82. gór potrzeba...

Ciszy potrzeba. Leśnych ścieżek wśród wysokich, ciemnych drzew.

Ciszy tak do końca nie było, bo śnieżny wiatr wygrywał najdziwniejsze, zimowe melodie. Wspinając się w górę wzdłuż wioski rozszczekiwały się psy. Jak to zwykle - jeden zobaczy, zaszczeka, i zaraz cała wieś rozszczekana. Obcy idzie wśród domów.

Chłopcy ruszyli biegiem na Turbacz, a ja powędrowałam sama pod obserwatorium astronomiczne. Polana Suhora.

Biały puch przesypywał się po dziewiczo śnieżnych polanach. Zasypywał ledwo co wytworzone ślady.

Trochę strachu, trochę myśli "i co ja tak sama mam robić?". Ale szłam, jak chciałam, jak sobie wymarzyłam. Do przodu, w górę, przez śnieg. Oj, dobra wędrówka...


Śnieg jak pierze z wytrzepywanych w chmurach poduszek. Wirował opadając. Zachwyt w samotności leśnej i górskiej.

81. czosnkiem przesycona domowa codzienność

Piękny dzień dziś. Grudniowy, słoneczny. Z garstką śniegu za murkiem jak w górskiej szczelinie zachowanym od ciepła słońca. Nawet do naszej norki dotarły słoneczne promienie i rozświetlały śniadaniowe chwile. Bycie razem, proste i zwyczajne. W zdrowiu... i w chorobie - przez ostatnie dni. Pijemy dużo herbat, zajadamy się czosnkiem do każdego posiłku. Taka ulga gdy można było spać do oporu, wtulić się w ciepłą pościel i koc, chorować sobie spokojnie i swobodnie, nic-nie-musieć (ani zwiedzać, ani biec na samolot, ani marznąć w wysokim, słabo ogrzewanym, obcym i angielskim mieszkaniu próbując podtrzymać swój udział w konwersacjach przy niemieckim bimbrze ze śliwek i grzanym "christmas wine"). (Ale, ale - nasz pobyt w Anglii był super! Dużo dobrych spotkań, życzliwych nam osób, mnóstwo ciekawych miejsc i widoków, doświadczeń, obserwacji, refleksji... No i grubaśne, szare wiewiórki jedzące orzechy z ręki - najlepsze! :D).

Ciągle chcę więcej, i więcej, i więcej... Poprzeczka wysoko nad głową. Ciągle "nie dość". "Nie wystarczająco". Jakoś... "nie tak".

A chciałabym inaczej. 

Chcę cieszyć się Teraźniejszością. Funkcjonować w tu i teraz: spotykać się w obecnej, trwającej chwili z samą sobą, z innymi ludźmi. Z Bogiem! Tylko w teraźniejszości budowanie relacji jest możliwe.

Żyje się - teraźniejszością. Dobre słowa o. Szustaka gdzieś z tułaczki po świecie o tym przeżywaniu życia w Przeszłości lub Przyszłości - i o Jestem, który Jestem. Te chyba słowa zakiełkowały gdzieś w środku, wyrastają coraz wyżej, pączkują, kwitną...


Chcę cieszyć się z osiągnięć. Mierzyć wysoko - ale zadowalać się realizacją. Długodystansowo, szerzej móc spojrzeć. Cieszyć się z realizacji na swoją skalę, na swoje możliwości - nie wymagać od siebie ciągle, i ciągle, i wciąż czegoś "ponad".

Szanować samą siebie. I innych ludzi.

Doceniać to, co jest, jak jest.
Promieniować wdzięcznością. ;) 


Dużo spraw, działań, ambicji. Foto-plany nabierają kształtów. Ogrom wątpliwości, porównywań siebie do innych-lepszych, oczekiwania od siebie bycia ekspertem już na starcie... ;) Mimo to - idziemy dalej, przemy naprzód! Nieocenione, potężne wsparcie B. Jego zapał, zaangażowanie, chęci, konkretne i rzeczowe podejście. 
Osiągam coraz więcej, i więcej. Moja wiedza jest coraz obszerniejsza. Nie mylę już przesłony z migawką ;), Lightroom odsłania przede mną swoje tajemnice. Zdjęcia są coraz lepsze, obróbka coraz prostsza. Niekończąca się droga przede mną, nie widać jej kresu, nawet najbliższy zakręt tonie w porannej mgle ;) - ale oglądając się do tyłu sam początek drogi jest już hen, hen daleko! 

Jedno z moich ulubionych zdjęć z kuzynką na rowerze zjeżdżającą z górki na wsi zrobiłam w 2006 roku. Dziesięć lat temu! Przez ten czas mnóstwo rzeczy się zmieniło. A zdjęcie ciągle jest jednym z najlepszych "decydujących momentów". ;)

Dążę do realizacji marzenia - pracy jako fotograf. Zarabiania na robieniu zdjęć, na czymś, co sprawia mi wiele radości.

Dochodzi godzina 16, w norce już zupełnie ciemno. Blask rzucają trzy kolorowe świeczki.



