67. pozbierane impresje

2.12

 Prosiłam. Słowa i obrazy Przychodziły.

Z kawałków złotawych posklecane obicie bryły. Kawałki zaczęły odpadać, odsłaniając muł, błoto, brud. Kawałek za kawałkiem złotka odpryskiwały. Został sam kształt mulisty, ciemny, brudzący. A spod niego.. wyłonił się twardy, pewny kształt. O kolorze i strukturze złota. Bez niespodzianek w środku - pełna, złota bryła wydostała się spod lepkiego błota.


Potrzebne jest świeże spojrzenie. Nie fiksowanie się na założeniach. Nie czepianie się ich kurczowo. Aby pozwolić sobie, innym, światu, na bycie takim, jakim jest. Po prostu. Uuuf.


25.11

W Radiu Kraków nowa, nieznana mi wersja "Cudownie jest, powietrze jest..." Stachury. Wyluzowana, swobodna. Lekka, tak miła, aż popłynęłam z nią. Najwspanialej pachnie kawa rozbulgotana w kawiarce. Chylą się kielichy różanych tulipanów.

Podłączanie kroplówki, miłe pogawędki. Rozszalały bandaż wokół wenflonu. Zgoda na zmianę. Proste słowa, rozbrajające reakcje. Rozpływam się cała przy tych dzieciach. Taka radość na widok naklejki z żabką, "rerekumkum!" - bezcenna zupełnie. Cisza, promienie słońca, spokój. Uwielbiam takie chwile tej pracy.

66. Śnieg i słońce

Rozbujał się odpustowy kwiatek między rozmarynami, to była chwila. Moment rozświetlonego słonecznie świata.



Różane, strzępiaste tulipany (imieninowe!) schylają swe główki nad ślubne życzenia, nad słoik z cukrami świata, nad zielony imbryk herbaciany, nad zieloną świeczkę o zapachu skoszonej sztucznej trawy.

Ten imbryk wymaga dużo cierpliwości. Dokładności, staranności. Żeby nie rozlać herbaty poza kubek należy bardzo ostrożnie, powoli nalewać napar z pełnego imbryka...

Choć niczym miłym to spowodowane, to dobrze zostać w domu, niespodziewanie. Mieć dodatkowy dzień wolnego. Nacieszyć się spacerem za sprawunkami w świeżym śniegu, słońcu, spokoju przedpołudnia dnia roboczego.
Niespodziewanie mieć Czas.

Słoneczne chwile co rusz wracają. 

No właśnie, spadł śnieg. Szliśmy wczoraj ulicą świętej Anny, spiesząc na slajdowisko o Tadżykistanie, i wtedy zaczął pruszyć. Ciemność popołudnio-wieczoro-nocy od dawna zapanowała nad miastem. W świetle latarni drobne kropki śniegu opadały na bruk. 

A nim na dobre zapadł zmierzch - biegłam prosto na północ. W stronę morza. Przez puste, chwastami zarośnięte pola w mieście, przez uliczki wśród jednorodzinnych domków dobiegłam nad Rzekę. Samochody światłami swoimi powiększone, rozbuchane. Woda w dali odbijała migotanie drogi. Powroty ze szkoły w to listopadowe popołudnie, grupkami, gdy jest się młodym, wolnym, wydaje się że wszystkie drzwi stoją otworem i rocznik urodzenia ma niesamowicie wielkie znaczenie. Okrężne to powroty, zahaczające o trawniki za sklepem, rozkrzyczane na puste ulice, z niedbale przewieszonym plecakiem przez ramię. Pamiętam to poczucie wyjątkowości. Ten Czas, który należał do nas. Te posiadanie parunastu lat, które było najważniejsze. Moje osiedle, moje bloki w moim mieście. Wyjątkowe, klimatyczne. Nasze miejsce, jedyny świat. A tu młodzi ludzie z obszaru miasta większego - niby to dzielnica, a jak wieś - tak samo w jedynym swoim świecie wracają ze szkoły. 
Fala wspomnień i rozczulenia.

Ha.


Kończąc pracę w przychodni pożegnałam się jabłkami od Oli M. ze Szczyrzyca. Zaczynając pracę na oddziale przywitałam miejsce gruszkami i jabłkami od Taty Gosi z Jodłownika. Oj, jak ładnie. Beskid Wyspowy łapie serce w okowy. ;)






65. uważności w życiu potrzeba

Wiele dobrych chwil. Mnóstwo momentów o potrzebie ich opisania.
Tak, pisać potrzeba. Jak oddychać, jeść, spać - pisać potrzeba.

Nastał listopad. Ze swoimi krótkimi dniami, resztkami złocistych listków na brzozach. Z mgłami, jesiennymi chandrami, poranną nocą i chłodem wyczekiwania na przystankach. 

Dziś bieganie, z elektroniczną miłą smyczą. Przed siebie, w nieznane przestrzenie miasta-nie miasta. Przez ugory, puste i rozległe. Po ulicy Rodzinnej i pośród cichych domków. Z zatrzymywaniem się i rozglądaniem. Dobry to był bieg, bardzo. I powitanie z radością - wejściem wspomaganym przez parterowe okno. Oj, miłe rzeczy.

Był też taki bieg październikowy, na wyspie na środku Atlantyku. Czerwona droga, niebieskie niebo, czarne murki, biała piana oceanu. Oj, jak dobrze.

Dużo tych dobrych chwil.

Przepiękny był ten dzień wyczekiwany-co szybko nadszedł, intensywnie przygotowywany i mający wszystko zmienić. Pełen szczęścia był to dzień. Biały szaliczek nawet się nie przydał. Słonecznie było cudnie, choć jeszcze nie jesiennie - a spodziewałam się jesiennego ślubu początkiem października. Piękny był wszechudział bliskich. Żółte gerbery cudnie ułożone w bukiety przez Tatę, ciasta najpyszniejsze upieczone przez Mamę, znajomy Organista przygrywający wedle życzenia, znajomy z dawien dawna Ksiądz odprawiający Mszę i wygłaszający dobre słowa na kazaniu. Warkocz z białymi goździkami stworzony przez licealną Koleżankę, makijaż i paznokcie przez Świadkową, zaproszenia i magnesy przez nas samych... Dużo dobrego wsparcia wokół. Tak wiele dobrych, życzliwych słów. Prawdziwie pełen szczęścia był to dzień.

