba, zrobić to - i dać sobie czas dla samej siebie.
Czytać, pisać, myśleć. Modlić się. Do woli. ;)


102. jeszcze jesień...

Pięknie, przepięknie.

Ostatniego dnia października grabienie liści z M.B. Czynność mi obca. Na zewnątrz. W tych liściach. Chłód, ale pracując go nie czuć. Słońce to chowało się, to na chwilę wychodziło zza chmur.
Dobry czas.
Do cna jesienny.


Wczoraj w sobotę miałam dyżur w pracy. W moim domu wariatów. W miejscu, które, pomimo nieprzyjemnych zapachów i wszelkiej swej uciążliwości - naprawdę lubię.
Za oknem przepiękna pogoda. A ja - w pracy.
Miałam nadzieję na wyjście z pacjentami...
I udało się! :)

To taki cudowny podarek. Spacer z piątką chorych psychicznie.
Wolnym krokiem szliśmy po stuletnim parku. Słońce najpiękniej jak mogło świeciło na bezchmurnym niebie. Łagodna jesienność świata. Widok na hen, w dal, rozpościerającą się panoramę łagodnych pagórków. (Łagodność - to słowo klucz tego spokojnego, jesiennego czasu). Nitki babiego lata przewijały się w ciepłym, listopadowym powietrzu. Mijaliśmy stare, podupadające budynki i te już po remoncie, z garstkami pacjentów przed wejściem albo gdzieś za kratami okien. Pan W. snuł opowieści pozwijane z wszelkich myśli, które przychodziły do głowy. Inni pacjenci upominali go, że też chcieliby porozmawiać. Że chcą ciszy. "W., trzy minuty nic nie mów!". Miłe te wszystkie dobre słowa od gentelmanów-wariatów. Słowa uznania i sympatii. Jakieś zabawnej adoracji. Przemiłe. 

Doszliśmy do boiska gdzie dzieciaki trenowały grę w piłkę. Usiedliśmy na trybunach gdzieś pomiędzy rodzicami. Spokojne dyskusje o życiu. Egzorcyzmy uwolniły z depresji, została mania. Nie ksiądz, Bóg uzdrowił. Przenikanie się znanych mi światów. Na dwubiegunówkę nie ma rehabilitacji.

Pod sklepem znajoma była pacjentka z oddziału alkoholowego z kolegami. Łagodne słońce, ławka pod ceglastym murem. Łagodność, łagodność listopada w słońcu... Jakiś nieopisany, sercem uchwytny klimat.
Coś cudownego.
Wysoki komin z cegły. Nieczynny. Poniemiecki. A te budynki też są poniemieckie? Skąd pan wie, że to poniemieckie? Bo z cegły. Pęknięcie od góry. Tu gdzieś kuchnia. A tam hodowali prosiaki...

Przepiękny czas. Taki wyrwany niespodziewanie. Chłonęłam słońce i cudowną łagodność chwil jak mogłam. Moi wariaci palili papierosy i odchodzili na bok sikać pod murami. Nieustanne słowa. Czułam się tak po prostu z nimi. Na trochę innych zasadach niż zazwyczaj. Ludzie, całkiem normalni, a z domu wariatów. A słońce łagodnie przyglądało się temu wszystkiemu.

101. Przedostatnia poziomkowa herbata i łagodność jesieni. Pomysł na "rodzinną sagę"

Dobrze robić sobie drobne przyjemności. Wydać nawet i z 3 złote więcej na przepyszną poziomkową herbatę ;) niż na jakąkolwiek byle inną. Herbatę, której każdy łyk cieszy. Której poziomkowa świadomość raduje... ;)

Taka dygresja. Nie o tym chciałam.


Chciałam napisać o przepięknej jesieni. Choćby teraz, w tym momencie - wiatr jest taki szalony. Zupełnie zwariowany. Wczoraj przypominał mi takie porywiste, górskie, wietrzne zawieruchy. Liście z najbliższych drzew już w znacznej mierze pospadały, odsłonił się widok w dal. Na wielobarwne drzewa. Na jesienną łagodność. Na przestrzeń świata pobliskiego. Na odległe niewielkie wzniesienia, ścianę jesiennie kolorowego lasu. Z tym szalonym wiatrem w chowanego gra słońce. To oświetla swoją promienną radością świat, to chowa się za chmurami. A przy takim wariackim wietrze chmury też są niesamowite. Obłędnie trójwymiarowe, ciągną się hen, po horyzont. Kłębiaste, zmienne, porywcze w swej naturze, jak ten szalony wiatr. 


Cudownej jesieni doznawałyśmy na jodłownickim spacerze. O tym przede wszystkim chciałam napisać. Mama zostawiła córkę z tatą i ruszyła z domu w drogę, pod sercem niosąc pięciomiesięcznego syna ;). Szłyśmy razem aż do krzyża na górce, o którym mała Gosia myślała, że to grób jej dziadka. 
A to najpospolitszy krzyż z Janem Pawłem II w swym uzasadnieniu bycia na górze.

Cykliczne poznawanie Beskidu Wyspowego w pielęgniarskim gronie - najlepsze. ;)

Po drodze zachwytów moc. Zbieranie dzikiej róży na nadchodzące wino. Łagodność jesieni dnia powszedniego. Wędrowałyśmy w górę i w dół. Razem z dziećmi wracającymi ze szkoły. Z plecakami, z koleżanką i kolegą, po tych pagórkach. Z takimi widokami droga ze szkoły! No niesamowitości... Bo panoramy były przepiękne w tej naszej drodze. Tak zwyczajnie, tak po prostu. Lubię te okolice Jodłownika i Beskidu Wyspowego. Szczyrzyc, wspomnienia. Klimat miejsca. Uroki, ale bez pompy. Rozległe pagórki z licznymi sadami. Wiosną kwitnące, teraz mijałyśmy powykręcane jabłonie z pojedynczymi żółtymi kulkami jabłek wśród nagich gałęzi. Tak, dużą sympatię mam do tych rejonów. Roztkliwiają serce. Bardzo lubię odwiedzać Gosię - i ruszać w drogę. Ostatnio wiosną na Kostrzę, teraz przez Wilkowisko. Już parokrotnie i też z Jagodą na okoliczne szczyty. Jak dobrze...

Jesienią więc się nasycałyśmy w tym długim spacerze. I rozmowami. Gosia jest doskonałym słuchaczem. Czuję swoją wyjątkowość i jej wielką uważność opowiadając, snując refleksje i plany. Przemyślenia. Jaki to był dobry czas... I to łagodne jesienne słońce, i kwintesencja fotografii prania, choć  żadnego zdjęcia prania nie zrobiłam ;) - zachwyt nad czyjąś codziennością, zwyczajnością. Klimat pospolitości. Piękno najnormalniejszych chwil... 

