Świat przetrwa

O, jak lekko
Jakby otwierało się świeże przestrzenne pomieszczenie


Gdy
w głowie pączkują dziwne światy
Rozrastają się, rozpychają
Czyjaś wewnętrzna puszcza
Cudzy zamknięty azyl


Nakręcana plastikowa karuzela
wypełnia


I niespodziewanie ponownie okazuje się że


Losy świata nie leżą w moich rękach
Najwyżej nie ugotuję obiadu
a na podłodze w berka zagrają kurzowe koty

Nikt nie zginie od mojego humoru
Świat wytrzyma
Przetrwa (mnie)

Dodatkowy pokój
i już nie trzeba upychać, 
samotnie surowo planować

po prostu jest
Nowy, pomieści więcej

Że też świat toczy się dalej

Nachapałam się tego świata. 

Tych doznań, tych podróży, tych życiowych doświadczeń. Przeżyłam sytuacje ryzykowne i głupie, zapierające dech - z zachwytu, a i ze strachu. Najeździłam się autostopem, nazdobywałam gór, nalatałam samolotami. Najeździłam się wynajmowanymi samochodami po wyspach i lądzie. Nabrałam doświadczenia zawodowego i naoglądałam się medycznego świata z różnych miejsc i perspektyw. 

Naoglądałam się cierpienia i śmierci. Naoglądałam się przepięknych widoków, zagranicznych miast, panoram i przepaści, wschodów i zachodów tego samego słońca. Najeździłam się rowerem, wytłukłam na leśnych ścieżkach i przygranicznych prowincjach. 

Naspisywałam się życia. Narobiłam zdjęć i naarchiwizowałam się wspomnień. Nadoświadczałam życia jakby na zapas, jakby na do schowania, jeśli resztę lat przyszłoby mi spędzić sparaliżowana po wypadku w ZOLu. 

 

 Ze strachu to nachapywanie się życiem? 

Tak to rozumiem... ale może naprawdę jest inaczej? 

 

Pracując na OIT śledziłam te autostopowe grupy i tak bardzo chciałam DOŚWIADCZAĆ życia. Poczuć pełnię jego smaku. Przeżywać przygody, doświadczać piękna i różnorodności świata. I ruszyłam - szczęśliwie mimo głupiego ryzyka wróciłam cała i zdrowa, z pełnym bagażem. I dalej, w drogę, i dalej, w doświadczanie... Z presją, że trzeba się nachapać właśnie. Że ciągle za mało, że można więcej. I góry, i ocean, Europa, Świat, Chiny, Ameryka Południowa, wysokie góry, Korona Gór Europy, harmonijka w plecaku, wędrówki i autostop... 

 

Co niemiara doświadczeń i tych przeżyć. 

 I myśl - co z tego zostaje? 

Doświadczenie własne. 

Rozmyte wspomnienia, cienie z życia. 

Zdjęcia i słowa zapisane sprzed lat przywołują wyraźniejsze wspomnienia. Cieszą, są miłe. I miłe jest że poprzez zapis inni też mogą tego doświadczyć, zobaczyć, mogę część siebie i swoich doświadczeń pokazać. Przekazać dalej. Coś pozostanie, poza mną, ze mnie. 

Ale wcale nie jestem sławna, to wcale nie obije się echem po świecie... Ktoś na to trafi - a może nie. Przeczyta, zobaczy - i może nikt nic nie zapamięta.  

Z tymi doświadczeniami zostanę sama.  

Zniknę - moje przeżycia razem ze mną. 

 

Nie zatrzymam. Choćbym nie wiem ile wysiłku w to wkładała, ile godzin nie archiwizowała, spisywała, obrabiała zdjęcia... 

To nie zapiszę się tym w historii przyszłych pokoleń. Nie dostanę nawet swojej strony na wikipedii. Nikt nie będzie się o mnie uczył w szkole, ani pisał mojej biografii.  

Przeminę. 

 

 Przed 29 urodzinami nadoświadczałam się świata. 

Może czas dać sobie spokój? 

Odpuścić, i po prostu żyć? Swodobnie, spokojnie, po swojemu, bez udowadniania sobie od kogo jestem lepsza albo komu dorównuję. 

Bez presji archiwizacji życia w imię wieczności. 

 

Komu i co mam jeszcze udowodnić?

Sobie już nie muszę.

i jeszcze roślinne analogie

 Jak wiosną, tak i dojrzałym latem. Wszystkiego teraz obfitość, pełnia, gałązki uginają się od pomidorków. Słońcem spalone, wysuszone listki tego, co miało kwitnąć. I choć to bolało - wyrwałam. Wszystko, co zniszczone, wyrwałam. I wyłoniły się delikatne pędy groszku pachnącego, i nawet zakwitnął delikatny kwiat, jeden po drugim. I zrobił się większy roślinny porządek, i jaśniej, i estetyczniej.