Mam takie chwile dużej tęsknoty za Domem. Za Rodzicami. Za dzieciństwem. Za beztroskim czasem, chyba najbardziej za tym, co już nie wróci...
Zaczytywałam się w Lucy M. Montgomery, od Mamy i od Ani z Zielonego Wzgórza, od Emilki ze... Srebrnego Nowiu (?...) nasycałam się zachwytem nad światem. Wiosna była pierwsza. Mglistość listopada była wyjątkowa. Wakacje trwały w nieskończoność, a jesienne liście były najpiękniejsze z wszystkich możliwych widoków świata. Chrzanowski las, łąki, czytanie "Ludzi bezdomnych" we wrześniowych trawach za kościołem. ;) Małomiasteczkowość. Dostępność natury, bliskość spokoju.
Tęskno...

Czy to złe, że nie jest dokładnie tak, jak było?
Jest cała masa innych, nowych możliwości. 
Normalne, że życie idzie do przodu.
Podróżujemy, odkrywamy coraz to nowe miejsca. Wędrujemy po górach. I sam Kraków oferuje bardzo wiele.
Rodziców zawsze można odwiedzić. Poświęcić ten czas tylko dla Nich. Wypić spokojnie kawę. Porozmawiać, posłuchać. Smakować najlepszej kuchni. Cieszyć się porankiem z panoramicznym widokiem na wschód słońca. Przespacerować albo przebiec po lesie za kościołem. 
Chrzanowskość ma urok, bo nie jest tak dostępna każdego dnia. Nie jest wyrokiem, a wspomnieniem. 
Nostalgia do dzieciństwa... Nic nowego pod słońcem. ;)

80. spomiędzy życia w galopie

Nie, szybkie tempo życia wcale nie zachwyca.

Już parokrotnie chciałam opisać zachwyty, refleksje, chwile zachłystywania się pięknem i dobrem - i przemknęło. A przecież opisywania dobra i piękna potrzeba. Chwili zatrzymania się, nazwania. Nacieszenia się. Robienia po swojemu. Spojrzenia bardziej z boku, dystansu potrzeba.


Poranki pachną powiewami jesieni.

Rodzinne poszukiwania gwiazdozbiorów. Ogień trzaskający, świerszcze i letnia noc. Bliskość, czas. Tęsknota, obawy. Gwiazdy niezmienne.

Posiłki na ogródku, z widokiem na podskoki sikorek wśród gałązek wytrwałych drzew. Liście szumią i łagodnie opadają. Niedziela (a i sobota czasem) staje się prawdziwie świątecznym dniem odpoczynku, wolnym od dźwięków budowy.

Proste, drobne wzruszenia dziecięcościom dzieci.

Niedzielny poranek nad Bagrami. Spokojnie, czas zatrzymany, bo powszechnie przez innych nieużywany o takiej porze. Wysokie estakady, przestrzenie i tory kolejowe.

Wzruszył mnie pobyt niedzielny w rodzinnym mieście, u rodziców i na zamkowej wieży. Dużo było słów adekwatnych... Uciekły.

79. rowerem wzdłuż Wisły

Pięknie było. Upalnie. Choć z rana chłodno. Drzemanie w pociągu, wschodzące słońce ogrzewało z kąta twarz.

Pięknie było. Rowerem szybko po asfalcie, z górki, wiatr we włosach. I wolne turlanie się po wyboistych wałach, w prażącym słońcu i ciszy.

Piękne takie rowerowe wycieczki. Zapachy rozgrzanego świata świdrujące nozdrza. Koszona na zboczu wału trawa, siano pod kołami, gorący asfalt. Kanapki w cieniu przy kałużach. Kolorowa pani z psami życzy "smacznego!" i zagaduje, rozbijając szklaną butelkę. 

Nogi bolą, bo nieprzyzwyczajone do tras rowerem na 75 kilometrów. Ale jedzie się uparcie dalej.


Kiedyś ludzie dziwili się naszym rowerowym wycieczkom w samo południe. A to wtedy w czwartki lekcji tak mało, i już po zrobieniu naleśników można było ruszać.

Teraz nie jest łatwo się umówić. Kiedyś bandą po paręnaście osób nawet przemierzaliśmy chrzanowskie drogi i leśne ścieżki. Teraz średnio raz na rok udaje się spotkać w trzy osoby i rowerami ruszyć w bliski świat. Gorące plotki i wydobywane wspomnienia, radości, codzienności z przeszłości.

Pięknie tak!

78. ŚDM



Ciekawe te obserwacja. Wspólna radość - tak prawdziwie dzielona przez wszystkich wokół. Wzruszenie, przejęcie dogłębne. O tym się później opowiada przy rodzinnych spotkaniach przy stole, przy wspomnieniach w polsacie - ma się swoje komentarze, swoje własne doświadczenie. Swoje własne "no, z 5 metrów od papamobile byłem! tak, tu, o, tak go widziałem!"


Też się wzruszyłam - na niespodziewany przejazd, widok z dobrej perspektywy. Też machałam. Niepohamowany uśmiech na twarzy.

Ładny ten tydzień. Wyludniony z lokalnych mieszkańców Kraków. Rogatki miasta opustoszałe, centrum kolorowe i głośne. Tramwaje rozśpiewane i rozkrzyczane po włosku.




Zasłyszane na ulicach podczas ŚDM:

No i wiesz, ja tu w sklepie sobie siedzę, i on tak przejeżdża...