No i te roztapiające serce jesienne widoki... Nie wiem, jakimi słowami opisać. Mam w głowie błogie wspomnienie. I chcę podkreślić ten zachwyt - tą łagodną, dobrą polską złotą jesienią... :)



Lubię pisać. Potrzebuję pisać. Potrzebuję w taki sposób się wyrażać.
Wczoraj zasypiając pomysłów na pisanie ogrom... :)

Też rozwinięcie idei sprzed jakiegoś czasu - żeby w floresowo-różowym zeszycie od Taty (gdzie on jest?.. wierzę, że przy kolejnej przeprowadzce i porządkach piwnicznych się łatwo odnajdzie... ;)) zapisać historię rodziny. Dla dziecka. Gdy będę kiedyś w ciąży (a ta możliwa wizja staje się coraz bliższa...) poza tym, że mając wolny czas wtedy planuję nauczyć się grać na gitarze ;), chcę też spisać rodzinne historie. Dla potomnych. ;) To pomysł z Beskidu Śląskiego na pięć lat naszego z Bartkiem poznania się. B. biegał po ścieżkach, a ja we mgle kibicowałam mu i rozmyślałam. I tak wtedy wymyśliłam. Spisać naszą historię poznania się, ale i naszych Rodziców, i dziadków... Wczoraj rozmyślałam o tym też. Żeby pozbierać to, co Rodzice i ostatni Dziadek Bartka pamięta. Daty, okoliczności. Możliwy przebieg zdarzeń. Historię Miłości... Relacji, dzięki którym dochodzi do powstania nowego człowieka... Zbiegu okoliczności, które tworzą historię. Przy innych kombinacjach byłoby przecież zupełnie inaczej. Inni ludzie rodziliby się z innych relacji. A tu deszcz w Katowicach i brak parasola (? - muszę wybadać dokładniejsze szczegóły.. ;) ), a tu zdjęcia komunijne z rodzeństwem u boku, a tu wycieczka w góry i totalna przypadkowość... 

Rodzinna Saga. Taki mam pomysł. ;)


A możliwe Dziecko powoli mniej przeraża. Myślę, że jeszcze czas... Jeszcze mam tęsknotę za dłuższą podróżą... Która jednak powoli z tęsknot za życiem wagabundy skracała się do roku, pół roku, trzech miesięcy... ;) Chciałabym jednak coś takiego przeżyć z B. Tęskno. Może w głowie nieżyciowe wyobrażenia, może bardziej "klimat"... Ale jednak namiastka w trzytygodniowym byciu w drodze na rowerze - inspiruje, do więcej, dalej, dłużej... Majaczy w głowie Ameryka Południowa. Rower? Góry? Odwiedzenie Argentyńczyków. ;) Nauka hiszpańskiego.

Póki co jednak projektujemy naszą kuchnię w zbliżającym się mieszkaniu... ;)

A ja kupiłam "Złe matki są najlepsze" i po przejrzeniu paru stron śniło mi się, że urodziłam dziecko. Poród był bezproblemowy, a karmienie noworodka piersią łatwe i oczywiste. Haha. ;) Coś może się we mnie przełamało... Odwyk od pediatrii ;) i inne spojrzenie. Fajna sprawa, tworzyć człowieka... To może nie tak straszne, jak jeszcze niedawno myślałam...
Ale jeszcze czas. Tak myślę, taką mam nadzieję.


Choć nic zupełnie nie jest pewne i nic przecież nigdy nie wiadomo...


I to już nie zachwyty z codzienności - ale chciałam gdzieś spisać. Może lepiej byłoby na papierze, ale klawiatura pisze szybciej niż długopis... Że mam dość - i mam do tego prawo. Że taki dzień jak dziś bardzo cenię, gdy M.B. ma dyżur. Dom pusty i tylko dla mnie. Można śpiewać, głośno słuchać muzyki, nie przejmować się. Ale czy o głośne słuchanie muzyki mi chodzi w tym "nie mieszkaniu na swoim"?... Chyba nie. Chyba bardziej o brak swobody. O to, że nie jestem sobą. M.B. jest dobrą M.B. ;) I super, że możemy oszczędzić mieszkając tu, i to miasteczko ma swoje uroki, i te widoki z okna, i ten dom z podwórkiem, i przepyszne zupy, i rozmowy, i bycie tu w tym czasie... Ale taka jestem, że przy M.B. swobodnie się nie czuję. Minęło parę miesięcy i naprawdę tęsknię za własnym z B. mieszkaniem. Tak jak zresztą się spodziewałam - że po koczowaniu u M.B. bardziej wyczekiwane mieszkanie z B. mnie ucieszy... ;) I dobrze. Kwestia czasu, nie tak długiego. Nie ma co drzeć kotów (?) czy szat rozdzierać... potrzebowałam przestrzeni, żeby to wyrazić. Wyrażam więc.  
Myślenie i perspektywy M.B. są inne od moich. Najnormalniejsza sprawa pod słońcem. Potrzebuję przestrzeni dla siebie. 
Że śniadanie z B. a śniadanie w trójkę z M.B. to coś zupełnie innego. Tak czy tak mamy czas tylko dla siebie z B., więc nie ma co narzekać, to z pewnością. Ale jednak... tęsknię za naszą prywatną samotnością we dwójkę. Że inaczej też mieszkać z współlokatorem-studentem, a inaczej z M.B. Zupełnie inna relacja przecież. 
I to sprzątanie cotygodniowe.. I te przydomowe sprawy. Presja. Poczucie, że powinnam. A ja jestem jedynaczką, leniwą i egoistyczną? Zapewne, też. ;) Bo za dużo to nie sprzątam. Nie gotuję. Nie udzielam się domowo. Mnóstwo rzeczy, które mam głowie, przekładam nad pilność i ważność tych ważkich spraw dla mnie. Tak jest... Wolę pisać, zajmować się zdjęciami, słuchać, czytać, inspirować się, spotykać ze znajomymi, wyjeżdżać, chodzić po górach, tworzyć... I to sprzątnie specjalnego priorytetu nie ma. Szczególnie takie, którego sensu nie widzę. Nie powiem, B.M. pod tym względem i tak jest chyba bardziej liberalna od mojej M.... Nie, nie ma co narzekać. Normalna sprawa. Wypada, żebym coś czasem ugotowała czy posprzątała. Może jednak na bok odłożyła swoje i tylko swoje sprawy, projekty, tworzenie. ;) Trochę na ziemię do wspólnego jak na razie z M.B. mieszkania zeszła. potrzebowałam to wyrazić. Mówię B., ale to dobre nie jest. Takich rzeczy nie powinnam mu mówić. Poradzić sobie sama. Zatem - napisałam tu. I to jest chyba dobra droga. Pisać, opisywać, samej sobie opowiadać i wyjaśniać... Chyba to tędy droga. ;)

100. październikowy dzień midsummer


Przepiękne słoneczne jesienne dni trwają.
Dni prawdziwej polskiej złotej jesieni...

W poniedziałek cieszyłam się każdym promykiem słońca w stuletnim parku odprowadzając pacjenta do stomatologa. Liście pod nogami szurają i pachną jesiennie. Pomiędzy mnóstwem zadań wystawiłam twarz do słońca wpadającego przez okno na parter. Zamknęłam oczy. Pomyślałam, że tak samo słońce świeci, gdybym była na łące. W górach. Odpoczywała i miała czas. To była piękna chwila. Nasycenia się momentem. Nachapanie się energii słońca przez zamknięte powieki...:)

We wtorek ciemną nocą ruszyłyśmy z Krakowa do Zakopanego. Legendarne jesienne Czerwone Wierchy okazały się naszym celem... Pogoda była jak marzenie. Widoki nie do napatrzenia się. Tak pięknie. Tak dobrze. Co za wspaniały dzień...