Że życie to zawsze wybór. A za wyborem idzie stara. Życie to jednak strata jest. No że właśnie - nie da się wszystkiego na raz, eureka... że żeby umożliwić rozwój, to z czegoś trzeba zrezygnować. Pozbyć się. Wybrać.

wakacje inaczej

Poparzeniem słonecznym czerwieni się napięta skóra ud. Jak mięso.

Znowu przychodzi ochota na powrót do Schulza.


Sentymenty spojrzeń w dzieciństwo. Kajaki na wsi, tam sporo się zmienia, inny układ pokoi, inne uprawy na polach, dorosłe kuzynki. Wszystko jak wszędzie idzie do przodu. Byliśmy tam dzień i noc, i tęsknię, żeby zostać dłużej. Niesamowita cisza. Poranne ujadanie psów i pianie kogutów, a nie dźwięki śmieciarki z dołu. Rozległość pól wokół, ogromna przestrzeń. Każdy moment, każde skojarzenie przynosi jakieś inne wspomnienie. Żałuję że nie podotykałam więcej, nie zjadłam malin, nie poszłam na górkę, do obory, za garaże. Po drodze starszy pan i dziewczyna obskubują słonecznik, jak dziadziuś kiedyś. I nie rozumiem skąd te łzy, i aż taka duża tęsknota, i obawa, że wszystko mija. Że przemija i nie wróci. Boję się. 

Może to  zwiększona wrażliwość przy PMS i tym razem taki sentymentalny powód do płaczu. A może rzeczywiście aż tak to przeżywam. Choć wydaje mi się nadmiarowe. Smutno.

Symbolicznie wręcz wróciliśmy ze wsi rowerami do siebie do domu. (W kwestii domu tęsknię za przestrzenią, zielenią, ciszą i spokojem... Choć może tu warto praktykować wdzięczność - za to, co jest. Ale coraz częściej mówimy o chęci mieszkania w mniejszym, spokojniejszym mieście, bliżej przyrody. Że nie zostaniemy tu w tym mieszkaniu do końca życia... choć kto to wie?)

Zatem - rowerami ze wsi do Krakowa. 92 km. Do Miechowa tereny rolnicze. Tam na wsi byliśmy w samym sercu terenów rolnych. I kolejne znane mijane miejsca. Spalona podczas wojny Wywła, gdzie mieszkała babcia z rodziną. W 1944 pacyfikacja wsi. Wojenne obciążenia kolejnych rodzinnych historii, mojej też. Teraz cisza, w spokoju stoją sobie domy z ogródkami pełnymi kolorowych kwiatów. Dalej Sprowa. Nazwy, które dźwięczą znajomo w uszach, słyszane ciągle w dziecięce wakacje.

Upał. Przepiękne te pola na łagodnych pagórkach. Wygodne asfaltowe dróżki i pustka, czasem jakiś ciągnik, ale praktycznie brak samochodowego ruchu. Na rowerze doskonale. I tam śmigaliśmy wstążką drogi przez te połacie pól, kolorowych, słomkowych po ściętym zbożu, zielonych od koniczyny, brunatnych od ziemi. W Charsznicy zaskoczyły nas niekończące się pola kapusty. Ciemnozielonej, fioletowej, niebieskiej, bliskie sobie odcienie. Obłędnie to wyglądało - wszędzie kapuściane głowy, po horyzont, z małymi przerwami na inne poletka. I te wszystkie mijane wioski, takie urocze ogródki, kolorowo, kwieciście. Śliwki, zarośla, winorośla. Czasem trochę przez przyjemnie chłodny las. Życie toczy się swoim powolnym rytmem, w ciszy natury, przemykamy i jedziemy dalej...

Pełna sentymentów droga rowerowa. Też w niedzielny poranek, kiedy śmigaliśmy z Sędziszowa do rodzinnego domu mamy. To był spotęgowany spokój niedzielnego poranka, który dobrze znam. I coraz bardziej znajome tereny. Bloki w Sędziszowie, cmentarz przed lasem w Słupii, Rawka, bocian na kominie. Kopiec kosynierów wśród pól, tak dobrze znanych. Dróżki schodzone. Tam wyżej mała kamionka z owocami, mam takie zdjęcie w sepii gdy tam z Agatą podchodzimy z rowerami. Spacerowe ścieżki. Jakoś ciągnie żeby zostać tam dłużej. Żeby chłonąć, wspominać, przeżywać.