A czekając w białej sukni na balkonie po łąkach roznosił się marsz pogrzebowy, melodią odprowadzający żałobników przez polną ścieżkę. 
Kuzynka skomentowała.
Coś się kończy, coś zaczyna... Taka symbolika. W promieniach mocnego słońca miasta rodzinnego.


Piękna była też podróż. A wcześniej kompletowanie sprzętów w przestronnym mieszkaniu. 
Oby żyć Teraźniejszością. Z Otwartością.
A później załapaliśmy się jeszcze na najukochańszą polską porę roku - złocistą jesień. Pociągiem z północy na południe. Ostatniego dnia października, w promieniach słońca, przy szumie pozostałych jeszcze na drzewach liści z pobliskich drzew, w naszym mieszkaniowym ogródku piliśmy herbatę. Ach.

Przepiękny był też pierwszy dzień listopada. Słoneczny. Gratulacje na cmentarzu. Bardzo rodzinnie, bardzo tak dobrze. Bliskość. Ach. Lubię Wszystkich Świętych - za tradycję przybliżania się do rodziny. Za odkrywanie znaczenia więzi. Historii pokoleń.


Dzień za dniem. Przypadkowa praca, która cieszy bardziej niż poprzednie wybrane.
Pięknie jest patrzeć na relacje bliskości międzyludzkiej - którymi naturalnie cechują się relacje rodzica i dziecka. Nabiera się przekonania o wszechdobroci panującej w świecie. Jest się w pracy tak blisko Miłości. Dużo jest nadziei, mimo krzyków i płaczu wniebogłosy, wiele tu uśmiechów, dziecięcej beztroski. Ładne to są chwile, zachwyca mnie "chodzenie z wizytą", obserwacja reakcji Maluchów. Te duże oczy, te bezczelnie prostoduszne spojrzenia. Bezbronne, więc niewinne. Im można pozwolić na więcej. Samej przy nich też można sobie pozwolić na więcej - na puszczenie luzem pęt tego, co wypada, na dawanie z siebie wszystkiego z pomysłów kreatywności. Świat dzieciństwa na wyciągnięcie ręki. Moc wspomnień, odczuć tak ledwo co gdzieś pozostawionych. Czy nie bliżej mi do tych dzieci-pacjentów niż personelu medycznego?


Uważności w życiu potrzeba. Życia każdą chwilą, tu i teraz. Banalne i niebotycznie trudne.




64. Łąki u schyłku lata...

Poranek rześki, zapowiadający dobry dzień. Rowerowe przemierzanie bliskich okolic. Jak kiedyś. 
Ledwo obudzone, mokre porannie trawy mile głaskały po stopach. 

Wycieczka do miejsc wspomnień. Nagle się okazało, że to właśnie dziesięć (!) lat mija od pamiętnej szkolnej wędrówki w czarodziejsko jesiennym kamieniołomie... Na razie jednak schyłek lata. Upał i rozgrzana zieloność koron drzew. Nareszcie dowiedziałam się, gdzie szukać tego magicznego miejsca ze wspomnień...

Powietrze rozgrzane, południe wrześniowe. Jeszcze lato. Zapachy zintensyfikowane, atakują nozdrza. Jakby węch stawał się dominującym zmysłem. Zapachy ciał, zapachy potu, szamponu do włosów, dezodorantów i perfum, mijanych ludzi, współtowarzyszy drogi i samej siebie. Zapachy trawy i leśnej ściółki, woń kwiatów jak wiosną, choć to przecież schyłek lata. Znane miejsca, tak bliskie sercu - z innej, choć wcale nie nowej perspektywy nieodwiedzanych łąk. 

Czyjąś obecność (lub jej brak) czuć już od progu. Zdjęte buty w przedpokoju (lub ich brak) to jedno. Jednak jest jeszcze w powietrzu wisząca czyjaś obecność (lub jej brak), wyczuwalna już tuż po otwarciu drzwi...



A wczoraj włosów czesanie, babskie gadanie, się zwierzanie. Tak dobrze. Wspólny czas, tak po prostu, bo jest. By pójść w łąki u schyłku lata z piosenką Comy na ustach. W sentyment. Suchy lód z pudełka, szukanie kasztanów, chodzenie boso po trawie w parku.

Łap, łap, łap te chrzanowskie chwile... Schyłek lata, schyłek bycia tu - tak po prostu.
Rozrasta się we mnie nostalgia do miejsc dzieciństwa. Do przestrzeni tak bliskich sercu. Do klatki schodowej wieżowca z perspektywy urwanej drogi. Do polanki za drewutnią, gdzie wiosną kwitną słoneczne mlecze. Do ulico-parkingów, spokojnych, sennych, stonowanych w swoim trwaniu. Do odrapanych balkonów, i tych odmalowanych. Do sklepu, który kiedyś nazywał się inaczej i można było w nim kupić proszki do stworzenia domowych lodów.
Jakby tęsknię, choć tu na razie ciągle jestem...


Już drugi raz śniło mi się, że nie wiedząc o tym - zjadłam rybę. Tłumacząc sobie we śnie, że to nic strasznego. Choć i panikując. Sama sobie wyjaśniam symbolikę tej fobii, poszlaki się zgadzają - ale może to moja własna perspektywa, a nie obiektywna prawda?
Ciekawie, ciekawe czy fobia minie wraz z następstwem zdarzeń nadchodzących najpewniej...





63. Ognisko przedjesienne i niedziela

Pokój z oknem na chłodną stronę.
Balkon tonie w słońcu.
Wróciły wrześniowe upalne dni.
Wiatr wieje. Fioletowy wrzos, czerwone kwiaty i żółte papryczki kołyszą się zgodnie z podmuchami.
Czas płynie.
A ja się boję.