A w środę mam dwudzieste szóste urodziny. "Midsummer", jak mówi Słownik Nieoczywistych Smutków. ;)


Chcę napisać tu, jak dobry jest B. Najlepszy Mąż.
Jak myśli o mnie. Jak chce dobrze.

Od dnia po rocznicy naszego ślubu kanarkowo żółte kwiaty cieszą oczy z makowego wazonu. Trzymają się dzielnie. Choć to nieoczywiste... Dostałam kwiaty. :)

B. nie lubi zapachu parzonej kawy.
A zobaczył, że stara kawiarka jest zniszczona - i na urodziny dostałam nową.

Powiedziałam kiedyś o biografii Osieckiej, że chciałabym przeczytać. Nie był pewny, czy to o Osiecką, czy o kogoś innego mi chodziło - szukał, przekopał internet. Dostałam książkę "Potargana w miłości". :)

Raz mówiłam o tym, jak podobał mi się masaż. I że na takie SPA bym poszła... Nie wiedział, co to "SPA". Pytał kolegę (też nie wiedział) i koleżankę z pracy. Dostałam bilet na "SPA pod gwieździstym niebem"... :)


Wsłuchuje się. Tak się stara być uważnym! Tak bardzo chce dla mnie dobrze!

Kiedyś mówiłam o świeczkach. Następnego wieczoru pojawiły się piękne, bladopomarańczowe kule z wosku.

Śpiewał: "Happy birthday to you..." zapalając świeczki.
Schłodził gruzińskie wino "Pirosmani".
Tak pięknie zapakował prezenty - choć dla niego samego to nie ma dużego znaczenia, wiem. Zrobił to dla mnie. Bo zauważył, że dla mnie znaczenie to ma.


Chciałabym być bardziej uważna. Całą sobą przeżywać trwającą chwilę, a nie błądzić myślami po przyszłości. 
Świadomie być tu i teraz.
W takich chwilach doceniać na bieżąco.

Tak dobry Mąż.... Najlepszy.
Chciałabym być dla niego lepsza. 
Bardziej nad sobą panować. Z emocjami sobie radzić. Nie wywoływać sytuacji konfliktowych. Pogodzić się z sobą. Siebie akceptować, cieszyć się tym, co jest. 
Chyba najważniejsze - być bliżej Boga.

W dwudzieste szóste urodziny chcę iść do spowiedzi.
I umówić się na terapię.

Po głowie chodzi dużo myśli. Prób wytłumaczenia. Znalezienia przyczyny. Szukania sensu, którego nie dostrzegam. Którego potrzebuję, a gdzieś umyka.
Potrzebuję z kimś, kto wie, jak rozmawiać, to wszystko przegadać. Uporządkować sobie. Uzyskać wsparcie od profesjonalisty. Dowiedzieć się więcej o sobie. Nauczyć radzić z silnymi emocjami, którym się często po prostu podporządkowuję. 
Zmienić przekonania na prawdziwsze i z większym dystansem. 
Nie daję sobie sama rady. Szczególnie przy PMS. Niszczę tym siebie i relacje. Nie myślę o sobie dobrze. Wpadam w dołowe nastroje, z których w danym momencie nie widzę wyjścia.

Chcę akceptować siebie. Akceptować świat.
Po prostu cieszyć się tym, jak jest. Kim jestem. Co trwa.
Chcę dobrą miłością kochać Bartka. Być dla niego dobra.

Napisał właśnie: "Dziękuję Karolajn za pyszną kanapkę od Ciebie!".
Najlepszy mąż świata... :)


W ten dzień urodzin chce cieszyć się życiem. Dzisiaj i w każdy kolejny dzień. Nie zazdrościć, nie oglądać się na innych, nie oceniać. Korzystać z tego, co jest. Z tego słońca! Z tej przepięknej jesieni! Z życia, które trwa! :)







99. Przemyślenia ze stuletniego parku.

Myślę sobie, żeby zdążyć opisać to, co mnie tak zachwyca, nim zachwycać przestanie...

Nieuchwytny taki ten zachwyt.
Żywy i szczery. Płonący, gdzieś z tyłu głowy z obawą - że łatwopalny. Łatwowypalny.
Póki co - jest. I cieszy. I śmieję się do siebie. I dobrze mi, mimo Orlej Perci w życiu zawodowym - idzie się do przodu, bo co zrobić? Gdzie się wrócić? Jaki helikopter ratunkowy wzywać?

Zatem - wytrwałam! Cały miesiąc na dwóch etatach!
To zachwyca... Że już po. ;) Choć dla jednych to chleb powszedni, dla innych totalne zaskoczenie i niedowierzanie, że tak w ogóle można... Jak Orla Perć dla wspinaczy i wielbicieli Krupówek. ;) I dalej zgodnie z tą metaforą - ja chcę zostać na poziomie Orlej Perci. Krupówki mnie nudzą, ale do wspinania w skałach też mi się nie pali. Orla Perć porywa serce, totalnie zachwyca, wstrzymuje oddech.. Ojej, jakie to było mocne przeżycie!...

No a nowa praca... Ach, ciągnęło mnie tam przecież już od lat. Już od trzech tygodni praktyk na trzecim roku. Miejsce i klimat urzekł. I musiałam o tym dużo mówić, bo słyszę teraz zewsząd "super, przecież od dawna o tym marzyłaś!". Tak, to prawda!

Co mnie zatem tak zachwyca w tym miejscu, które innych przeraża?


Oj, ciężką pracę panie mają...
- to akurat słyszałam wszędzie: 
i na intensywnej (oj, tak...), 
i na pediatrii (no, czasem tak!), 
i teraz... 
Za to w przychodni chyba rzadko kto
wzdychał nad naszą ciężką pracą... ;)



Teraz pomyślałam, że cudowna jest tam taka rodzinna atmosfera. Klimat wspólnoty. Bycia razem. Swobody. Nie tylko wśród personelu (no, aż tak różowo nie jest... ale jest bardzo dobrze! najlepsze środowisko pracy z jakim do tej pory w życiu zawodowym się spotkałam! Najbardziej na luzie i w moim stylu...) - ale i wśród pacjentów. Ludzie z sercem na dłoni. Ci w manii motywują i wspierają tych w depresji. Zgłaszają swoje obawy, obserwacje. Sami z siebie przynoszą dla współtowarzyszy jedzenie z jadalni. Pomagają przy upadku. Organizują czas wolny. Urocze...