No i obserwacje społeczne. Cieszy mnie, że bardziej obserwuję, niż oceniam. Martwi rola alkoholu w życiu, a chyba wręcz zazdrość budzi bliskość takiej społeczności. Każdy jest znany, wymieniany w rozmowach, zauważany, każdy jest ważny. Wspólne dzielenie spraw, jasny kodeks zasad. Z góry określone role, nie trzeba się zastanawiać nad celem - bo on jest jasny. Wyraźny podział na to co kobiece i co męskie. Mężczyźni i chłopcy w większym towarzystwie podają rękę tylko sobie. Kobiety rządzą w kuchni. Środowisko, z którego pochodzę. I na takie role płciowe w moim życiu się buntuję. Chcę inaczej, a to jednak budowanie od początku. Z własnymi fundamentami, trudniej. A prościej byłoby budować na czymś już przez pokolenia postawionym... Myślę o tym co się powtarza, o kobiecym działaniu pod prąd, po swojemu. Wzdryga mnie jednak na porównania mojego związku do rodziców. Takiej surowości, sztywności, złośliwości mamy wobec taty - nie chcę. A bardzo rozumiem źródła, albo tak mi się wydaje. A jednocześnie dużo tego co bliskie i prawdziwe, wrażliwe, może nie raz przeczulone, bardzo zaangażowane i chcące jak najlepiej,  sumiennie i solidnie, nierozumiany przez innych perfekcjonizm. Tak, chciałabym więcej luzu, mniej głową, bardziej cipką, ale najbardziej znane mi jest przeanalizowanie i kontrolowanie. Bezpieczniej. Nie chciałabym też tego co od mamy pakować do worka - cechy negatywne. Trudno mi się w tym połapać, i może znowu za dużo myślę?

Zdecydowałam się na terapię - zobaczę, co dalej. Terapię jako drogę odkrywania siebie. Dla siebie.

I te aspekty systemowe, które chcę zagłębiać, poznawać, uczyć się takiego podejścia, rozumienia. Pomocy w taki sposób. Przekonuje mnie to...choć ciągle przemykają różne wątpliwości. ;)

Za dużo myślę? Bardziej na luz?...


Czasami czuję

Czasami czuję że dopadają mnie przedmioty. Że się z nich nie wyswobodzę.
Że nie podołam podporządkowania się rzeczom. Im surowym wymogom. Że nie ogarnę życia pod ich wymagające dyktando.
Że zupełnie nie nadążę za tym, jak być powinno.
Że nie dorównam.

Trochę trudno z tych myśli uciec. Bo to dopada obezwładniająco.

Ale może jednak prawdziwszy jest świeży powiew powietrza? Prawdziwszy jest spokój przy jogowym rozluźnianiu napiętych mięśni. Szczere proste życie jest wystarczające.

w jakimś pędzie

I nagle sobie uświadomiłam, że odtwarzam historie kobiet w rodzinie. Że żyje w jakimś pędzie. Że ładuje sobie kolejne zajęcia, twórcze, rozwijające, kreatywne i inspirujące, i narzekam. Jak babcia zaharowywala się w polu i gospodarstwie, i narzekała. I co jej dolega i co boli. I co ludzie powiedzą. Jak mama stawiała na edukację i perfekcjonistycznie dawała z siebie wszystko w szkole i domowym pedantycznym porządku (choć jaki to błogo przyjemny, przytulny domowy porządek teraz, gdy przyjeżdżam... Miły porządek, który dla mnie naturalnie jest obecny - a okazuje się, że "nie robi się sam", bo jakoś w moim domu takiego go nie ma). A za jej złość byłam odpowiedzialna ja, ona się dla mnie poświęcała. 

Wszystkie robiłyśmy coś podobnego, tylko w innych obszarach życia i świata. Każda wybrała sobie swój. Czy babcia też jakoś w buncie na prababcie wybrała coś "swojego", robiąc to samo? Czy to zaczęło się wcześniej, czy właśnie od niej i trudnego dzieciństwa, spalonej wsi? 

I nie jest tylko źle. Ani ze mną, ani z nimi. I przykładanie się do zadań, solidność, słowność, której nauczyłam się w domu, teraz sobie bardzo cenię. I pracowitość, i zaangażowanie. I dawanie z siebie dużo. I wiele innych.

Ale zobaczyłam też ten rys.  


Mimo że joga teraz, że oddycham i rozluźniam mięśnie, że pracuje nad tym żeby starać się wysypiać, odpoczywać też biernie i nie łajać się za to, żeby dawać sobie czas i nie cisnąć, nie wywierać na sobie presji że muszę wszystko i idealnie... Ze w duchu NVC i de Mello przyglądam się swoim emocjom i potrzebom zamiast obarczać za nie odpowiedzialnością otoczenie, dziś tak pięknie mi się to udało idąc z badaniami przez park... Mimo, że wiem, że pracuje nad sobą dużo - to zobaczyłam ten rys. Pracoholizm, bycie przeciążona i narzekanie na to. Branie na siebie za dużo.