To były dobre chwile. Przygotowania, nocne zakupy. Największe spożywczo-alkoholowe zakupy życia. Południowy targ w poszukiwaniu potrzebnych warzyw. Uroki targów małomiasteczkowych. Swojskie życie i obycie. Potem szybkie krojenie, szybkie sałatki, szybkie szaszłyki. Na styk, dotarliśmy i ruszyło. Piękne przedślubne ognisko. Tak wiele dobrych, bliskich ludzi wokół, tak mało czasu by z każdym sowicie porozmawiać. Tyle by się chciało, czy każdy czuje się dobrze? Na szybko. Dużo radości, nakręcenia, zaskoczeń miłych. Przed lodówkę w namiocie - "do kuchni" przenosiła się na chwilę impreza wybranych. Ognisko pośrodku, stoły pełne ludzi wokół. Świeczki rozświetlały mrok. Cudowne dyniowe ciasto vege. Przemiłe papierowe pranie na korkowej tablicy i całe mnóstwo podarków wywołujących najszczerszy uśmiech. Tak wiele dobrych słów. Poczucie wsparcia społecznego. ;) Bieganie pomiędzy stołami, pomiędzy tymi, którzy przycupnęli. Od grupki do człowieka, od człowieka do grupki, by jak najwięcej z tych szybko mijających chwil wycisnąć. I nagle nadchodziła już północ, i wiele bliskich osób ruszyło w powrotne swe drogi. Została garstka. Czas nareszcie zjedzenia czegoś na spokojnie, rozmów płynących swoim rytmem, nie w pośpiechu i z mnóstwem myśli "na za chwilę" w głowie. Choć kiełbasę z ogniska zjadłam dopiero na niedzielne śniadanie. Po nocy przespanej na ławce przy ognisku. Pierwotne ciepło z ognia. Patrzenie w ogień. Płomienie muskająco oplatały drewniane bale. Chwile dla ogrzania myśli. Dobry sen, bez podmuchów zimna czy dymu w twarz nastał gdzieś po 4.30. Osiadały znad wody zalewu mgły nad światem. Jesienne mgły? Muzyka ciągle grała, cała płyta Lao Che o Powstaniu Warszawskim nocą przesłuchana. Rano słońce pojawiło się dopiero po 8, gdy świat przetarł się, otrzeźwiał z nocnego zamglenia. Wcześniej pobudka, ognisko ciągle palące się, stoły posprzątane w czasie snu, jasność dnia już panująca. Poranna kiełbasa, spróbowanie sałatki, dojadanie i dopijanie resztek. Piwa zostanie na dwa lata co najmniej. Chyba że wcześniej zrobimy jakąś wiekszą imprezę znów. ;)

Dopołudnie niedzielne to był piękny czas. Biegania po piasku, tańca i podskoków, muzyki płynącej nad poranny, niedzielny, zaspany i leniwy świat. Gapienia się w niebo. W słońce. Kawa poranna najlepsza. Rozmowy o naszym wspólnym baniu się. Strachu dzielonym. Ładnie tam nad tym zalewem. Niedzielny spokój poranka trwał. Ludzie z psami spacerowali w rytm naszej muzyki z głośników do laptopa przypiętych. Plaża nad wodą. Wodą ciepłą, rozchlapywaną stopami. Spokój wokół. To był taki dobry czas, czekania na otrzeźwienie. Po prostu był, mógł być.

A gdy już słońce zachodziło odnaleźliśmy Kamień. Byłam na nim raz, z kimś innym, i chyba nie na samym jego szczycie. Było zimno, bo to luty lub marzec. Wiatr mroźny, pocałunki mokre. Dawno. Teraz żółcą się z góry widoczne nawłocie, świat ciepły i schyłkowy. Dzień niedzielny i lato u schyłku. Na samym szczycie, gdzie przestrzenią zachłysnąć się można, opowieść o cudownym śnie, w którym jechałam sankami po kolejowych torach wśród pól. Długo i bardzo radośnie. Wyśniłam to na piątym piętrze na os. 2 Półku Lotniczego. Gdzie dużo, dużo obfitych rozmów i tak dobrze razem dziewczyńsko. Warkocza nie było, a goździk okazał się kwiatem trwałym. A tej wczorajszej niedzieli już na dole słońce zaszło, a gdy znów wbiegłam na kamienny ostaniec wciąż zachodziło nad horyzontem drzew. Podwójny zachód słońca. Jak Mały Książę. A czy było mi tak smutno, że kochałam zachody słońca?


pierwszy zachód



i drugi zachód

Sama na Szczycie Świata. Odśpiewywałam w przewrotny rytm klaskania Pieśń Zachodzącego Słońca. ;)
Taka po prostu radosna twórczość. Melodia popłynęła, zaistniała, wybrzmiała w tamtym właśnie momencie. Prosta, z serca, dla samego bycia.
Piękne chwile.






62. Droga na pustynię

To jest tak, że po prostu się biegnie. Przed siebie. Daje się prowadzić ścieżkom, dróżkom i ścieżynkom. Kojący cień lasu, gdy wbiega się do niego prosto z rozgrzanej łąki. Choć to dopiero przedpołudnie, te chwile w pełnym słońcu połączone z wysiłkiem intensywnie wyciskają słoną wodę ze skóry. Ramiona w delikatnych pocałunkach słońca. Drobne plamki wyraźniej odcinają się od jasnej skóry na tej polnej ścieżce. Wśród powodzi żółtej nawłoci. 

Las sam prowadzi swoimi drogami. Wysokie drzewa, dalekie odgłosy. Cisza, ptasie trele. Bieg, głęboki wdech. Wszystkie zapachy lasu gęstnieją w powietrzu. Najcudowniej. Dzikie, leśne maliny, malutkie, ledwo parę różowych kulek. Mmm... Bajecznie słodkie.



A wczoraj indywidualna rowerowa pielgrzymka na pustynię. Takiego dnia potrzebowałam już od dłuższego czasu. Własne rekolekcje, bycie w drodze, modlitwa, medytacja, refleksja. Długotrwały, stały związek to rozwój - i  w takim kontekście cieszę się na nadchodzące zawieranie związku małżeńskiego... :) Byle ciągle odświeżać sobie głowę, byle regularnie mieć czas tylko dla Boga. Szczęście daje codzienna praca nad przewietrzonym umysłem. 

Drogę dobierałam zgodnie z własną intuicją, dobrym słowem ludzi i rozrysowanymi autorsko wskazówkami z google maps. O ile droga na pustynię całkiem nieźle pokrywała się z moją "mapą", tak powrót nijak się do niej nie miał... Pomagały drogowskazy na Trzebinię i dobrzy ludzie. Dużo szczęśliwych trafów, mnóstwo wdzięczności. Piękna to była droga... Z pierwszym przystankiem nad pobliskim zalewem, gdzie parę dni przed moimi narodzinami siedzieli sobie moi Rodzice. Była podobno przepiękna, słoneczna jesień. A potem refleksje, jaki to wielki Dar - Rodzice. Ich czas, poświęcenie, wychowanie. Oczywistości, które przecież wcale oczywistościami nie są...