I zgłaszają te swoje problemy... Śmieję się w duchu. Nie szyderczo, ale tak... z ciepłem. Z rozczuleniem. Że doświadczenie pracy na pediatrii pasuje tu jak ulał. ;) Czasem jak w przedszkolu - skargi, zażalenia, tej rangi problemy. Jest to takie specyficzne poczucie, które bardzo mi się podoba... Czy to rodzaj władzy? Mocy rozwiązywania tych problemów? Adekwatnych działań terapeutycznych? ;)

Fascynują mnie te zaburzenia. Nie wiem, czy to dobrze... Ale z pasją czytam o objawach chorobowych. Obserwuję na własne oczy. Całą sobą chłonę, co się dzieje. Z prawdziwą fascynacją. Dowiaduję się coraz więcej, i więcej... z prawdziwie żywego życia! Teraz, gdy ten zawodowy kołowrotek się skończył, mam nadzieję, że zgłębiać będę coraz bardziej i teorię. Przyrównywać mądre książki do rzeczywistości. Uczyć się naukowych podstaw tego, co mam przed oczami. To, co na papierze mnie pasjonowało, odnajdywać w prawdziwym życiu. Póki co dotykam tak bardzo z bliska tych wszystkich wielkich problemów. Marginesu społecznego - też. Grubych spraw. Co za paradoks, teraz tak sobie myślę... Co za życiowe oksymorony. Że ludzie ganiający z siekierą za żoną, ćpający na plantach, mający poważne sprawy karne - są jednocześnie w tym zamknięciu czasem trochę jak przedszkolaki...


Mogę do woli rozmawiać z ludźmi cierpiącymi na zaburzenia, które mnie fascynują. Pomagać (oby!) rozmową. Działać. Reagować. Mieć wpływ! 

I po uszy tonąć we wdzięczności. W dobrych słowach od pacjentów. W wyborze na powierzanie sekretnych spraw. W zwracaniu się do mnie z problemami. W porozumiewawczych spojrzeniach. W pragnieniu spokoju i jasnego wytłumaczenia. W widocznych zmianach, które zachodzą pod wpływem moich słów. Jeju, jak mnie to cieszy! To jest taka pomoc, która porywa mnie chyba najbardziej. To jest chyba właśnie to coś, czego chciałam, idąc na te studia. 

Widzę perspektywy! Takie mgliste i niepewne, ale majaczą już w dali. To taka działka medycyny, w której już teraz co nieco wiem, całkiem-całkiem się orientuję, jak na pierwsze kroki. Którą z pasją chcę zagłębiać coraz bardziej. Która mnie żywo interesuje. Możliwości są różne... Ale i dawne mgliste plany wychodzą z zakurzonej niepamięci na światło dzienne. Bo tuż obok jest serdeczna dziewczyna, która będąc w podobnej zawodowo sytuacji, idzie właśnie na tą ścieżkę, którą i ja chciałam iść. Zobaczymy, zobaczymy... Są może i inne możliwości. Nie upieram się. Zobaczę. Chcę w to wejść coraz głębiej, zbadać grunt, rozejrzeć się. Dawać z siebie co mogę. Uczyć się na każdym dyżurze - od samych pacjentów. I z doświadczenia starszych. Filtrować to przez swoją wrażliwość i podłoże teorii. Ach... Nareszcie jestem w takim miejscu, w moim zawodzie wyuczonym, z którego widzę jakąś drogę do przodu!

"Lubię tych pacjentów" - mówiła Justynka. I ja za nią powtarzam.
Ciepło na sercu wywołują. Przywitania, podziękowania, zapytania, umawiania na serniki. Ojeju...

No i bycie "w akcji". Przy prawdziwie psychotycznych pacjencie. Działanie! Jeju, to taki miks szpitala polowego na Woodstocku, praktyk na trzecim roku, trzech godzin "przystosowawczych" w MONAR'ze... Miks tego, co mnie fascynowało. Co porywa.

I ta różnorodność! Można dotknąć wszystkiego po trochu. Porozmawiać, pokrzyczeć. Wytłumaczyć, pogawędzić. Przywołać do porządku, ukoić dobrym, spokojnym słowem. Działać w akcji i odpocząć przy dźwiękach dobrego radia.

No i te okolice! Tak dobre. Świadomość stuletniej historii tego miejsca... Legendy, którą obrosła już sama nazwa. Budzę podziw w same sobie, myśląc, gdzie pracuję. ;) I ten wspaniały park! Pranie rozwieszone przy oddziale rehabilitacyjnym! Dziki w nocy! Cały klimat tego miejsca... Bez ogrodzenia. Miasteczko dla obłąkanych. Cisza, zielone drzewa. Kasztany. Praca w prawdziwym, historycznym już parku, a nie przy głośnej drodze ciągłego ruchu. 
Tak, to miejsce też mnie zachwyca...


Kolorowe tabletki. 

Jak i klimat w samym środowisku... Dobre relacje. Zabawnie, na luzie. W takim stylu właśnie, który mi "leży". No i kilka młodych osób! Jest z kim i o czym porozmawiać. Jak dobrze....
Chleb dla pacjentów, i dla nas. Obiadki, herbatki. Z widokiem na spacerujących z panią kuchenkową. Cudowna pani Kazia z kuchni, pani Bogusia z siostrą pokazująca najkrótszą drogę na przystanek i oprowadzająca po Starym Osiedlu. No cudownie...

I nie ma tego paskudnego podziału. Tych znienawidzonych przeze mnie granic. Mogę dużo, mam wpływ! Decyduję w większym stopniu, niż do tej pory. Współpraca! Jak dobrze...


Oby ten zachwyt i zapał trwał, i trwał... :)

____________________________

+ 4.09
Kolejne myśli:
Że oni uczą normalności (paradoksalnie). Cieszenia się tym, co jest. Pokazują proste powody do radości. Trudno nie uśmiechać się razem z nimi. Nie odpowiadać na głośne "dzień dobry siostrzyczko!". "Do widzenia pani pielęgniarko!"

Wrażliwość, chęć wysłuchania - to dużo. Ktoś taki jest tam potrzebny.
Dopytują, czy pani ma jutro dyżur.
Pytają poufnie i osobiście. "Bo ja wolę pani zapytać niż tamtej..."
Jeszcze nie zagłębiałam się w dawno przyswajane techniki rozmów terapeutycznych... Ale sama chęć wysłuchania, spokój, wrażliwość, empatia - to już bardzo dużo! - widzę to.

Fascynuje mnie ten świat psychiatrii... Nareszcie widzę sens mojej pracy zawodowej... :)


___________________

I jeszcze inne zachwyty:

Jeden z nielicznych wolnych wieczorów sierpniowych. Grill w mieście, a pod lasem. W oddali świecące wieżowce. Wystający zza chmury ogon Wielkiego Wozu. Świerszcze. Totalny spokój. Łagodne pagórki z niską trawą. Rozmowy o rowerowych podróżach. Wspólne zainteresowania, ulga bezstresowych rozmów o byciu w drodze. O, jak dobrze... Móc tak siedzieć na tych łąkach ruczaju i czuć wakacje... :)




98. Ale sierpień!

Natłok zdarzeń, natłok działań.

Andrzej Waligórski:
"Jesień idzie"

Raz staruszek, spacerując w lesie,
Ujrzał listek przywiędły i blady
I pomyślał: - Znowu idzie jesień,
Jesień idzie, nie ma na to rady!
I podreptał do chaty po dróżce,
I oznajmił, stanąwszy przed chatą,
Swojej żonie, tak samo staruszce:
- Jesień idzie, nie ma rady na to!
A staruszka zmartwiła się szczerze,
Zamachnęła rękami obiema:
- Musisz zacząć chodzić w pulowerze.
Jesień idzie, rady na to nie ma!
Może zrobić się chłodno już jutro
Lub pojutrze, a może za tydzień
Trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
Nie ma rady. Jesień, jesień idzie!