I patrz jak on tym autkiem, gdzie on to jedzie...


Ale miałyśmy miejsce! Znikąd byśmy tak nie widzieli!...


Zgadnij co się stało, nie uwierzysz!


No, to w ostatniej chwili zdążyliśmy! ciekawe czy coś widział... widziałeś coś przez te barierki?


Ja - PIELGRZYMUJĘ!


Ale za naszego papieża to inaczej, inna atmosfera była. To nie to samo już...

 

I przy Wiśle:
Zawsze mogę uciec, jeśli tylko będę chciała...



 









77. To była wędrówka!

Gorce w lipcu, z Olą

We mgle i w siąpiącym deszczu. Po błocie i w pustce.

Szłyśmy ścieżkami wśród polan pełnych jagód, które aż prosiły się o zerwanie. Zajadałyśmy się ciemnymi owocami brudząc na fioletowo dłonie. Najlepsze są takie jagody - zerwane prosto z krzaczka, wymyte w deszczu albo rozgrzane w słońcu. Cudownie.
Nam nieustannie towarzyszył deszcz lub też deszczowa mgła. 

Mgła była tajemnicza, aż mistyczna. Robiło się coraz ciemniej i we mgle tonęło wszystko. Byłyśmy zupełnie same. Potężną ciszę przerywał jedynie szum drzew.

Wiatr się zrywał i już było wiadomo, że fala wody z liści drzew uderzy prosto na nas.


Długa to była droga, męcząca i mokra. Spotkałyśmy tylko paru miejscowych zbieraczy jagód i grzybów, żadnego turysty. Zabrał się z nami pies. Czarny - po czarnym szlaku. Ale nie odpuścił nas aż do schroniska, choć kolory szlaków zmieniałyśmy często.

Buty przylepiały się do błota, tonęły w brązowych kałużach. Przeskakiwały po kamieniach rwące strumyki. Ledwo co nie ześlizgiwały się z wielkich, mokrych korzeni. 

Wytrwale brnęłyśmy w las i w trawy. 

Krople wody z delikatnych traw omiatały czarne leginsy. Chwila - i poza stopami i całe łydki były mokre. Gdy się idzie, to woda w butach nawet tak nie przeszkadza. Piękna sprawa - człowiek swoim ruchem sam się ogrzewa. Była satysfakcja i takie dobre zmęczenie. Spało się wybornie!

To miłe, gdy wędrowanie z plecakiem robi wrażenie na rodzince znad morza z małym Bartkiem. 

Kolejny, brązowy, zwariowany szczeniak przyczepił się do nas. Odpuścił dopiero w strachu przed wielkimi, szczekającymi psami w kolejnej wiosce.


No i jazda stopem - świetna sprawa. W góry zawiózł nas z Góry Borkowskiej pan do Mszany Dolnej. Na co dzień pracuje w Norwegii, do pracy płynie promem na wyspę. Na niekończące się norweskie dni nie zwraca wielkiej uwagi. Po Tatrach chodzi, owszem. W samochodzie było ciepło, nie mogłam powstrzymać atakującego snu... Z Mszany Dolnej do Lubomierza - Królewskiej Góry podwiózł nas czerwonym autem starszy pan, po drodze załatwiający mnóstwo spraw - od materiałów na budowę domu dla synowej po wyniki badań dla żony. Znał Gorce i sypał nazwami do odszukania na mapie. Wypasał owce - ale teraz to nie warto, wie pani. (Nie, nie wiem). Na pożegnanie zapytał o tabletki na kochanie. (?..!)

Wracając łapałyśmy stopa stojąc z napisem "Kraków" w drodze do lasu... Zatrzymał się w końcu jakiś pan i doradził, że to nie ta droga. ;) Z Niedźwiedzia wyszłyśmy aż na Podobin, tam zatrzymał się nareszcie facet z bródką słuchający "No chodź, na kolana i nie mów, że nie wypada". Szybko zmienił stację na RMF. Jechał po dziewczyny, a któraś zgubiła telefon, i teraz trzeba załatwiać to na policji. Może będzie jechał na Myślenice, to nas weźmie. Podwiózł nas parę kilometrów do Mszany Dolnej, skąd szybko zgarnęła nas młoda lekarka wracająca z Rabki. Wspólne medyczne tematy, spostrzeżenia o ordynatorze XVI oddziału, pediatria pulmonologiczna i newsy o rokowaniach w mukowiscydozie. Trafiłyśmy z powrotem w to samo miejsce, skąd ruszałyśmy dnia poprzedniego... :)






84a. "Śnił mi się rodzinny dom..."


Wspomnienia licealnych znajomych przypomniały mi wesele Klaudii i niesamowite chwile. 
Gdy muzycy grali nieznaną mi wtedy piosenkę Janusza Laskowskiego  i chrzanowską ekipą w kółku - byliśmy na parkiecie razem. To było takie zmaterializowanie-umuzycznienie wspólnych nam chyba emocji. Pozostawienia tego chrzanowskiego życia, pójścia dalej. I spotkania osób, które pamiętają podobną przeszłość sprzed paru lat. Stare liceum. Jednokierunkowe uliczki Chrzanowa. Jeszcze wszystko przed nami, by z nich wyjechać, i ruszyć w dalszą drogę... ;)

Aż zagrali "Śnił mi się rodzinny dom" jeszcze raz! Powtórzyli kawałek specjalnie dla nas. ;) Ten zachwyt jednością chyba było widać.