Była też droga przez nieznany las i wjazd prosto do pełnej uroku wioseczki. Gdzie wysokie, białe sanktuarium i dzieci mówiące "dzień dobry". Narozklejałam im poezji. Droga była wąska, kręta i z górki, domki i chałupki zupełnie urocze. Cudne miejsce. Chwile przemyśleń nad życiem pod tablicą upamiętniającą tamtejszego zasłużonego księdza z trudnych czasów.

Było i przywitanie z pustynią z góry. Dobre pierwsze wrażenie, bo w samotności. Bardzo ciekawa sprawa, ta pustynia wśród drzew... Był i pustynny piasek z bliska. Bieg przed siebie, piasek parzący i brudzący bose stopy. Rozmyślania końcowe, rachunek sumienia. Cel osiągnięty... Droga doprowadziła aż do pustyni, zgodnie z zamierzeniami. 

Powrót w niepokoju. Ale dużo dobrych zdarzeń, dużo dobrych ludzi i szczęśliwych chwil. Niespodziewane zupełnie miejsca. Wspaniałe widoki, zupełnie nieznane - a tak przecież niedaleko od domu. W Bolesławcu dożynki, muzyka z remizy, w Bukownie remiza nie tam, gdzie miała być wedle moich rozpisek, za to z ocynkownią Bolesławiec. Elektrownia Siersza zachwyca ogromem kominów, rozwlidającymi się konstrukcjami niosącymi prąd hen, hen...


Piękna to była Droga. Potrzebny czas dla siebie i dla dopuszczania do siebie Boga.
Warto.




61. lipiec

To było tak, że niepokój burzy, która nie nadeszła, wisiał w powietrzu. Za drzewami płonęło niebo, nad głowami strzępiaste, szare chmury, we włosach niespokojny wiatr. Zapach nieprzewidywalnego.

Najpierw kwaśne wiśnie i maliny prosto z krzaka, wspomnienie wakacji na wsi. Chwyta za serce. Jak z wakacji na wsi było też wieczorne czwartkowe błądzenie wśród kukurydzy w poszukiwaniu kolby na kukurydzianą lalkę. Jedna się znalazła. Chyba nie chodziłam w polu kukurydzy od czasu, gdy było to ganione przez dziadka. Tam za stodołą. A tu panorama na rozświetlające się, migocące miasto. Nad głowami co rusz przelatywały samoloty, pokazując swoje brzuchy, błyskały światełkami ze skrzydeł. Wcześniej poszukiwanie Fortu Bronowice wśród działkowych ogródków. Ogródki działkowe mają niesamowity urok. Wieczorem, gdy trzeba dostawać się tam przeskakując przez starą bramę, z kłódką osłoniętą przepołowioną plastikową butelką. Opustoszałe, tu zardzewiała wanna, tam sterta rupieci, a wszystko tonie w powodzi kwiatów. Dominują kolorowe malwy wystające zza płotków. Fort ukryty w chaszczach nieprzebranych. Tajemniczy, nieosiągalny.

A sobotnim wieczorem były też czarne porzeczki, niedojrzałe jeżyny (tu zwane ostrężnicami) i prawdziwe borówki amerykańskie, w ilościach nieprzebranych. Wspaniała owocowa uczta prosto z krzewu, pod koniec intensywnego dnia z dziesięciogodzinną tatrzańską wędrówką. Lipiec. Oj, jak dobrze.. :)

60. butelki plusk w wodę

Ach. To cudne, gdy potrzeba resetu mózgu, i taki reset następuje. Po słoweńsku i z ryżu. Była czerwcowa noc, jeździły po mostach pociągi i tramwaje, woda rzeki lśniła odbijanymi światłami. Mżył deszcz, ale co z tego. Rozmowy obfite. Tak dobrze. Przypomina się beztroska studenckiego życia - tak można! Butelki lądują w wodzie. Czas rozedrgany (aaale pamiętany!). Tak na luzie, z dystansem, z uśmiechem, z prostym cieszeniem się. Zrzuceniem ciężarów tworzonych w swojej głowie. Oj, potrzeba czasem takiego resetu...



A dziś te same okolice nad rzeką, choć wcześniejszą porą. Po ponurym, aż mrocznym poranku niespodziewanie wieczór pojaśniał. Zachodzące słońce cudnie rozświetlało drugi brzeg. Nie do nasycenia się rozmowy, pełne wigoru, pasji, zaangażowania i przejęcia. Tyle wspólnych obszarów do obgadania... Niekończące się pokłady zaciekawienia, wciąż mało i mało. Była kawa zbożowa z mlekiem w termosie i ciastka. Z Austrii i z tesco na Bratysławskiej*. Ach... w trawie przycupnął kubek z muminkową gromadką. Muminkowym domem, drzewami, stworkami. Muminkowym światem. Kubek najcudniejszy, zwiedził już trawy Chorwacji, teraz ugościł zbożową kawę nad Wisłą. A wcześniej koktajl truskawkowo-bananowy. Z truskawek, które za półdarmo, "bo mokre", i można z nich zrobić koktajl dziś - jutro już będą niedobre. Warzywniak na Rusznikarskiej. "U chłopa". Zachwyt we mnie ogromny wzbudza Pani tam sprzedająca. Jej serce na dłoni, pasja pracy w warzywniaku :). Uprzejmość ujmująca, dobre rady na temat owoców, sezonu, nowalijek i rodzajów czereśni. Niesamowite pęki szpinaku. Ach, uwielbiam to miejsce, z drewnianym wystrojem, zapachem ziemi. Natury.


* pod tesco na Bratysławskiej przegląd osobowości przeróżnych. Kwiaciarki od dwóch bukietów. Sami znajomi. Miłe słowa na witanio-pozdrowienio-pożegnania. Pan ze straganem z butami, zaczyna i kończy swoją pracę jak ja. Dziś trzy kolory klapek z olbrzymimi sztucznymi kwiatami, w kartonowych pudłach kusiły przechodniów. Pan z trzema zabawkami-traktorami na murku i tajemniczym płynem w szklanej butelce. Ktoś sika pod drzewem między dwoma chodnikami. Obok sezonowy drewniany stragan z truskawkami. Tętni życiem to skrzyżowanie Bratysławskiej z Rusznikarską. Koleżanka Ania w wieku emerytalnym radzi tamtędy nie chodzić zimowymi wieczorami. Bo od różnych typów w głowę można dostać. No nie wiem. Pewnie zimowymi wieczorami chodzić będę gdzieś indziej** (?...), tak czy inaczej - cóż takiego może wydarzyć się pod ciągle otwartym tesco?... Ludzie przecież nie są źli. Oni się boją.