Wszystko w złocie trwało i w zieleni,
Prócz staruszków nikt chyba nie myślał
O mającej nastąpić jesieni.
Ale cóż, oni żyli najdłużej.
Mieli swoje staruszkowie zasady
I wiedzieli, że prędzej czy później
Jesień przyjdzie. Nie ma na to rady.





Sierpień w pełnej krasie...
Upały. Prawdziwe lato. 
Podczas rozwieszania prania śmiech dzieci sąsiadów przypomina o trwających wakacjach.

Za oknem zieleń drzew i to tak bardzo cieszy. Relaksuje. Koi.

"Tylko nie zapomnij o odpoczynku!..."

No właśnie!

Rano pachniało kawą. I wczoraj. Miły zapach. Pan taksówkarz wśród opowieści muzycznych obwieszczał nadciągający deszcz. Ale nie padało, upalny dzień, jeden z wielu upalnych sierpniowych dni tego roku, rozwinął się w pełnej krasie.

Dobrze tak. Rano aż bolało gardło. 
Piwo i stare, dobre towarzystwo potrzebne. Burgery i karaoke. Rozmowy branżowe wspierające. Wygadanie się na luzie. Tak zwyczajnie. Prosta rozrywka. O, jak dobrze!
Piosenka za piosenką, nasze "Cykady na cykladach" rozbujały na dobre Coyote Bar. 
Dobrze mieć takie odskocznie... :)


Cieszy ten sierpień. Pomimo, że pracowity. Radują letnie chwile, drobne odprężenia.


Zachwyca klimat stuletniego szpitala. Cień parkowych drzew. Zabytkowe oddziały. Atmosfera domowa, swojska. Rozmowy. Spokój. Słońce i za oknem cisza zieleni. O, jak dobrze... Bez spiny, po prostu - tak wszystkie się da. Na luzie. Zwyczajnie. Bez wydumania i sztucznie tworzonych problemów.
Obiad ten sam co pacjenci, tylko nie na plastikowych talerzach. Smacznie, pachnąco. 
Mleko do kawy nalewane chochelką z garnka. 
Dżem na chrupiące, świeże pieczywo. Z okna widok na wejście na oddział. 
Do dyżurki wpada nachalne światło. Wiatrak niewiele pomaga. Takie upały, że z każdego strumieniami leje się pot.

Spokój, rozmowy. Urzeka mnie to miejsce.
Fascynują zaburzenia psychiczne - choć czy to jest dobre?...
Z przejęciem czytam historie chorób, lekarskie wywiady. Patrzę na ludzi. Wewnętrznie przeżywam ich choroby, tak niezrozumiałe. Ci młodsi i z ciekawszym życiorysem szczególnie interesują.
Czy to dobre?... Jak to będzie dalej?

Na razie - pomimo wszystko - spróbowałam. I zobaczę, co dalej.
Na razie korzystam z tej okazji. Cieszę się pracą w tym legendarnym miejscu.
Psychiatria fascynuje, tak, jak kilka lat temu.
Imponuje mi terapia rozmową. Widzę możliwości rozwoju dla siebie - zupełnie inne niż standardowe perspektywy tego zawodu. Nowe szanse, nowe spojrzenie.
Niech się dzieje!





97. lipcowe dni i życie na krawędzi siebie

Tak lekko płynie nam to lato
jakby biedronki nim powoziły...


Tak wolno płynie nam ten lipiec...
To dobrze!
Trwa i trwa.

Dzieje się!

W zamęcie wyborów.
Z zamętem w głowie.


Fotograficzna kariera zmusiła do nauki jazdy autem. Przełamania obaw. Naprawdę dużych lęków. Po prostu było trzeba - no i tego 15 lipca ruszyłam. Sama, z GPSem, w obcą trasę. To chyba bardziej stresowało niż pierwsze fotograficzne zlecenie... Wcześniej prób jazdy wspólnej było co nie miara. Chwile, gdy po prostu lęk przekraczał swoje we mnie granice. Czysta panika. Ogłupienie stresem. Po przekroczeniu progu - wysiadałam, zatrzymywałam się nawet i w najdurniejszym miejscu, przesiadka na miejsce pasażera, przy okazji nerwowa atmosfera, kłótnia, na wiatr rzucane słowa. 
Miałam wybór.

Ruszyłyśmy na Orlą Perć. Satysfakcja ogromna, a zmęczenie potem chyba jeszcze większe... 
Tam nie miałam wyboru.
Zawieszenie się na łańcuchu przerażało. Droga w ciągłym stresie. Ekspozycja fascynowała, widoki zapierały dech. Fantastyczna droga. Teraz tęsknię do wysokich gór! Ale z momentami z łańcuchami i gładką skalną ścianą - to było dla mnie zbyt wiele... No ale wyboru nie było. Pomimo wizji śmierci przed przekroczeniem przepaści - szłam dalej! No bo co, zablokuje sobą szlak i będzie trzeba wzywać helikopter? Tylko taka alternatywa istniała. Było więc trzeba wziąć się w garść, pomimo mokrych rąk i serca w gardle - przejść ponad tym. W ogromnym stresie i gigantycznym skupieniu iść dalej. Robić swoje. Prychać na rozładowanie emocji. Żyć tymi chwilami - na krawędzi siebie. Oddychać z wielką ulgą i satysfakcją po pokonaniu kolejnych trudności...

Jeżdżę sama autem do pracy. W miejskim ruchu i z nasycaniem się skupieniem na drodze.
Tu też nie mam wyboru.
No bo co pozostaje - wysiąść z auta na środku skrzyżowania, włączyć awaryjne i dzwonić do B.?
Na taką alternatywę błyskawicznie reaguję jak na Orlej Perci - idę dalej. Pomimo stresu przełamuję siebie i jadę. Na bieżąco analizuję, co zrobić. Jeszcze z nikim się nie zderzyłam... A samochody okazują się też (z) ludźmi. ;) I widzą co ja robię, i ja widzę co oni, i jest to pewnego rodzaju współpraca... Czego jeszcze niedawno nie dostrzegałam.

Lipiec miesiącem życia na krawędzi siebie i przełamywania lęków... ;)


Piękne chwile bywają.
Jak na przykład to poniedziałkowe popołudnie, gdy wyszliśmy z kocem na trawę. Niebo zachmurzone, zielone korony drzew nad nami. Aż do pierwszych kropli deszczu czytamy książki będąc blisko. Ptasie odgłosy wzbudzają zainteresowanie i dyskusje.
Pięknie było!


Albo poczucie wolności bycia w drodze jadąc samochodem.
Zaskakujące!
Znaki na przejścia graniczne z Ukrainą, gdzieś tam, hen, za Rzeszowem... Możliwość wyboru. Możliwość ruszenia w dal.
Nawet powrót z pracy, gdy złota godzina i zachwycający zachód słońca. Prowadzenie samochodu zaczęło mi się podobać, niewiarygodne! Kieruję - i jadę. Droga niknie za zakrętem. Przed siebie, w dal. Jestem w podróży... A to przewspaniałe uczucie, zawsze.