Piosenka jest niesamowicie sentymentalna. Uroczo kiczowata. Jednocząca we wspólnych odczuciach nostalgii... :)


76. Piękne wszystko, co polskie

Tak cieszy teraz polskość, w każdym swym objawie. Po dalekich podróżach po Państwie Środka, gdzie Wszystko Inne, błogo przyjemne jest to, co swojskie i znane. Pogranicze wiosny i lata zachwyca - wybuchem zieleni,  łagodnie ciepłym powietrzem, przesyconym zapachami czerwca. Jest cudownie. Jest najlepiej. Wysoko, wysoko listki szumią na delikatnym wietrze.

Nagle dostrzegam przestrzeń, której wcześniej nie widziałam. Po pobycie wśród niebotycznie wysokich budynków, w lesie wieżowców gęsto rozstawionych, po pierdolniku wszystkiego ze wszystkim w chińskim stylu - to taka ulga, mieszkać w Krakowie... ;)

Być w tym stanie, w którym po prostu można cieszyć się teraźniejszością. Bez lęków i obaw. Po prostu - tak dobrze, że jest dobrze, jak jest. Tu i teraz. 
Te kurze koty wałęsające się po podłodze, te brudne naczynia w zlewie - wcale nie mają takiego znaczenia, by przez nie nie cieszyć się chwilą trwającą. 
Nic nie muszę. Spokojnie, powoli. I zmywaniem naczyń można się cieszyć. ;)





Kto jeszcze dziś czyta poezję? Jej wzniosła siła została zupełnie zapomniana, a przecież wiersz może rozpalić w sercach ogień równie potężny jak miłość. Lepiej niż whisky, niż valium czy prozac, wiersz może podbudować ducha, gdyż zmienia punkt widzenia, z którego spoglądamy na świat. Kiedy czujesz się samotny, prędzej znajdziesz towarzystwo, sięgając po poezję, niż włączając telewizję.

 z: Tiziano Terzani: Powiedział mi wróżbita

75. Mokry niedzieli poranek

Było wbiegnięcie w ciszę niedzieli. W dzień święta, gdy świat ludzi śpi, a świat ptasi daje koncerty. Jak lat parę temu - wakacje w Bieszczadach. Lipiec, Wetlina. Mokro i bardzo zielono. Bardzo bujnie i świergotliwie.
Teraz wiosna, odkrywanie nowych-bliskich zaskakująco miejsc. Zachwycają te okolice. Poszukiwanie Drogi, o której opowieść słyszałam. Podążanie mokrymi chodnikami wzdłuż mokrych bloków, przy mokrej, pustej ulicy. Niepogoda poranka niedzielnego. Za ścieżkami ledwo odznaczającymi się w błotnistej trawie podążanie. Ścieżki mamią i zawodzą. Prowadzą do rowu z wodą płynącą albo w wielkie kałuże. Nagle kończą się wśród błotnistych dziur i zostawiają samopas na rozćwierkanej, rozbujałej do zieloności łące. Tu nieopodal, zaraz wysokie bloki - i szaleństwo dzikich pól, drzew strzelających nagimi jeszcze gałęziami prosto w bure niebo. Kwiaty na niższych drzewach rosną, zmoczone deszczem gałązki dają krople wody prosto na język. Psy poszczekują, ptaki w szale koncertu, zagłuszają ciszę niedzielnego poranka z niepogodą.
A buty przemoczone. 
W końcu, przez bagna i łąki błotniste nieprzebrane, dociera się do Drogi. 
Pora wracać. Następnym razem trafię.

74. Kwiecień mknie

Wczoraj: 
Wiosna zaskoczyła. Kwitnące drzewa - do odurzenia aż. Aż chciało się wyjść o tej godzinie 6 rano - z ciekawości, jak pachnie powietrze. Poranne powietrze, świeże, rozćwierkane. Skąd te ćwierkania na tym naszym placu budowy wokół? Ptaki wiją gniazda w wysokich żurawiach i świeżopostawionych mieszkaniach? ;)
 


Dziś:
Mówili o załamaniu pogody. A dziś kolejny piękny dzień. Kolejny dzień wiosny w rozkwicie.

Ja łapię doły, więc najwyższy czas pobiegać. Wybiec w to ciepłe powietrze. Między kwitnąc drzewa. Po świeżowyrosłej trawie. Czas najwyższy!

 
Mi to się wydaje, że miejsca wokół specjalnie nie ma. W cieniu żurawi z placów budowy. Dla dzieci nie ma to znaczenia. Nie widzą tego, co ja. Im bagaż wspomnień z krzaków pod blokiem, z dezelowanych huśtawek i z pasenia świnki morskiej w rozbujałej trawie nie przeszkadza. Cieszą się wiosną "na polu" - bez porównywań i roztrząsania stanu zastałego. Zabawa na skrawkach trawników i przy schodach. Skakanie po kamykach pod klatką schodową. Rozpierzchnięcie po parkingu. Rowery, rolki, biegi i śmiech.
 