** No właśnie, właśnie... Jaka to będzie moja droga z/do pracy w zimowe wieczory?.. Ha, lepsze pytanie - jaki będzie nasz dom?... Gdzie? W jakich kolorach pomieszczenia? Na którym piętrze? (oooj, marzy mi się mieszkanie wysooooko, wysooko...) Najpewniejsze ze wszystkiego jest łóżko - kupione dwa lata temu, czeka w S. Oooj... Wszystko urealnia się. Moje przypuszcznia-marzenia wypływają z nie-moich ust. Cudownie. Wspólna przyszłość... Radość wnętrze rozpiera. Dobrze, dobrze, ach, jak dobrze...

59. przytulić się do drzewa

Jest taka niedziela, która trwa Wiecznie. Czas sączy się leniwie. Ten czas jest na wszystko. Spacery nad Wisłą wyprzedzane truchtem. Muskanie słońca po zamkniętych powiekach. Świergoty zintensyfikowane, bo słuch się wyostrza. Czuć zieleń. Tylko Tu i Teraz, drzewo przygarnia. Świat natury jest blisko, jest się jego częścią. Kora pod dłońmi. Policzek na chropowatym pniu. Bliskość. Życie.


Muzyczne odpływanie w wenezuelskie melodie. Kubek czerwony w białe kropki. Azjatycko-afrykańska (?) kawa z kardamonem i cynamonem, prosto z włoskiej kawiarki. Lody tradycyjne, polskie, przyniesione przez Olę, czekały w zamrażalce na tę chwilę. Rożek intensywnie bakaliowy. Chwila z sobą, kawą i lodami. W kuchni, która ma swój klimat. Spokojnie. No i te wenezuelskie melodie z pokoju. Masturdating? ;)

58. w poszukiwaniu (nie)straconego czasu




Wypijam herbaty. Na przykład czarną o smaku czekolady z miętą, którą namiętnie częstowałam gości, bo taka ciekawa. Kawy wypijam także. Zbożową z orkiszem też, której na półkach sklepowych jeszcze się nie znajdzie. Prezent (znajomości w branży kaw zbożowych). Tym bardziej smakuje. Delektowanie się naparami. "Ogród miłości" w jasnozielonej czarze. Zalewany wielokrotnie, wciąż czarował sokami owoców. Rozmiękłe rodzynki.



Letnim wieczorem, nad rzeką, gdy trawy pachną bujnie, cały świat z zieloności szaleje, te podmuchy cudowne, fale powietrza to ciepłego, to chłodnego. Sowa na latarni! Przebieganie przez kolejne etapy wyczerpania i wylajtowania. Nieznane rejony swojej wytrzymałości. 13,5 km, proszę państwa! Najdłuższy przebiegnięty dystans w moim życiu! Jest się czym zachwycać. :)



Temat trochę z rynsztoka, zachwyty naturalistyczne. Oddawanie moczu gdzieś za krzakiem, zerkając, czy aby na pewno to miejsce odludne. Gdy ziemia paruje. Czuć intensywniej zapachy traw, ziemi, natury. Bliskość przyrody, bycia w środku świata prawdziwego. I pamiętam jak gdzieś między słoweńską Izolą a Koper była potrzeba pilna. I tam taki napływ cudownych tęsknot za byciem w drodze, spaniem tak na dziko, wędrowaniem, po lasach, polach, z dala. Aj. Sikanie wśród traw ma tyle uroku w sobie... ;)


I taka ulga, gdy zrzucenie ciężarów hormonalnych zawirowań. Przychodzi krew, poczucie otwarcia, i napływ normalności. I po prostu, bycie, najprostsze radości. Bez pierwszego, drugiego, trzeciego dna. Bez naciągania policzków do wymuszonego grymasu. Bez dylematów i lęków natury egzystencjalnej. Po prostu, istnieję ja i świat, i to jest wspaniałe. Taka ulga.





Zachwyty grami dla aktorów i nieaktorów. Odgrywanie emocji ze wspomnień. Inspirujące.
Potrzebuję inspiracji, nowości, poszerzania horyzontów. Tworzenia. Jak dobrze, że można.


Z tytułem magistra przeczytam nareszcie Prousta. Wypadałoby.



Spisuję marzenia. Czekają w marzymy.txt na spełnienie.

57. paznokcie w kolorze zasuszonej mięty spod Mogielicy

Chyba to ta mięta, niemal sprzed dwóch lat. Jeszcze zostały resztki jej do tworzenia naparów. 
Resztek uporczywe spożywanie, z resztek intensywne korzystanie. Zużywanie ostatnich porcji ryżów, makaronów, kaszy mannej (?), płatków ryżowych (?!)... Nowatorskie łączenie tego, co pozostawało jeszcze po szafkach. No i intensywne spijanie herbat. "Japońska wiśnia" zgniła. To daje do myślenia, że liściaste herbaty pić trzeba, a nie czekać z nimi na "wyjątkowe okazje". Wyjątkowe okazje trzeba tworzyć na co dzień..
"Jestem tego warta!" - pomyślałam, robiąc sobie ostatnią porcję zielonej herbaty z kwiatem wiśni. ;)


Myśli, że to jeszcze miesiąc 'studenckiego życia na studenckim mieszkaniu'. Zdziwienia i zachwyty, że to za cztery miesiące wizja wspólnego mieszkania i bycia razem zupełnie tak w codzienności. A do tego czasu napawanie się rodzinnym miasteczkiem. Polami, lasem, domem. Rozmowami z rodzicami. Ciszą i sennością małomiasteczkowości. Takie pożegnanie. Będą częste pociągi do pracy. Dużo książek w drodze. Realizowanie tego, co teraz odkłada się do 'po czerwcu', jak: liczne sesje zdjęciowe i ćwiczenie 'fachu fotografa', bardziej jeszcze pisanie, tworzenie, a i przygotowania ślubne, a i nauka EKG i różne pielęgniarskie przypomnienia, górskie i rowerowe wypady w elastycznym czasie wolnym. Taka jest wizja.