Niespodziewany wieczór w Tyńcu. Niebo różowieje, gra w zmienne kolory. Pomimo zmęczenia i niewyspania - dobry czas razem. Widok na Wisłę, na świat. I nieszporne śpiewy męskiego zakonu. Przepiękne są śpiewające męskie głosy. Nawet na chórze gdy słyszę obok śpiewający bas czy tenor - tonę w zachwycie. ;)


I widok zielonych drzew za oknem. To są piękne rzeczy. Białe chmury na niebieskim niebie. Spełnianie marzeń o zrywaniu owoców prosto z krzaczka. Pełnia lata. Klekotanie bociana. Piski sowy.


Poczucie wędrowania - w kolejnym powrocie z pracy. Gdy tak, jak pokazuje jakdojade, można do domu dojść... przechodząc przez rzekę. W buncie przeciwko autobusowi, który zwiał, wsiadłam do tego alternatywnego i wysiadłam w obcej wsi, za rzeką. B. szedł ze mną z pracy z mapami google. I tak dotarłam do drogi za domami bez przejścia - za to z rzeką. Buty w dłoń i przed siebie. Woda zimna, ale dawne przejście płytkie. Ponoć kiedyś chodziły tędy krowy. Może i autem z wyższym zawieszeniem można by przejechać. Przeskoczyłam potem przez zamkniętą bramę, na skróty. Pokonałam miejscową legendę o rzecznej alternatywie przejścia - da się, czemu by nie!









96. maj z rowerem w tle

Zatonęliśmy w ferworze przeprowadzki.
W popodpisywanych siatkach i kartonach zastawiających cały pokój. Toniemy w porządkach, sortowaniu rzeczy mniej i bardziej niepotrzebnych i w myciu okien, po których zostają smugi.

A poza tym wszystkim - to piękny maj! Pojedyncze słoneczne dni jak magnes przyciągają tłumy ludzi wylewających się na miejsca odpoczynku niedzielnego. I tak świątecznym rowerem gnałam, jak zawsze nieco w niedoczasie, do pracy. Slalomem wymijając nastolatków i Azjatów leniwie wędrujących ścieżką wzdłuż Zakrzówka. W ostatniej chwili zakręcając przy parach i całych grupach zażywających niedzielnych uroków wieczoru podczas spacerów po plantach i pod Wawelem. Ola w różowej spódnicy, rozkloszowanej i za kolano, uczestniczyła w tej zbiorowej rekreacji żywo dyskutując z chłopcem o tym samym nazwisku. Minęłam szybko, obejrzałam się spiesznie, Wawel minęłam i pognałam dalej.

Bardziej od tego wyścigu z przeszkodami lubię wracać z pracy w niedzielne poranki. I w pochmurne wieczory, gdy ze świecą szukać leniwych spacerowiczów. W niepogodę zatem i o nieoczywistych porach. Kenopsia prosto ze słownika nieoczywistych smutków - to właśnie to, co mnie porusza. Uwielbiam patrzeć na wysokie korony szalenie zielonych drzew na plantach - gdy pusto, i jakby trochę nielegalnie mogę uczestniczyć w tych chwilach poza ogólnie przyjętym czasem.

Rowerem też wracaliśmy w piątek. Jednym, moim. Zaraz po cudownie inspirującym spotkaniu z Ewą. Spotkania z Ewą to zawsze ocean inspiracji i poczucia zrozumienia. Twórczych refleksji i wynurzeń kreatywności. Piękna znajomość, bardzo rozwijająca i dobra. :) Do tego ten Kazimierz w tle, który obie uwielbiamy i czujemy klimat. Trochę krakowsko, trochę hipstersko. Miłych, dobrych miejsc multum, choć w piątkowy, deszczowy wieczór raczej wolny stolik nie jest łatwo znaleźć. Po tym zatem spotkaniu, w jak zawsze klimatycznej Fince na Kazimierzu, gdzie grafika drinków i atmosfera miejsca porusza najczulsze struny w sercu - wracaliśmy z B. na rowerze. Jednym. Ja na bagażniku, B. po więcej niż jednym piwie. Popołudniu padał deszcz, a tego późnego wieczoru wiał lekki wiatr nad Wisłą. Było najwspanialej... Dwa dni później jeszcze czułam zakwasy w nogach od spinania ich w mało komfortowej pozycji na rowerowym bagażniku. Jechaliśmy tak wolno, a tak wariacko. Jak małolaty. Wolność w rozwianych włosach. Cudowny czas tylko dla nas. Nocny Zakrzówek wydawał ptasie dźwięki, których za dnia w takiej formie się nie uświadczy. Za nami przebiegły dziki. Przystanęliśmy i widzieliśmy ich cienie. Było przepięknie... :)

95. Spragnieni słońca ludzie wylegli na planty.

Spragnieni wiosny wyszli na Grodzką. 

Tłumy wylały się z mieszkań prosto na wiślane bulwary i krakowski rynek. Na Podgórzu kupują lody o cudacznych smakach. Pokrzywa z miętą, mozzarella z bazylią. Rowerami podjechali na Sławkowską i zajadają vegeburgery z widokiem na przelewające się masy ludzi stęsknionych ciepłych wieczorów. Z widokiem na dziewczynę z koszem czerwonych róż. Na Finów zagubionych ze swoim kamperem wśród wąskich uliczek wokół rynku. Pierwszeństwo mają piesi. Jeszcze rowerem łatwiej ominąć, objechać i wyjść na prostą. Byle samochód, który jakimś cudem dostał się na zakazany teren, rośnie w swoją wielkość i niezgrabność zastawiając całą sobą szerokość brukowanych uliczek.

Zieleń jest już prawdziwie zielona. Śmiało i pewnie. Wieczór jest po prostu ciepły, bezchmurne niebo daje gwarancję beztroskiego chilloutu.

94. majowe westchnienia

Gdy jedzie się rowerem do albo z pracy - przez gęstwinę ptasich treli. Przez odurzające lekkim ciepłem zapachy. Przez świat, który zazielenił się już na śmierć. Liściaste korytarze drogi wzdłuż zakrzówka, wysoko pod niebem korony drzew na plantach. Pięknie, ach, jak pięknie...


Mgły były nieprzebrane. W takim dniu, 13 maja, sobota. Dzień przed 17. rocznicą pierwszej Komunii Świętej (na której pamiątkę zaśpiewałam na Mszy psalm - na tą samą melodię, co 17 lat temu... Melodię wyuczoną wtedy na blachę, w której zabrzmiał już psalm w moim wykonaniu na niejednej oazowej i jankowej mszy, na ślubie własnym, i Klaudii, i Darka, i Iwony... Melodia, która mnie samą wciąż wzrusza i zachwyca. "W krainie życia ujrzę dobroć Boga...")
W dzień wylania Ducha Świętego na REO. Dzień cały pełen modlitwy i wielbienia. Dzień zamglony od świtu do zmierzchu. Jakbyśmy przenieśli się poza świat... W tej mglistej rzeczywistości, w tym odcięciu od tego wszystkiego, co zostało. W środku lasu - i w środku mgły. Zagubione, wyłaniające się z mgły samotne postacie poszukiwały domku C, gdzie wstawiennicy modlili się w Duchu Świętym. Błądziliśmy we mgle, chodnikami i ścieżkami, szukając miejsca, które było nieopodal - ale przez mgłę wcale z oddali niewidoczne. 