Ona w Krakowie czuje się jak w domu. Więc z zaskoczeniem i radością wita poczucie "bycia jak w nowym, nieznanym mieście". Gdy wszystko zachwyca, bo ma się świadomość jednorazowości swojej bytności w danej przestrzeni. Takie poczucie miała, o czym mówi z przejęciem, ale minęło. Na co dzień Kraków to jak wielki dom pełen znajomych - osób i miejsc. Pod pocztą główną podpompuje rower, a jeśli to zawiedzie - podskoczy do dobrych dusz na Zamkowej, tam poratują. Na obiad w podziemia przyrynkowych uliczek. Tam spotka pewnie tego i owego. Koło Dominikanów - pełno znajomych. Przy Grotesce mieszkając łatwo i szybko spotka się z tym, i z tamtym też. Ubarwia życie starszych panów - swoją otwartością na świat. Nie lubi słowa "klimatycznie", ale takie wrażenia i odczucia wynajduje. Wyłuskuje z życia. Nazywa i ekscytuje się nimi. Jest "klimatyczna" właśnie. 



Jak Olympia Meneta i Kozyry - leży. Wyciągnięta jak długa. Obfita, kobieca, dojrzała. Matka piersią karmiąca i piersią na świat otworzona. Mi Olympię na myśl przywodzi, a innym przedstawicielkom personelu medycznego niesmak i obleśność. Taka bezkompromisowo naga. Rozmemłana. Matka. Z dzieckiem w pakiecie, rzecz jasna. Przez dziecko tu tak rozłożona, przez karmienie dziecka roznegliżowana bezwstydnie. Dziecko usprawiedliwia. Pozornie. Dziecko wcale warunkiem bycia Olympią nie jest. Trzeba sobą bardzo być w rozmemłaniu, dziecko to tylko przykrywka. 



Kiedyś, gdy spadł kalendarz i wbijałam na nowo gwóźdź w miejsce po gwoździu (bo tak byle gdzie dziurawić ścian nie wolno): 
Refleksje mieszkaniowe naszły.

Na pierwszym roku: życie w ubóstwie, w nowym mieszkaniu na 7 piętrze, na osiedlu zamkniętym. Nie miałyśmy wielu rzeczy w życiu przydatnych. Mikrofalówki. Blendera. Odkurzacza. Dobrych parę tygodni wcale nie odkurzałyśmy.

Ja stłukłam cukierniczkę i popsułam toster, a dziewczyny mi spaliły suszarkę (do dziś suszarki nowej nie mam).

Mieszkanie na Kotlarskiej to przedmiotów przeróżnych studnia bez dna. Potrzeba przybić gwóźdź do ściany? - żaden problem, w szafce przy drzwiach przecież czeka cały zestaw małego majsterkowicza. Nożyczki, gumka recepturka, a może wyciskacz czosnku? Bez trudu do odnalezienia w opasłych szufladach stołu w kuchni.



Rozdrapuję strupki. Całe życie.
Okno z widokiem na tatę na balkonie rozwieszającego pranie.

73. Zakochałam się w imieniu Kalina

To była taka słodka blondyneczka. Lat około 6, na małej sali razem z chłopcem w podobnym wieku. "Kalinka, ale nie bój się, to nie boli!" - mówił do niej przy podawaniu antybiotyku do wenflonu. Do motylka. Picia dla motylka, żeby być silnym i zdrowym, i szybko wrócić do domku. I naklejki w nagrodę - to uwielbiam! To są te chwile w pracy, które cieszą mnie niesamowicie. Pogawędki z dziećmi i z rodzicami. Wszelkie strategie oswajania tego, co budzi wielki lęk. Wchodzenie w ich świat, słuchanie opowieści o kotkach, które uciekają z domu i marzeniach o pegazie. Ach...


Jest siąpiasto. Świat do ściśnięcia i wyrznięcia jak mokra gąbka.

Dlaczego nie ma słońca? - Bo świeci w Hiszpanii, i w Norwegii, i w Belgii... Nie może być wszędzie!


Resztki miodu wylizywałam łyżką ze słoika. To już był miód od rodziców - przelany z wielkiego słoja, ostatnia partia. Ale słoik jeszcze po miodzie od Gosi. Spadziowym. W prezencie przy zdjęciach wśród chrzanowskich łąk i lasów - z prezentu od pszczelarza, któremu Gosia wskazała pszczoły-dezerterki z ula. Miód skończył się. Hand-made naklejka do odklejenia i wyrzucenia, słoik do umycia. To prawda, chwile tamtego sierpnia z brzuszkiem, w upale i wśród żółtych nawłoci już nie wrócą.
Do przodu, do przodu... Bywa, że zachwyt przychodzi po czasie. Już do wspomnień chwili minionych.



Czytam "Jutro przypłynie królowa". Zupełnie przerażająca książka. Śniły mi się po niej mieszane związki i niechęć do wyzwolonego seksu. Jakieś problemy, zażenowanie. Dużo było tych snów, bo długo spałam. Żeby odespać nadchodzący weekend z nocką w pracy, wyjazdem do Zakopanego i niedzielną dniówką. Na zapas. Nie pamiętam już reszty dziwnych, niepokojących snów...