A teraz jeszcze miesiąc dzielenia niewielkiej przestrzeni z dziewczynami z Suwałk, Tomaszowa i Grybowa. Taki świat. Można się cieszyć i doceniać specyfikę takiego życia, gdzie intymność codzienności odsłania się przed praktycznie obcymi osobami. Niby obok siebie, a nie tak blisko. A jednak świetny skład osobowy na to pożegnanie studenckich mieszkań się wytworzył, chyba najlepszy od tych pięciu lat.


Był wyjątkowo zimny maj i wspaniałe bieganie w deszczu. Po pustych, dzikich bulwarach wiślanych. Krople spadające z nieba cudownie moczyły wszystko. "Ale pani mokra!". Taka wielka ochota na bieg w deszczu - realizowana z rozkoszą. Wspomnienia potoku robiącego się podczas ulew z drogi na wsi. Taplania się w burych kałużach i budowania tam. Zapach mokrego świata. Ach.

A teraz zaświeciło wyczekiwane majowe słońce. Plastikowy kwiatek buja się w ciepłych promieniach, cyklamen opala listki w naturalnym świetle. Bieganie w słońcu, zieleni i poranku też jest super.
Świat zazielenił się na śmierć

I tak już jest, że doniczki przeżyją rosnące w nich rośliny.


56. prężne płuca

Super sprawa - biec, czuć dobrą szybkość i to bez zadyszki. Satysfakcja. Nie tak regularne jak zakłada plan, ale jednak znacząco częstsze bieganie - przynosi efekty. Siłę. Wytrwałość. Bardzo cieszy. I co niezmiernie ważne: procentuje na górskich szlakach. Chce się więcej, bardziej. Hurraa!

Wbiec w dziki, zielony busz. Wbiec w nagłą ciszę po głośnych piosenkach w uszach. W ćwierki, w szum natury. W zapach bujnej zieleni. W trawy do zgubienia się w nich. Aaj, tak dobrze! Wiosna rozbujała się na całego. I to tak blisko, tak wszędzie. Oplotła bujnymi liśćmi miasto. 
Zwyciężyła.
No i już zakwitły akacje.


Dobrze jest pójść do psychologa. Żeby dowiedzieć się, że wszystko z tobą dobrze

A jednak, jak z bieganiem - dobre myślenie o sobie i świecie trzeba praktykować, często i regularnie. 
Nie stawiać sobie i światu poprzeczek nie do przekroczenia.
Pozwolić sobie po prostu być. 

Cudooownie jest!

55. gęste powietrze pachniało ciepłą zielenią

Kot obserwuje. Bezczelnie po zwierzęcemu, bez przejmowania się czyimś zdaniem. Patrzy zza szyby, skąd jest bezpieczny. 
Spojrzeć kotu w oczy. A ten nic sobie z tego nie robi. Bezwstydnie gapi się dalej. (Choć podczas spaceru na smyczy jest wystraszony i stroni od kontaktu).
A to wszystko podczas wyjścia po śpiwór wietrzący się na sznurku. Pod drzewem. A nad żółtymi mleczami, których wszędzie pełno, a które już coraz liczniej przeobrażają się w dmuchawce. Dmuchawce - jak zawsze w czasie juwenaliów - są. To więc już ten czas, kiedy można biegać za innymi z dmuchawcami, do zdmuchnięcia.

To mi przypomniało cudne włóczenie się z Alicją po Podgórzu i odkrycie w kamieniołomie pod Kopcem Kraka przedziwnej gęstwiny jakby bambusowych drzew. Z korzeniami nad ziemią. Aż prosił się o wyskoczenie gdzieś znienacka biały tygrys. Zagadkowo i grząsko.
I dostrzeżenia w spostrzeżeniach porównawczych z Zabrza, jakie to fajne, że Kraków pełen jest młodości, świeżości, życia. Studentów pełen i mnóstwa wydarzeń wszelkiego typu. No, fajnie.

A ogródek bucha zielenią. Jak i cały świat. Ta zieleń ciepłem wiruje w powietrzu. Na dodatek pod oknem kwitną bzy! Fioletowe. No cuuuudooownie.
A samo pakowanie śpiwora cieszy, bo przypomina bycie w Drodze. Całą sobą uwielbiam to. Wędrowanie, włóczenie się, życie podróżą.


Oszałamiająco cudowna była nasza pierwsza (i moja osobista też pierwsza) rowerowa wyprawa z sakwami. Zachwycam się i dzielę szczęściem na głos, bo to szalenie wspaniałe. Tak jechać przed siebie. Wolność czuć, wiatr, bycie prawdziwie w drodze. Rower + sakwy stają się jedną z moich ulubionych form podróży.

I te kwitnące sady! I te wioski! I to zaglądanie ludziom w podwórka!
Tak przepiękna wiosna... Nocleg pierwszy tegoroczny w namiocie. Pod białymi płatkami wiśni. Z kumkającymi żabami w tle. Z księżycem w pełni i spektaklem wieczornych chmur nad nami. Czy może istnieć większe szczęście?
Znów marzenie spełnione, którego nawet nie ośmieliłam wymarzyć - w tak obłędnie doskonałej formie. Aaach.


Bieganie dziś wieczorem, choć tak bardzo chciałam wtulić się i w tym wtuleniu, w marzeniu o cieple innego ciała odpłynąć... No ale pobiegłyśmy. Pierwszy raz razem w stronę Dąbia. Powietrze cudownie ciepłe, rozgrzane miejsko po dniu. Już letnio, już krótki rękaw koszulki. Choć ciemność, to rozbujała zieloność zachwyca. Woda Wisły spokojna, wiernie odbija mosty i światła.
Bieganie jest super!


54.

"Tam w mieście to podobno ludzie nic nie robią cały dzień tylko chodzą po ulicach. Pełna ulica ludzi a oni nic tylko chodzą i nic nie robią."
(na podstawie "Róży" Jarosława Iwaszkiewicza) "Ubranie prawie nowe" 1963 


Narracja, akcja, kreacja. A życie takie proste.
  
Różne "złote myśli" do głowy przychodzą, i uciekają przed ich schwytaniem w słowa zapisane.

A wiosna bucha rozćwierkanymi kwiatami drzew.

 

53. Dwa klucze gęsi

nastrój sentymentalny z połączenia nostalgicznej historii z Mazur i piosenek Fismoll


Nad pustymi polami leciały gęsi. W dwóch kluczach. Na niebie nieskończonym. Słońce zaszło za chmury tuż nad horyzontem. Była przestrzeń. Wiosenny wieczór gdzieś na końcu świata po środku. Kwiaty na drzewach nie pachniały. Wiatr był szalony, pola szare.