A ja tak nie muszę.
Nie muszę ani się wspinać, ani biegać, ani jeździć rowerem z namiotem, wstawać na wschody słońca i chodzić po wysokich Górach. Nie muszę ani robić slajdowiska z podróży, ani pisać bloga i składać filmy, obrabiać zdjęcia i archiwizować starannie życie i podróże. Nie muszę ani śpiewać w chórze, ani nawet robić tych wszystkich rozwijających psychologicznych rzeczy - grup NVC, czytania książek, artykułów i wpisów, wybierania się na kurs psychoterapii i rzetelnego zastanawiania się nad tym. O dziwo, pomyślałam, że nie muszę pracować...? To jednak nie mieści mi się w głowie, bo "bez pracy nie ma kołaczy". A i tak, cholera, w mojej głowie to że solidnie i z zaangażowaniem pracuje ciągle rozwijając się zawodowo i zarabiam na tej pracy przecież to za mało! To jakby nic. Jakby oczywistość.
A to wymienione to nie wszystko. To ciągle coś nowego. I w przeszłości tak tego dużo, że pogubiło się w pamięci. 

Karolcia, doceń siebie. 

pierwsza skałka, tranquilo!

Pierwszy taki stres, niepewność, wyzwanie. Pierwsza skałka. Wyczekiwana, urosła do miana legendy. Biała, jasna skała. Chropowata i pewniejsza, niż kolejna - bardziej wyślizgana. Ryzyko, że chwycę się kamienia, który odpadnie.  Przypominanie sobie chwytów i zalążków poznanej techniki. Jak w tramwaju jeszcze oglądałam filmiki z youtube'a o wspinaniu. Pierwsza próba, pierwsze uwagi i pochwały. Ból rąk, odzwyczajonych od takiego wysiłku. Atmosfera, ludzie. Tak po prostu. To nie legenda, to życie, tak można - spotkać się i wspinać na skałkę.

Gorąc, zmęczenie, sucho w gardle, i marzyłam o łyku wody z cytryną, która czekała na mnie na dole. Myślałam, żeby odpuścić bo ciężko, bo nie daję rady. Strach, żeby się oderwać, bo obiję się o nieprzyjazną skalną twarz. Okazało się że skała nie atakuje. Że można z nią współpracować. Logistyka i planowanie, to nie takie proste. Wysiłek wymagający przemyślenia. I dużego zaufania.  A może ryzyka? Bo może nie zawsze warto ufać? Coraz wyżej, i tym stresem, i tymi wrażeniami nieco przytłumiona satysfakcja i zachwyt nad zdobyciem góry.


Obok inni wspinacze. Zrozumiałam Tranquilo! Przyjazny hiszpański. Jak za granicą. Jak w ciepłych krajach. Jakby ta skałka pod Tyńcem przeniosła się daleko poza rzeczywistość, do której jechałam  przez szalenie zielony las rowerem na noc. Dodany chwilom urok południowych krain przez hiszpańskie brzmienie. 
I przypomnienie o perspektywach. O wytrwałej, codziennej nauce hiszpańskiego z duolingo przed podróżą na drugi koniec świata. O wielu marzeniach, które przekuwałam w plany i realizowałam. O doświadczeniach, które chwytałam i przetwarzałam. Przypomnienie o twórczym i pięknym życiu, o zachwycającym świecie, w którym tyle można!

Wisiałam na tej białej skale, w wysiłku i gorącu, zmęczeniu i  bólu rąk. 

Chłodzące podmuchy przywiewały zapach z pola rzepaku.


majowe nostalgie

Bloki na dawnym cmentarzu cholerycznym.
Zielone skwerki na dawnych cmentarzach placów zabaw z dzieciństwa.

Rozpalona od słońca, parzącą w dłonie i tyłki metalowa zjeżdżalnia. Drewniane walce do ćwiczenia równowagi pod balkonami szarych bloków. Drabinki, gdzie bawiłyśmy się w wiewiórki. Udawanie, że jest się zamkniętym w klatce. Na drabinkach potrafiłam zrobić fikołki w każdą stronę. Huśtawki, które obracały się w kółko. Siedzenie na trzepaku. "Palec pod budkę bo za minutkę.." pod blokiem Dagmary przy zjeżdżalni. Pamiętam zazdrość, której przed Dagmarą się wypierałam, o koleżankę z Krakowa. Chyba wolałam znane koleżanki niż tłumek nowych dzieciaków. Świecące nocą fosforyzowane gwiazdy na suficie w pokoju Ady i jej siostry. Pod blokiem Iwony huśtawki dla nastolatek. Rozmowy o sposobach spierania krwi zimną woda, gdy szła nauczycielka - pamiętam to wyraźnie. Chyba bardzo się wtedy wstydziłam.

Ze starszą o dwa lata Kamila (a różnica wieku miała wtedy spore znaczenie) przeskakiwalysmy wieczorami przez ogrodzenie i siedziałyśmy na placu zabaw przy przedszkolu pod wieżowcami. 

Wszystko miało wtedy niepowtarzalny smak. Aż serce ściska. 

Dawnych placow zabaw już nie ma. Są inne, w nowych miejscach, bardziej plastikowe i ogrodzone. Nie moje, już nie nasze.