[niemiecki film] "Automatic Fitnes", Alejandra Tomei & Alberto Coucreiro, 2015

Najlepsza Animacja podczas 9. Festiwalu Grand OFF. Uuuchu... Wstrząsa. Potrząsa mózgiem człowieka z całej siły. Przeraża - uświadamiając mechanizmy, których się nie nazywa, a które działają... 




[polski film] "Smutne potwory", Justyna Tafel, 2015




Przepiękny film. Silnie emocjonalnie poruszający. 9. Festiwal Grand OFF wygrał w kategorii "Najlepsza Reżyseria", ja bym z pewnością dała mu nagrodę za zachwycające zdjęcia. Kolory, ach. "Wiedźmy", które grają przed blokiem w karty - rzucają po stole malinami... Bardzo, bardzo cieszący oko film. Dający do myślenia, mocno oddziałujący na oglądającego.
 
 




72. wiosna mrugnęła okiem 22 lutego

Słońcem błysnęła. Od samego rana. Od drogi w niewyspaniu po nocnej pracy, od mijanych pustych pól, od każdego stukotu pociągu, który przybliżał do rodzinnych miejsc. Sentyment wybuchł i płonął. Dzień cały. Gorejąca nostalgia małomiasteczkowości. Wywodzenia się z prowincji. Targające sercem rozpływanie się we wspomnieniach. Zachwyty na balkonie, w słońcu i z widokiem na bliskie mi tak bardzo łąki. Cisza i spokój. Wchodzenie po schodach na trzecie piętro - w poniedziałek, przed południem. To jakiś wyjątkowy dzień musiałby być kiedyś, żeby zamiast być w szkole, już przed godziną 12 wracać do domu. W taki słoneczny dzień lutego. Odbijanie się od i w swojej przeszłości. Analiza, taka przyjemna. Rozgrzebywanie, rozpamiętywanie historii swojego życia. Na rowerze, z trochę niedopompowaną dętką z przodu. Po leśnych ścieżkach (ach, pierwsze żółte motylki-cytrynki zawirowały tuż przede mną!) i pod wysokimi topolami przy szpitalu powiatowym. O, tu G. chciał mnie zabrać na naukę jazdy. Specjalnie pożyczył auto od taty. A ja powiedziałam, że nie chcę. I wspomnienia sypią się, jedne po drugich... Aż do Zalewu, gdzie niedługo przed moimi narodzinami siedzieli sobie moi Rodzice. I gdzie zrobiłam pierwszy przystanek podczas Indywidualnej Pielgrzymki Rowerowej na Pustynię. ;) I teraz - usiadłam i rozmyślałam. Wiał szalony wiatr, ponoć halny. jakby wiosna, słońce obłędne i tak ciepło.

 Szpital, w którym się urodziłam i gdzie podobno biegały szczury, już dawno rozebrany. Pozostało puste pole obok całkiem nowego ronda. I zielonego kiosku na osiedlu już nie ma. Świeci wśród zimowego, wyschniętego trawnika czarny prostokąt ziemi.

Dobrze powspominać, skonfrontować się z historią swojego życia. Poprzeglądać zdjęcia, popatrzeć na siebie szerzej. Z innej perspektywy. Na teraźniejszość spojrzeć z oddali.

I chwile domowe. I rozmowy, i wspólne radości. Oj, dobrze tak, odwiedzić Rodziców i miasto przesycone wspomnieniami. 

71. fontanna wytrysła

Szybko łączę fontannę za oknem hamowaną przez Pana w Niebieskiej Czapce z dzisiejszym brakiem wody w kranach. Tak, można poczuć klimat górskich chatek studenckich... ;)


Wczoraj wieczorem pachniało wiosną. Aż chciało się nabrać w płuca tej wiosny - do końca, do granic możliwości. Usiąść na Kopcu, nad miastem, położyć się na trawie, patrzeć w niebo. Dookoła grupki z piwami, z gitarą, beztroska, pięknie jest... Burej zimy łatwo zapomnieć, jak w mieście może być piękniej - gdy jest cieplej. No ale tak ciepło jeszcze nie jest. 
Realnym stał się powrót do Domu Wśród Żurawi (wdychając po drodze wiosnę), gdzie Mąż przygotowuje obiad na jutro, czyta się na głos inspirujące żywoty świętych (!) według pana Hołowni, a początek nocy jest... ach, wspaniały!... Wiele zrozumiałam, odkąd w Specjalnym Zeszycie serduszko zamalowałam na czerwono. Jak to jest. Co to właściwie znaczy. Trzeba poznać, by zrozumieć. Słowa znalazły odbicie w rzeczywistości. Aaaa, no tak, przecież tak mówili... Cudownie, cudownie jest...


A dziś, wywieszając na ogródku pościel, pachniało mokrym, deszczowym, jesiennym lasem. Jesiennym aż miło.