Były telefoniczne rozmowy o niskobudżetowej zorzy polarnej w Norwegii, i jednocześnie trwała teraźniejszość. Wśród tych pól wielkopolskich. Gdzie płasko aż po horyzont. 
I asfalt przechodzący w drogę polną obsadzoną wierzbami. Urokliwie.


Powietrze przesycone charakterystycznym zapachem naturalnego nawozu z innych pól.


Otwieranie się na innych, poprzez akceptację siebie wpływającą na przyjmowanie ludzi takimi, jacy są, to długotrwała i trudna praca.

I o tym, by żyć tu i teraz w każdej chwili trzeba decydować na nowo.

Warto.






A na klatce schodowej znów pachnie marihuaną ;)

52. by zrozumieć słowa...

... i to, co za nimi się kryje, trzeba było wyjść ze schematów. Jak z łamaniem stereotypów wobec ludzi - trzeba kogoś poznać, by kalki myślowej móc się pozbyć. Tak i ze słowami.

I tak "małżeństwo", za którym krył się "koniec wolności", "zamknięcie na świat i innych ludzi", "nuda", "beznadzieja", "stan uzależnienia, nie do zmiany"... okazuje się być słowem, które znaczy coś innego. Gdy tak znaczeniu prawdziwemu bliżej się przyjrzeć.


Małżeństwo - to wyzwanie. To praca nad sobą z drugim człowiekiem. To wspólny rozwój. To wzajemne wsparcie. To trudna sztuka życia razem.
I to przecież te wszystkie sprawy, których wizja tak cieszy... wspólne mieszkanie. Wspólne poranki i wieczory. Wspólny czas, tak po prostu. Rozmowy, których może być w bród. A nie tylko od czasu do czasu albo przez telefon. Spotkania w codzienności, bez presji zbliżającego się powrotu do siebie, do osobnych mieszkań. Bo dom stanie się miejscem, gdzie będziemy razem. Jakie to piękne, i jak mnie do tego ciągnie...

Porównywanie się, przystawianie siebie do pseudowzorów nic nie przyniesie dobrego.
Cieszyć się tym, co jest teraz, i podążać za sobą - bez porównywania się. 


Pełna i prawdziwa akceptacja siebie przynosi wyrozumiałość dla innych ludzi. Otwartość na innych. Więc miłość. A o to przecież w życiu chodzi... :)

51. by żyć teraźniejszym szczęściem

Podążać za ścieżkami leśnymi. Biec, i dać się wieść wydeptanym dróżkom. Przed siebie, w znane-nieznane.


Uczę się żyć tu i teraz. Wciąż nowe perspektywy i pełniejsze sposoby życia teraźniejszością.
Nie oceniać, osądzać, zatapiać się w porównywania, planowania, przypuszczenia. Czerpać z życia, to co właśnie - w tym momencie trwa. Czuć zapach czasu. Żyć pełnią życia - czyli świadomie przeżywać teraźniejszość. Widzieć te niezliczone dary wokół. Dostrzegać, doceniać, być wdzięczną. Przenikać, zagłębiać się w trwaniu przemijającą chwilą.


Wielkie białe pierzaste kulki wirują, kołują. Przepięknie pruszy śnieg.

Jak to orzekliśmy - taka zmienność pogody uczy dostosowywania się do tego, jak jest. Niezależnie od nas. A jest dobrze.




Przypomniałam sobie, jak to dobrze czytać książki. 
Wchodzić w historie, dać się porwać opowieści. Dać się oderwać.


No i poszła w ruch przypadkowa nieznana książka z półki. "Dom nad łąkami" Zofii Nałkowskiej.

Proste życie w pięknej polskiej wsi.
Smutne te historie. Godzenie się z losem. Bezradność wobez życia, które toczy się tylko jednym możliwym torem.
Docenienie więc wszystkiego, co mogę.
Pochwała pracy, prostoty. Żyć można przecież - tak po prostu. 
Jak powiedziała już na początku Millerowa z przenośnego domku z desek: "- Mąż pójdzie do roboty, syn poleci do kolei, ja wyjdę, popatrzę i wesoło mnie!"

Można być szczęśliwym - zawsze, w każdym położeniu i w każdych warunkach. Bo szczęście wychodzi z wnętrza.


"Myślę, że tylko kochając, widzimy człowieka takim, jakim jest naprawdę, w pięknie jego najwyższych możliwości. Że zaślepienie jest najlepszym widzeniem". Nałkowska


"Mnie się wydaje, że człowiek rodzi się każdy możliwy. Właśnie tak muszę to powiedzieć: każdy możliwy. Wszystko z nim może być – najbardziej odmienne, najbardziej mu zaprzeczające, najdalsze."


"Poznawanie życia nie nauczyło mnie nic, nie doprowadziło do żadnej syntezy. Im więcej się o nim wie, tym trudniej sformułować uogólnienie. W życiu wszystko wzajemnie sobie przeczy. Nauka jest bardziej konsekwentna." z: "Kobiety"

50. Droga

W ciemnej, później nocy rozbudzaliśmy po Drodze wszystkie wsie. Witały nas niskie barytony i piskliwe szczeknięcia. Ujadał dom za domem.

Cudowne lasy o poranku. I polne dróżki, poćwierkiwania na rozbudzający się dzień. Najpiękniej.

 Bazi moc. I te zielone malutkie pączki, i te ptasie trele, i zapach powietrza, i słońce, i równonoc... Ach, Wiosno! Jak dobrze cię widzieć, nareszcie! Znów nadszedł ten szalony czas, który trzeba zauważać tu i teraz - bo trwa chwilkę zaledwie!


Przekraczanie granic - bo można. Można przeczekać ból i dyskomfort. Wszystko przecież w końcu mija.  Można nie wybuchnąć złością - ale zauważyć ją, nazwać, zaakceptować i szukać źródła. A szczęście jest bezwarunkowe. Ach, co za ulga.


Pokochałam anyż. Intrygujący od dawna. Niegdyś na niebieskim dywanie w liceum poznana została dzięki Magdzie tajemnicza anyżowa gwiazdka. Z alkoholowym domysłem w tle. Kiedyś syrop anyżowy do piwa na pizzowym Olimpie wybrany, mimo odradzania. I anyż solo... Odkrycie, że kawa anyżowa - czy to zbożowa, czy naturalna - jest zupełnie wyjątkowa! Ostatnio ulubiona.
No i stoi ta lutowa anyżówka w uroczym słoiku pod sufitem, i czeka na przypływ gotówki na nowy alkoholowy zalew.