Biegałam sobie po moim osiedlu. W pochmurny, majowy poranek. Wzruszające fale sentymentów i wspomnień mnie oblewały. Lubię w tym się nużać, taplać w migawkach z czasów, które minęły. Kamienica Kasi i Mateusza, nocowanie i urodziny u Marty. Zapach chleba z pobliskiej piekarni i szczekanie psów przy bliskiej lecznicy dla zwierząt. Inny Mateusz, który został tatą nie mając 18 lat, a w podstawówce dłubał w nosie w ostatniej ławce. A jego mama była szkolną higienistką.
Skrawki, które zostały w głowie. Czas który minął, miejsca zostały. 

wczoraj był pierwszy dzień lata

a dziś nareszcie pada miarowy deszcz.
Nareszcie, bo ta wiosenna susza niepokoi.


We wczorajszy kwietniowy pierwszy dzień lata było upalnie i parno. Można było leżeć na trawie, wdychać rozgrzane zapachy trawy i kwiatów, i smażyć się w słońcu w przerwie od biegania. Dziadeczek z masce przed zalewem wołał: "odpocząć trzeba, odpocząć!". Na pomoście opalała się pierwsza para, pierwsze dziecko moczyło letnio stopy w wodzie Bagrów.
Pierwszy raz smarowałam buzię balsamem do opalania, filtr 50.
Pierwsza orzeźwiająca woda z listkami świeżokupionej mięty, smak upalnego lata.

Wiosna jak młodość


Lubię te świeżo wyklute z pączków zielone listki. Takie delikatne, jasne, młodziutkie. Wrażliwe.
Świat w słońcu dojrzewa i kwiaty na drzewach pachną odurzająco. Pierwsza skoszona trawa. Mlecze i dmuchawce. Świat znowu zwariował, tak jest pięknie, że głowa mała. Coraz cieplejsze wieczory i wiosenne wonie, spokoju i nadziei. Słodkie zapachy wiosny w ciemności.

Wiosna jak młodość. W mgnieniu zmienia się, dojrzewa, przemija.

Patrzyłam na zdjęcia siebie, gdy miałam 20, 23 lata. Na gładką skórę buzi. Jestem świeża i młodziutka.
Widzę różnicę na twarzy, z widocznymi zmarszczkami i pierwszym wyrwanym jakiś czas temu siwym włosem. Zaczęłam bardziej dbać o skórę twarzy. Tonik, maseczki, krem nawilżający, a nawet jeden przeciwzmarszczkowy z Lidla. Widzę że gorzej znoszę niewyspanie i alkohol. Że już nie mam 20 lat. I choć mając lat 28 nadal jestem ta najmłodsza w pracy, i to nadal przecież czas młodości i rozwoju, i dobrze to wiem - to widzę te różnice w zdjęciach.
Zaczynam rozumieć, o co chodzi z tą przemijającą wiosną.


Czytam "Ostatnie historie" Tokarczuk i to też wpisuje się w ten klimat.
Że choć wiosna rozkwita i szaleje, to tam zima i czas kończenia. Bo to jakiś ciąg. Kolej rzeczy. Czasu nie zatrzymam. Choć banalne, zaczynam rozumieć.
Jak i wiele uniwersalnych powszechnych spraw. Okazuje się że jestem bliższa innym, gdy się sama przed sobą przyznam do uczuć. Do niezadowolenia, zawodu, żalu.
Lżej tak.
Terapia procentuje. Owocuje. Dużo myślę. I pozwalanie sobie pomaga. Przyzwolenia i odpuszczanie.
Lżej uświadamiać sobie co się we mnie dzieje (a dziać może się wszystko! nawet gdy miał być świetny, radosny poranek a ja jestem wkurwiona albo nieszczęśliwa - mogę! i to jest ok. Mogę taka być, a więc mogę się spokojniej zastanowić - dlaczego? o co mi chodzi? czego chcę? czego potrzebuję? czego mi brakuje?). I pozwalać sobie być po prostu omylnym człowiekiem.

Z ziaren włożonych do czarnej ziemi i systematycznie podlewanych nieśmiało wyrastają malutkie, jasnozielone roślinki. Oczywista prawda o świecie - a to moje zaskoczenie i odkrycie tego sezonu. Czasu przymusowo spędzanego w domu. Właściwie nie wierzyłam, że tak potrafię. Że z przeze mnie zasianego ziarna może coś wyrosnąć... Że nie przeleję, że nie zapomnę, że nie wszystko zrobię nieodpowiednio. Że to jakaś sztuka dostępna dorosłym, ale nie mnie. A tu proszę - groszek pachnący jak szalony pnie się w górę, maciejka w towarzystwie bratków spokojnie sobie rośnie, kolorowe kwiatki póki co są drobnymi, niepewnymi pędami z dwoma listkami u góry.
Proszę, potrafię. Sieję, dbam - i rosną.
Odkrywam co znaczy

namezja, jawnostka

groszek pachnący

maciejka przy bratkach

pomidorki


Żal o wybory z przeszłości koi pomyślenie, że robiłam wtedy najlepiej jak potrafiłam. Wybierałam najkorzystniej, jak wtedy myślałam. I ja, i rodzice, i inni - chcieliśmy dobrze...

koktajl z wiosny, sentymentów i obaw

Paraliż świata. Cały kraj zatrzymał się.
Nie ma z czego rezygnować, bo wszystko odwoływane.
Pozostaje czujność podszyta obawami i jakaś ulga upartego perfekcjonisty. 