70. z widokiem na pracę dźwigu

Dużo dobrych chwil, taka radość :).
Przygotowywane długo slajdowisko - i efekt satysfakcjonujący. Chwalą zdjęcia, kompozycję slajdów. Tyle dobrych ludzi, znajomych. To taka fajna sprawa - przedstawiać, torchę edukować, dzielić się doświadczeniem. Bardzo mnie ciągnie do czegoś takiego. Wiem, co chciałabym poprawić - i mam ochotę na więcej, więcej, więcej, kolejne prezentacje i doskonalenie się... Planuję napisać do ch. PTTK z propozycją slajdowiska u nich. ;)


We wtorek była piękna wiosna. Słońce świeciło, aż miło. Takie optymistyczne słońce zupełnie zmienia sposób patrzenia na świat.
Długa ta zima w tym roku dla mnie, przemykają jakieś chwile zwątpień rodzaju wszelkiego.
Teraz jest dobrze, tak. Cieszę się życiem! Planami, perspektywami. Tym, co jest.

Pracą! Na początku praca na pediatrii mnie zafascynowała, ale były momenty różne. Przez jakiś czas miałam bardzo dość. Krytykę przyjmowałam boleśnie. Od lutego powiększył się skład na dyżurze, mogę spokojnie wspólnie z kimś zajmować się dożylnymi sprawami, a nie tylko drobnymi zabiegami i lekami doustnymi, jak przez niemal cały styczeń. Kłucie idzie mi coraz lepiej! Wciąż bywają dzieciaki, których krew tryska mi na wszystkie strony i brudzi co tylko może, lejąc się czerwonymi potokami... ;) Ale nawet nauczycielka ma, o imieniu Mamy mej-też nauczycielki, powiedziała, że idzie mi coraz lepiej. Staram się! Nie są to rzeczy, które przychodzą mi łatwo. Uczę się praktyki. Każdy dobrze wbity wenflon sprawia niesamowicie dużo radości i daje satysfakcję! I cała otoczka wokół - podejścia do dzieci, zagadywania ich, uspokajania, bajerowania... Podoba mi się. To wymagające i satysfakcjonujące dla mnie. Rozbudza kreatywność - taki kontakt z dziećmi w trudnych dla nich chwilach. Oj, lubie to zagadywanie, gadanie bzdurek, dopytywanie o zwierzątka, rodzeństwo, ulubione bajki, jak tam w przedszkolu, a jak w szkole, jakie plany na gimnazjum, a jakie na liceum i resztę życia (i tacy pacjenci bywają czasem). Lubię to, bardzo. I przygotowywanie leków dożylnych też sprawia mi przyjemność. Obliczanie dawek, odpowiednie podejście do praw fizyki, by rozpuszczone leki nie rozprysły na wszystkie strony... Manipulacje z tym związane, ach, robienie czegoś, co nie każdy potrafi. ;) Jaka to olbrzymia odpowiedzialność... Poraża mnie ta świadomość czasem. Jak bardzo NIE MOŻNA się pomylić...
Dobra ta praca. Ciekawa. Wymagająca i trudna. Odpowiedzialna! Bardzo dobre doświadczenie w życiu - praca na pediatrii zakaźnej.

[czeski film] "Divoké včely" - "Dzikie pszczoły", Bohdan Sláma, 2001

Znów czeskie kino nie zawiodło...


Porwał mnie ten film. Duchem prowincjonalności, autentycznością bardzo przekonującą. Historią z życia osiedla bloków w lesie. Ten blaszany sklep, ten motor, miejscowy Mickey Jackson, piękna Božka, poczciwy chłopaczek, każdy każdego zna, wszystko kręci się wokół życia tu i teraz.
"Sposób spostrzegania świata, pozornie banalne tematy, swoista zaściankowość i nade wszystko człowiek z jego rozterkami, wszystko to bardzo do mnie przemawia." - napisał ktoś na filmwebie. Podpisuję się z pełnym przekonaniem!







[film z USA] "Blue Velvet", David Lynch, 1986

Gosia już dawno pożyczyła mi płytkę z tym filmem. I jak to z pożyczonymi płytkami - leżą, leżą, i czekają na swój czas...

"Blue Velvet" doczekał się. Wiedziałam, że znany, że Lyncha nie znam, ale jest dziwny. Że film-klasyka.
 Ooooj...

Film wcisnął się w mózg mocno. Może nie na poziomie filmów Švankmajera, nie jak "Ociosanek" czy "Szaleni", ale... wielki stres przy oglądaniu. 
Uuuuch, co za film! 
Fenomenalne budowanie atmosfery. Szalałam przez moją rozwiniętą empatię ;)
Chodzi po głowie jeszcze długo. 
I nawet gdy teraz przeglądam fotosy z filmu, to aż się denerwuję.

Więcej, więcej Lyncha!



[czeski film] "Knoflíkáři" - "Guzikowcy", Petr Zelenka, 1997

Gdy ktoś mówił, że widział "Guzikowców", ja odpowiadałam, że oj, lubię czeskie filmy! Ale "Guzikowców" nie widziałam.
Raz przespałam ich na maratonie filmów czeskich, wymęczona studenckim życiem.
Innym razem odnaleźć ich w wirtualnych zbiorach nie mogłam.

Jednak czas na "Guzikowców" nareszcie nadszedł - w przedostatni dzień 2015 roku!