Naprawdę, niezły klimat...

Śpiewy językami - tak niesamowicie piękne i błogie, że chciałoby się, żeby trwały wiecznie... Dotknięcie Wieczności. Tego, co trwałe i nieprzemijające. I totalnie niepojęte. 

Otwarcie się!
Odwaga.
Słowa, które przyszły przez nie do mnie. O wolności. Mądrości Bożej. Ścieżka przez morze i wody nieprzebrane.
I sprawię, że opadną wszystkie zawory więzień.

Niech się dzieje!
Rób co chcesz, Panie, rób co chcesz...


To był tak piękny i wyzwolenia pełen czas!
A teraz grzmi.
A o poranku 14 maja ruszyłam biegiem w ten las. Mgły powoli opadały, choć sam bieg był krótki. W leśnej gęstwinie zieleni zobaczyłam, jak mgła ustępuje miejsca słonecznym promieniom. Zachwytów pełna zbiegałam błotnistymi ścieżkami. A w naszych schronieniach w sercu lasu mgła panowała znów w najlepsze... Ale później rozpogodziło się - i już każdy cieszył się pięknym, majowym słońcem.

Kwiaty, zieleń.
Jaki piękny maj!
I w naszym ogrodzie - usunięto górne kontenery z terenu budowy. Dwa tygodnie przed przeprowadzką zyskaliśmy szerszą perspektywę z okna. ;)
Ogród zarósł trawskami na całego. Ale chyba już odpuścimy jego koszenie...
Zieleń atakuje oczy z każdej strony.
Po wspólnym popijaniu truskawkowego koktajlu (z mrożonek z Żabki i banana) wśród zapachu bukietu fioletowego bzu siedziałam z przepyszną kawą na parapecie i czytałam fragmenty z Księgi Izajasza. Wielkie kocie oczy patrzyły na mnie ze strachem z sąsiedniego ogródka. Kicia nieśmiało przekraczała barierkę, delikatnie badała teren. Z chwili na chwilę kot na smyczy był coraz śmielszy, skubał naszą trawę, polował na mrówki. Pan sąsiad wyłonił się, zapytał, czy kot nie przeszkadza. Z lekkim speszeniem pogadaliśmy o życiu  z młodym kotem.
Dwa tygodnie przed przeprowadzką poznałam sąsiadów zza ściany... ;)


A teraz czas ruszyć porządkować swój świat rzeczy. Czas następnej przeprowadzki...
Znów zużywanie resztek... :) Dokańczanie herbat. Kasza manna ma już chyba z dwa lata. Lodówka opróżnia się powoli, jak i pojemnik na suche produkty spożywcze...
Marzy mi się minimalizm. Nie obrastanie w przedmioty.
Poczytam mądre porady o pozbywaniu się ubrań - i czas ruszyć do działania! ;)

93. Czas następnej przeprowadzki powoli nadchodzi...


Pisanie chodzi po głowie.
Chodzi i męczy.
Zatrzymywanie teraźniejszości. Wyłapywanie chwil.



Jak tej z picia herbaty z ukraińskich połonin. Chyba już dawno przeterminowana ta herbata... Smakuje jak te mokre, mgliste dni u stóp Świdowca. W cafe-barze, gdzie przybycie czterech dziewczyn i jednego chłopaka z plecorami było nie lada atrakcją. Ten sam smak herbaty z traw, ziół i owoców, co przy drewnianym stole, łapiąc ciepło pomieszczenia w przemoczonych ciuchach i z wodą chlupiącą w fenomenalnie przemakających butach.  

Dziś buty mam dużo lepsze i więcej profesjonalnego sprzętu i ciuchów.
A herbata nadal jest, przywołując wspomnienia.


I jak te chwile z niedzielnej jazdy wzdłuż Wisły do Chrzanowa. W spięciu i bardzo trudnych emocjach. Uczucie jakby zamknięcia w klatce bez wyjścia... W szarpaninie wewnętrznych spięć. 
Przypomniałam sobie, jak dobrze opisała to Mela Koteluk:

Stale płynne
Zachodzenie w głowę
Po każdej burzy w szklance wody

(...)

Ciche śluby
Chemiczne sploty
Schematów mitów masek
Jak dorosnąć
i wyrosnąć z nich

(...)

Zaparz zaparz mi senne zioła
Porozmawiaj czule czulej
Pokaż mi odniesienia punkty
Choleryczna
Melancholia
Brak proporcji
Meandrują sieją zamęt

Koleinami nie chcę dalej iść

Ja początkuję
Stale
Zmiennie

Dalej dalej chcę

Próbować 



Czy chcę, czy nie - PMS jest comiesięczną rzeczywistością. I skutecznie utrudniał i tym razem zachwyty...
A jednak - były. Przepiękna wiosenna zieleń. Zachwycające widoki. Wzdłuż rzeki, i przez trawy, mijając kolejne stadniny koni. Las. Przestrzenie. Wariujące słońce. Choć ciągle, ciągle - wiatr nam w twarz. Nawet B. był zmęczony jeszcze kolejnego dnia, jak mało kiedy. I ja też. Wiatrem w twarz, wiatrem w rower... Ile wysiłku trzeba było włożyć w mozolne pedałowanie. I dotarliśmy do celu - choć z totalną zmianą planów.

Potem była podróż pociągiem jeszcze przed świtem. W pociągowym cieple, z pociągowym stukotem, z pociągowymi widokami tak bliskimi sercu. Chrzanów budzi olbrzymi sentyment, podobnie jak ta powolna droga koleją do miejsca studiów. To zawsze tak wzrusza i cieszy serce. 


Kraj lat dziecinnych! On zawsze zostanie
Święty i czysty jak pierwsze kochanie,
Nie zaburzony błędów przypomnieniem,

Nie podkopany nadziei złudzeniem
Ani zmieniony wypadków strumieniem.
Gdziem rzadko płakał, a nigdy nie zgrzytał,
Te kraje rad bym myślami powitał:
Kraje dzieciństwa, gdzie człowiek po świecie
Biegł jak po łące, a znał tylko kwiecie
Miłe i piękne, jadowite rzucił,

Ku pożytecznym oka nie odwrócił.
Ten kraj szczęśliwy, ubogi i ciasny,
Jak świat jest boży, tak on był nasz własny!
Jakże tam wszystko do nas należało!
Jak pomnim wszystko, co nas otaczało:
Od lipy, która koroną wspaniałą
Całej wsi dzieciom użyczała cienia,
Aż do każdego strumienia, kamienia,
Jak każdy kątek ziemi był znajomy
Aż po granicę, po sąsiadów domy!

Kto by pomyślał, że zacytuję Mickiewicza... ;)
I zachwyty wczoraj - przy wycieczce śladami miejsc-niespodzianek na naszej rowerowej niedzielnej trasie. 
Obserwacja, a bardziej: ptasie słuchowisko. Zimna ta tegoroczna wiosna, i wczoraj chłodu nie szczędziła. A i tak było pięknie...