Słońce pozwala sobie coraz śmielej i dłużej. Kwitną po ogródkach krokusy, a w domu biały hiacynt i elegancko białe tulipany. Estetyka życia na kartonach wśród kwiatów. Powroty do stanu sprzed dwóch lat. 
Do refleksji skłania spokój i opanowanie sąsiada przy zalaniu wspólnej ściany.

Nieoczekiwanie dużo wolnych wspólnych dni razem. Tak zwyczajnie, domowo. Urlopu nigdy tak nie spędzamy. A tu spokój, choć dużo spraw, ale jest czas i przestrzeń na ich po kolei załatwianie. Trochę spełnienie pragnień o zwyczajnej przerwie od pracy bez presji wyjazdów, "bo szkoda urlopu". Widziałam spełnienie w ciąży i macierzyńskim, a tu zupełnie inne rozwiązanie.
Kwarantanna i słoneczne spacery w tym budzącym się wiosennie świecie.

Tym razem na drugą stronę torów. Stare osiadłe osiedle. I wemknięcie się do wysokiego wieżowca. Jak w gimnazjum z Wiolą, zimą łaziłyśmy po wieżowcach i oglądałyśmy widoki z góry. (Kim jest i co robi teraz Wiola?) Tym razem piękna panorama, szerokie widoki na całe miasto. Powiewy wiatru przynosiły zamiennie zapachy typowych obiadów, PRLu, starych ludzi i starego bloku. 
Pizzeria Husajn i ciucholand "ubrania z przeszłości". 
Wieżowiec z szeroką perspektywą z klatki schodowej i "zapachy przeszłości".

może zbyt szybko przechodzisz od myśli do
Czynu

jakby wybrzmienie w głowie
bez urodzenia na zewnątrz nie miało
Znaczenia

jakby tylko w działaniu można było dotknąć
Sensu

jakby ulotnie utrwalona chwila miała być gwarancją
Wieczności 

Leżą
pod stertą pozorów
myśli niewypowiedziane
szlachetne intencje nieodgadnione
ukryte współczucie

dobre chęci
na bruku zrozumianych złośliwości



// po uświadomieniu sobie, dlaczego M. mógł kupić pod choinkę B. "Rzeczy, których nie wyrzuciłem".
Zrozumienie znaczenia sprzątania piwnicy

wewnętrzny krytyk albo surowe superego

Wewnętrzni rodzice
Dlaczego bardziej surowi od tych prawdziwych?

Odseparowałam się. Wyodrębniłam. Zróżnicowałam siebie od niej.
Cieszyło wyjście z domu, bo dawało szanse, możliwości, wolność. Swobodę w byciu kim chcę być. Ciągnęło mnie do tej separacji. Do budowania po swojemu życia. Codzienności.

Wspominam czas studiów i mieszkania w jednorocznych pokojach dzielonych na dwa lub i trzy jako czas wolności. Robienia po swojemu. Odkrywania możliwości Miasta Kultury. Konstruowania wspomnień mojego własnego, dorosłego życia. Określania, kim jestem, kim chcę być. Próbowania. Doświadczania. 

* (post niżej)

Dużo dobrego doświadczałam. Czerpałam z życia, cieszyłam się nim. Próbowałam i eksperymentowałam. Dawałam z siebie. Budowałam siebie. Głodna wrażeń, doświadczeń. Odważnie wchodziłam w trudne sytuacje. Ciekawa świata, ludzi i otwarta na nowości.
Gdzie wtedy byli surowi rodzice w głowie?
Nie pamiętam.
Może byli ciągle, ale ja widziałam tylko objawy, a nie słyszałam tak wyraźnie ich głosów?

Chciałam pomóc sobie z objawami. I wtedy wszystko się wyjaśniło.

Przyszedł czas gdy wrócili mocni i bardzo surowi. Mówią silnym, pewnym głosem mądrości pokoleń. Ich ulubione słowo to powinnaś.

To jakby wypreparowana tkanka życia, jakby wybrane to co najsurowsze. Jakby z ich samych, żywych, prawdziwych, ludzkich, różnych, wyodrębnić to co krytyczne i oceniające. Jakby takie miniaturowe kalki tych krytyków wprowadzić do mojej głowy.