Film, co było do przewidzenia, zachwycił mnie zupełnie. Siedziałam przed komputerem i chłonęłam czeskiego filmu klimat w najczystszej postaci. Po licznych, niedopowiedzianych opowieściach o "Guzikowcach" zupełnie nie spodziewałam się takiej właśnie formy filmy - krótkohistoryjkowej.... Ach, ale film to wybitny. To przenikanie się watków. Te... ach, każdy wątek jest wyborny. Taki prosto z czeskiego kina. Z Petra Zalenki prosto. Klasyka. I odwołania do "Pociągów pod specjalnym nadzorem" obejrzanym dzień (dwa dni?..) wcześniej - świetne uczucie, gdy wiesz, o co chodzi w kulturalnym odwołaniu. ;)


69. życie w bezlistnych zaroślach schowane

Wypad-niespodzianka. Wyjazd "za miasto". Wydarzyć się może wszystko. Chłonąć można całą sobą. Randka, a jak! 

Zamek w Dobczycach, nad zalewem. Gdzieś nad tym zalewem sześć lat temu na swojej studniówce widziałam okrągły księżyc. Przez okno. A obecny Mąż był więc wtedy w moim teraźniejszym wieku... Ho, niezłe rzeczy!

Biegliśmy. Było zimno. Wzdłuż Raby. Było pięknie. Wczesne popołudnie początku stycznia, w święto "Trzech Króli", a nas było dwoje, i wolno zapadał zmrok. Powietrze zawieszone, ciężkie, szare. Białe połacie śniegu, jasne trawy, rzeka płynie. Kaczki. Wdychanie chłodnego powietrza, w biegu. Tak jak teraz jest - tak jak teraz jest! - chciałbym aby było zawsze... I ptactwa mnogość. Nad głowami głosy wydająca, i w zaroślach bezlistnych pochowana, gdzie kończyła się wygodna ścieżka wzdłuż rzeki. Rozpoczynało się królestwo ptasie, życie w drzewno-krzewowym zagajniku, dzikim i bujnym, nie dla ludzi przystosowanym. Gwar miasta zwykle mnie drażni, uczę się go ignorować, ale przejawy życia ludzi miasta nie są mi miłe. A tu życie głośne, rozkrzyczane, chaotyczne - ptasie. I się zachwycam, i chłonę, i za przepiękne chwile te momenty u progu ptasiej krainy uważam.


68. najpiękniej na plantach

Było wspólne kolędowanie (z dobrym bębniarsko-taboretowym bitem), a na kołysankach dla Jezuska przysypianie (po dwunastu godzinach pracy, bądź co bądź). Miłe chwile, z zachwytem robione zdjęcia autorskich białego i różowego bałwanka. Otwieranie się w mniejszej grupie. Wymiana słów paru - ożywcza, niosąca ukojenie. Krótkie wyrażenie siebie. Nachapanie się innych światów, innych środowisk, innych perspektyw, innych spojrzeń. Tak potrzeba!

Poszukiwałam w autobusowych rzędach Tego Jedynego. Gdzie jest, gdzie jest? Jaki ma numer? Stoją w rzędach, dyszą. Biało-niebieskie bryły na kółkach. I naraz ruszyły. Wszystkie. Ze wszystkich czterech ulic. Każdy w swoją stronę, rozpierzchły się. Gwar silników, zamęt, autobusy rozjechały się, a wśród nich mój. Już wiem, skąd odjeżdża mój pierwszy nocny.

Popłoch. No, bo jak to?! Ale po chwili już zachwyt.... Na białych plantach, pruszyły wolno, cichutko białe płatki śniegu. Płaty. Potężne. Wirowały delikatnie. W spokoju białych plant o północy. W świetle latarni, w byciu poza wyznaczonymi ścieżkami. Opadały kołująco, goniąc swój coraz to mniejszy cień, i tak aż do ziemi. Taniec snieżynek w powietrzu i równoległy taniec ich cieni na białym dywanie przykrywającym zmarznięte resztki traw. Każdy płatek śniegu miał swoją parę - płaskie, szare odbicie na ziemi.

Piękne to były chwile.

Pomyślałam - a gdyby tak, jak w słoneczne, ciepłe dni, położyć się na ławce i oglądać świat podniebny z perspektywy poziomej? Zobaczyłam ławkę Witkacego - no gdzie, jak nie tu! I leżałam. I patrzyłam na bure niebo bez gwiazd i nagie gałęzie drzew. Ale najbardziej to patrzyłam na wirujące płatki śniegu...

Ktoś przystanął. Role się odwróciły. Porada, żeby lepiej tak nie leżeć, bo tu przyjdą.
No tak.

I pomyślałam - a może by tak z kimś te zachwyty pięknem podzielić?
I dzieliliśmy. Nadal było pięknie, a Wisła zamarzła. I spod Wawelu widok na dziurę w lodzie pełną ptactwa - białych łabędzi, czarnych kaczek. I skulone, czarne kacze postacie na zamarznietej powierzchni rozpierzchłe wokół. Przepiękny to był widok.
I dobre, ciepłe rozmowy w tym nocnym mrozie.


Trzeba pozwalać, żeby czasem autobus uciekł. I dziać się wtedy mogą wspaniałe rzeczy... ;)


Obraz i rytm muzyki mówią innym językiem / Jakub Julian Ziółkowski

 Nie chcę archiwizować. Chcę tworzyć. Potrzebuję sztuki jak ożywczego głębokiego oddechu. Karmię się kontaktem ze sztuką, nasycam. Twórczoś...