Z pagórka - widok rozległy, zachwycający.
I niebo. Które przypomniało mi wieczorne widoki nieba na wsi. Nad przestrzenią aż po horyzont ciągnących się pól. Właśnie tak rozlegle, tak szeroko. I niebo barwione zachodzącym słońcem, które wystaje zza kłębiastych chmur. Za chmurami przecież zawsze jest niebo... Tak właśnie było, taki obraz, jak sprzed lat na wsi. 
Za czym wtedy tęskniłam? - pomyślałam.
Tęskniłam za chłopcem, który zakocha się we mnie bez pamięci. ;)
Tak, tak właśnie było. Wyobrażałam sobie, wizualizowałam różne możliwe sytuacje. Chyba zwykle z realnymi postaciami - jak by to mogło być, jakby te rozmowy się toczyły... Co działo by się dalej... Jak ja bym reagowała, a jak zainteresowanie, nawet przy mojej płochliwości, byłoby zdecydowane i nieustępliwe... Historie toczyły się w mojej głowie długi czas patrząc w niebo nad rozległą przestrzenią pustki.

A jak jest teraz?
Patrzyłam w niebo, które przywodzi na myśl świadomość nieskończoności wszechświata. Niepojętego ogromu. Mężatka od półtorej roku. Spełniły się tęsknoty i pragnienia z tych wieczorów wpatrywania się w krajobrazy niebiańskie.. Choć zupełnie inaczej, niż sobie wymyślałam wtedy.

Teraz myślę sobie, że warto spotykać się z samą sobą sprzed lat. Zobaczyć, co ta nastolatka może mi o sobie powiedzieć. Co przypomnieć, co uświadomić.

Przy okazji jeszcze kolejnej przeprowadzki (rok przeprowadzek się szykuje!...) myślę o solidnych porządkach w piwnicy i powydobywaniu pamiętników sprzed lat.
Okazja do spotkań z sobą z czasów, z których siebie coraz mniej przypominam.

Czekam na to spotkanie...

Jednocześnie martwiąc, że cóż pewnego pod słońcem?..




 




92. Szanghaj na Warszawskiej

Dlaczego dziewczyna biegnąca do przejścia dla pieszych na Warszawskiej przypomniała mi poranek w Szanghaju? Gdy po witaniu wschodzącego zza smogu słońca na Bundzie poszliśmy przed siebie, "w miasto" - czyli pewnie pomiędzy dwa przystanki stacji metra. ;) Budzący się Szanghaj był lepki i ciepły. Szaro, a tak dobrze. Przypatrywaliśmy się ludziom idącym do pracy i miejskim ciekawostkom dnia codziennego. Wejście do metra z przystankiem na leciwe rowery i krzesłem na kupie złomu. Skuterowe taksówki. Jakieś śniadanie z trudem znalezione w sklepie i przypatrywanie się życiu przy tym wejściu do metra. Przyglądanie się ulicznym straganom z jedzeniem (którego się baliśmy, ale które poznałam później w Pekinie - i dobrze wkomponowywało się w ten lepki, szary, chiński klimat poranka). Oglądanie z garścią czasu panów wyprowadzających swoje klatki z ptakami na skwerki. Przyglądanie się obcej codzienności, dotykanie życia. Z boku. Dziś na Warszawskiej dziewczyna wyglądała trochę jak studentka, a może trochę jak już nie? Poranek budził się powoli, życie miasta nabierało rozpędu razem ze spieszącymi się do pracy i na zajęcia ludźmi, a ja w tempie wolniejszym niż wieczoru ubiegłego wracałam z pracy na rowerze. Dotykanie życia, bycie obok... Z czasem słońce wyszło zza chmur. Pięknie oświetlano zieleń plant. Choć chyba rano bardziej słonecznie jest po tej stronie od poczty głównej, a nie bagateli. Sprawdzę po kolejnym nocnym dyżurze... W parku przy komisariacie policji na Wiśle i przy Nowaczyńskiego wybiło 201 km na liczniku. Najpiękniejsza droga przy Zakrzówku, wśród rozkwieconych drzew. Kusiło, żeby zatrzymać się, usiąść, pobyć z tymi pachnącymi kwiatami drzewa. No i zatrzymałam się. Celebrowanie chwili. Usiadłam. Rower obok. Położyłam się w zaroślach - z perspektywą na niebo i białe kwiaty. Zmęczona po nocnym dyżurze i zadowolona z trwającej wiosny. Od razu skojarzenie - z rowerową majówką sprzed dwóch lat, noclegiem w namiocie w kwitnącym sadzie... Spełnienie marzeń niewyśnionych. Spoglądanie na niebo i kwiaty na drzewie... Najpiękniej, jak być może...

Chwila.

Wczoraj w parku przy Forcie Kleparz śpiewał kos. Przy oglądaniu mieszkania na piątym piętrze Mama mówiła, że w Ch. pięknie śpiewają teraz kosy. 


Tęsknota za trwałością, tęsknota za wiecznością...?


W miłości wciąż to samo radość i cierpienie
nawet sam Pan Bóg nie kochał inaczej
kocha gwizd kosa co rychło ustaje
(...)
patrzy w kruchość - radosne świadectwo istnienia
między tym co przemija jest się wciąż na zawsze *




A w pracy patrzyłam na wypisane zielonym flamastrem na białej tablicy nazwisko dziecka na "hangarach" i odpłynęłam z muzyką Maanam... Nie mogę doszukać się teraz, jaka to była piosenka. Czy to "Łóżko"? A może coś z płyty "Nocny patrol"? Nie wiem, nie wiem... Piosenka była taka, tą nocną, wymęczoną porą, że porwała z miejsca. Przeniosła daleko, w siebie. Piosenka dobra do kochania. Piosenka rozrzewniająca, poruszająca wrażliwe struny serca...



_____________________

*ksiądz Jan Twardowski: 

"Pamiątka z tej ziemi"

W miłości wciąż to samo radość i cierpienie
nawet sam Pan Bóg nie kochał inaczej
kocha gwizd kosa co rychło ustaje
liść klonu co opadnie bo już poczerwieniał
jelenia co zrzuca rogi po kolei ciemne
szczęście nieposłuszne to jest to go nie ma
kuropatwy co wszystkie dokładnie poginą
choć stale powracały na to samo miejsce
patrzy w kruchość - radosne świadectwo istnienia
między tym co przemija jest się wciąż na zawsze
szuka tych wszystkich
co po śmierci swojej
już nie potrafią słać łóżek po sobie
na listy odpisywać powracać do domu
tak znajomych że mogli wyjść bez pożegnania
o tym że nie umarli nie mówiąc nikomu
 
to tutaj na ziemi jest jeszcze milczenie
bo się idzie do Niego odchodząc od siebie
wczoraj ciebie widziałem jutro nie zobaczę
tak jakbym już odnalazł i znów nie mógł trafić
bo serca są te same lecz niejednakowe
w niebie także krzyż niosą pamiątkę z tej ziemi

Obraz i rytm muzyki mówią innym językiem / Jakub Julian Ziółkowski

 Nie chcę archiwizować. Chcę tworzyć. Potrzebuję sztuki jak ożywczego głębokiego oddechu. Karmię się kontaktem ze sztuką, nasycam. Twórczoś...