Czemu ci wewnętrzni rodzice nie wspierają, tak jak prawdziwi mogą? Czemu nie wyrażają podziwu? Czemu nie są dumni? Czemu nie cieszą się, nie wyrażają radości, nie są zaciekawieni, twórczy?Czemu nie ma ich pełnego obrazu, a tylko ta nieznośna surowość, która tak boli i utrudnia życie?


Tą całą twórczą i dobrą resztę noszę w sobie. Dzięki niej poszłam na terapię i pracuję nad sobą. Dzięki niej mogłam się zdrowo odseparować. To dzięki niej tyle się nauczyłam. Dzięki niej w życiu jest tyle radości, ciekawości, budowania zdrowych relacji, chęci poznawania, smakowania, doświadczenia.


A rodzice to ludzie.
Rodzice rodziców to też ludzie.
Rodzice rodziców rodziców to ciągle tak samo ludzie.
Ludzie narażeni na trudne doświadczenia wojny. Na niesprawiedliwość. Na spaloną wioskę i spanie pod gołym niebem. Narażeni na innych poranionych ludzi. Radzący sobie jak mogli. Bez narzędzi, które mamy teraz.

Chcę w końcu zatrzymać ten głos mądrości pokoleń. Ten głos bólu dopasowywania się do oczekiwań, niespełnionych domyślań się, złośliwości ze złości wychodzącej uszami.

Chcę być pokoleniem, które ten głos zagłuszy.

*

*
Pakowania się w ekstremalne sytuacje - na własną rękę i własną odpowiedzialność. 
Z czasem nauczyłam się żeby nie mówić wszystkiego, zgrabnie kreować sytuacje nie do martwienia się jej, żeby łagodzić moją rzeczywistość. W złagodzonej wersji po Gruzji miałam jeździć transportem publicznym a nie autostopem. Nie przyznawałam się do mandatów za picie w miejscu publicznym, rozwieszanie poetyckich ogłoszeń albo spanie na ławce pod blokiem w Kostrzynie. Nie wiedziała o tym jak urwał mi się film na dworcu w ukraińskiej wiosce. O tym jak paliłam trawę w gruzińskim lesie z obcymi ludźmi. O tym jak gość z couchsurfingu wiózł nas do hotelu żeby "kissing i sleeping together", a inny kierowca proponował nam 10 lari za seks. Nie wiedziała jak rzucali w nasz namiot kamieniami w nocy.

Po co miałaby to wszystko wiedzieć? 

Czy na tym na pewno polega zdrowe wyodrębnianie się?
Poleciałam. Wpadłam w otchłań. Choć myślałam że wszystko ok i nad wszystkim panuję. Nie stawiałam granic które były kiedyś przekraczane, nikt ich za mnie nie bronił, a sama byłam dzieckiem. I teraz uświadamianie sobie tego boli.

A nie o tym chciałam.
Bo to pomieszane. Bo było tak, że przeginałam. Że narażałam się. Że balansowałam na krawędzi. Że martwienie się byłoby jak najbardziej adekwatne.

Na szczęście wszystko dobrze się skończyło.

120. Nie muszę się naprawiać, nie jestem popsuta

Chciałam napisać bajki. Jedną o bieganiu. Takim biegu przez życie, kiedy gubi się siebie. W pogubieniu o co chodzi i co warto, tracąc to co się dzieje na bieżąco. W pościgu za coraz to lepszym, a nie wiadomo dlaczego i czym. Ucieka się od tego "dlaczego".
Drugą bajkę o zlewaniu się. Tak bardzo słucha innych, że się w tym zatraca, samą siebie gubi. Świat, inni, ona sama, wszystko zlewa się w jedno. Nie wiadomo co moje i co ważne. Dostosowywanie dominuje.
A może to jedna i ta sama bajka?


Patrzę na rozbłyskujące fajerwerki nad Katowicami trzy razy dłużej od innych i lubię to w sobie.
I przyjmuję, że taka jestem. Że jestem potrzebująca czasu i bycia z sobą. Potrzebująca kontemplacji, refleksji, sztuki, obserwacji. Ciszy do skupienia. Po swojemu. Nie muszę ani sobie nic udowadniać i spełniać co powinnam, ani dostosowywać się do innych. Jestem wolna w byciu sobą.

Zrozumienie siebie, dawanie sobie szansy na bycie sobą. Czas i przestrzeń.


Nie wierzę już w idee ratujące wszystko. 
W okoliczności od których wszystko zależy.
W czarno-biały świat.
Nie wierzę że Katowice są najlepsze a Kraków totalnie zły, albo na odwrót, bez znaczenia. Nie wierzę że miejsce mieszkania determinuje moje szczęście. 
Nie wierzę, że jak coś się wydarzy to już życie zupełnie się zmieni i nareszcie wszystko będzie dobrze.


Nie jestem popsuta, nie muszę się naprawiać.
To kluczowe. Szalenie ważne.

Ponad rok temu zaczęłam nieregularnie łykać kwas foliowy. Z przerażeniem listopadowym-imieninowym perspektywą macierzyństwa, a potem trochę z żalem, że to nie moje. Z uświadomieniem sobie, jak bardzo to ode mnie nie zależy.

Przez ponad rok perspektywa to przybliżała się niemal na wyciągnięcie ręki, to oddalała zupełnie za horyzont. Perspektywa czekała na podróż życia na inny kontynent. Ta podróż zmieniła wiele innych perspektyw, w zupełnie niespodziewany sposób. Potem perspektywa macierzyństwa to wywoływała niechcianą presję, to słodko i tęskno tliła się, przysłaniana jednak przez obawy, wstyd i popłoch. W trudnych chwilach wyrzucałam sobie, że z taką sobą jaką jestem nie nadaję się do bycia matką. Że to nie dla takiej mnie, że tylko zniszczyłabym komuś sobą życie. Strasznie to przykre, gdy teraz sobie to przypominam. Szkoda mi siebie. Chciałabym się samą pogłaskać po głowie, przytulić i powiedzieć, że tak nie jest. Że świat nie jest czarno-biały i można się złościć. Że silne emocje miną, że nie muszę niszczyć, spokojnie, ciii, będzie dobrze. To wszystko minie. To nie wypełnia całego życia, to tylko chwile. Matki to też emocjonalni ludzie z problemami.
Nie jestem popsuta, nie muszę się naprawiać.

Ściskały za gardło myśli o rezygnacji z wygody, podróży, życia, zmian. Ciągle węszyłam, jak to jest u innych. Jak można. Że są takie matki po Dolomitach wędrujące z trzyletnim synem, takie rozwijające swoje pasje, takie wchodzące na Giewont o wschodzie słońca, takie z którymi chciałoby się siedzieć i gadać, takie podobne do mnie i z pasją do życia i macierzyństwa. Takie kreatywne i śpiewające dzieciom, takie tłumaczące skomplikowany świat emocji, takie dające przestrzeń na siebie, takie mówiące "nie" w zgodzie z sobą i dla dobra rozwoju dziecka, takie zabierające je na próby śpiewu w czterogłosie przed pasterką. 
Takie w moim wieku.

Chodziłam na terapię, czytałam, podglądałam. Koiłam zarówno swoje wewnętrzne dziecko, jak i to nieznane, tajemnicze moje przyszłe dziecko. Odrębny, samodzielny byt. Żeby być rodzicem, a nie posiadać dzieci.


W Boże Narodzenie przyszło pragnienie. Takie silniejsze od wątpliwości i myśli o stratach. Pierwszy raz tak silne pragnienie dziecka.
Przyszło nowe spojrzenie. Zgoda na to co przychodzi. Zgoda na zmiany i ograniczenia. Te ograniczenia już nie pojmowane jako straty, a bardziej jako okoliczności.
I radość na długi, wolny czas bez pracy, na L4 i macierzyńskim. ;)
Pojawiła się tęsknota. Poczucie, że to ten czas.
Czy ta tęsknota to właśnie instynkt macierzyński?

W dalszym ciągu jednak, niezmiennie, tak bardzo nie jest to zależne od nas.




I jeszcze myślę o tym że mogę robić, co sprawia przyjemność. Co cieszy. I nie muszę być w tym kimś, coś osiągnąć. Mogę po prostu, bo chcę i lubię.
Jakie to uwalniające...
Mogę śpiewać. Mogę roztapiać się śpiewając w czterogłosie, wyraźnie słysząc przy sobie tenor i swój z tym tenorem taniec głosem. Mogę fascynować się harmonią wspólnie tworzonych dźwięków, ich współgraniem. Mogę czytać ambitną literaturę. Mogę chcieć czytać więcej. Mogę interesować się sztuką. Chodzić do galerii i muzeów. Mogę pisać. Mogę kolorować. Mogę rysować. Mogę chcieć uczyć się wspinać. Mogę pragnąć wysokich gór. Mogę po górach wysokich chodzić. Mogę planować wędrówki po rumuńskich górach. Może ciągnąć mnie na wschód, mogę być ciekawa Rosji. Mogę chcieć przeżyć białe noce w Petersburgu. Mogę interesować się rodzicielstwem bliskości i porozumieniem bez przemocy. Mogę interesować się psychologią, psychiatrią i psychoterapią, mogę chcieć zostać psychoterapeutką.
Mogę wyjść na spacer w słoneczne popołudnie z niskim słońcem. 


Obraz i rytm muzyki mówią innym językiem / Jakub Julian Ziółkowski

 Nie chcę archiwizować. Chcę tworzyć. Potrzebuję sztuki jak ożywczego głębokiego oddechu. Karmię się kontaktem ze sztuką, nasycam. Twórczoś...