Przypomniała mi się z "Chrystusa miasta" Tuwima wizja tańczących na moście, tańczących noc całą - słuchając podczas biegania, pod Kładką Bernatka. Cudowne.


Życie toczy się, tak po prostu. Niezależnie od ram, w jakie się je wkłada.


49. przewietrzyć mózg

"Jakieś szczęśliwsze jesteście po tym bieganiu!". No, bo właśnie tak!
Nie spodziewałam się, że bieganie razem jest tak dobre. Motywujące i milsze. 

Zachwycająca sprawa - endorfiny wybiegane zmieniają perspektywę patrzenia. Mózg przewietrzony pozwala spojrzeć z dystansem. Nie brać życia tak bardzo na serio.

Uuuff.

Ciągły rozwój, stawianie sobie za cel regularności. Kaizen, de Mello, identyfikacja uczuć i stanów emocjonalnych bez utożsamiania się z nimi. Chęć zmiany siebie, a nie wszystkiego wokół.



Przyszła ta chwila - spodziewana, a będąca zaskoczeniem.
Narzeczona. Zaręczyny. Narzeczony. Pierścionek. Ślub. Żona. Mąż. Małżeństwo. Słowa odległe, nie-moje, nagle wymagają oswojenia. A ciągle budzą obawy.
Oswojenie wymaga czasu, jak uczy Lis.

Aaaach, jak tam było pięknie... Jak z marzeń, których nie zdążyłam wysnuć.

I ciągle z zaskoczeniem przyjmowanie tej radosnej zmiany. Zmiany wielu rzeczy i stanów. Obietnic bliższych spełnienia. Marzeń do realizacji. Horyzontu, który się zbliża.
Chyba ciągle w to nie wierzę.

Myślałam jeszcze nie dawno, o kosmetykach, które przeżyją to studenckie mieszkanie. Gdzie dalej będą toczyć się ich losy? Teraz wyraźniej maluje się wizja, że będą towarzyszyły w jakiejś łazienkowej szafce, gdzieś na obrzeżach Krakowa, innym męskim kosmetykom.
Pewnie będzie to ładniejsza łazienka, niż ta pełna pajęczyn u sufitu i kurzu za pralką. Kafelki nowe. Zapewne prysznic, a nie wanna. O, oby była i pralka!


To niesamowite... Tyle sytuacji - choćby książkowych, sloganów otartych - nie-moich... Nagle dotyczy i mojego stanu. Planowanie wspólnego mieszkania z "Zapachu rumianku" przyszło do głowy.



Ach, życie. Oby się dziwić i zachwycać!

48.

To jest tak, że trzeba przeczekać ten moment, gdy wszystko jest bezsensu i tak bardzo się NIE CHCE.
Ale nie biernie. Działając, realizując plan, trzeba tę awersję przetrwać.
Bo to z działania bierze się konkretne "coś".



A co zachwyca?
Że nawet i zapalenie kratni kiedyś się przecież kończy. Przeminie.
I że słońce wkrada się krótkimi chwilami. Na balkonie słychać ptasie ćwierkania. Blade trawy łąk, chłód powietrza, ale promienie ciepłe i dające nadzieję na wiosnę... :)

47. "Dołem dozorca piaskiem sieje / By lód przytępić do chodzenia"

9 II

Śnieg jak cukier puder. 
 
Kaczki w śniegu. Kiedyś, gdzieś w niewyraźnych wspomnieniach rosła tu chyba trawa. Dzień nie kończył się popołudniu, było ciepło i zielono...

Świat w zimowej hibernacji.
Rowerem z górki, jak na sankach; zjeżdżanie.

* * *

10 II
 
Śnieg wielkim puchem pruszy delikatnie. Cisza, cisza budzącego się dnia. Na gazie uroczy biały, przypalony garnuszek z wygodną, długą rączką. Gotująca się kawa zbożowa z parzoną nieco wykipiała. Najpyszniejszy chleb bazyliowy, spieczony w tosterze, z wczorajszego wspólnego późnego wieczoru.
Dobrze jest rozmawiać.

Gdy się pisze, to jakby stwarzało się świat. Nawet jeśli opisuje się świat już stworzony. Utrwala się. Po mojemu.


[francusko-tajwański film] "Shadow" - "Cień", Lorenzo Recio, 2014

Trochę jak w "Haiyang tiantang" ("Ocean Heaven", Xiao Lu Xue, Chiny 2010) - człowiek wydaje się tak zatrważająco przygnębiająco samotny, pozostawiony zupełnie samemu sobie, bezradny, bez szans, nadziei i możliwości wyjścia. Jest jak jest. W głowę wbija się pręt i dzieją się dziwne rzeczy. Co zrobić, gdy człowiek zaczyna robić się przezroczysty... Ten aptekarz z budki nie wzbudza zaufania, ani nawet nie próbuje być przekonujący, że może pomóc. Jesteś sam ze swoimi problemami. Inni co najwyżej popatrzą ze wzgardą.
Czy naprawdę tak straszny jest chiński świat społeczny? Tak samotnie żyją ludzie w Tajpeju?..


Dziwny, dziwny film. Ma w sobie coś przyciągającego. Coś magicznego z teatru cieni.


Przypomina mi ten film Najbardziej Dołującą Piosenkę Świata, której tytułu nie mogę w głowie znaleźć.


Edit:  soap&skin: spiracle

[francuski film] " Extrasystole", Alice Douard, 2013

Ujmują mnie ciągle filmy o młodzieży, jako "te bliskie mnie". ;)
Napięcie utrzymane. Niepewność zawieszona. Doskonale nie do końca dopowiedziane. I taki ładny ten francuski język... I taka urocza ta piosenka z gitarą Raphaëlli.


[francuski film] "La Viree A Paname" - "Wyskok do Paryża", Carine May, Hakim Zouhani, 2013

Blokowisko jak z "Cześć, Tereska!" tylko w kolorze, i trochę później. Coś ujęło mnie w tym krótkim filmie.
Lepiej pisać wśród swoich, przy piwie i meczu w telewizorze, niż w Paryżu nad Sekwaną? ;)
Ważne, żeby pisać. "Kto z was pisze codziennie?".

46. "bierz życie jakim jest"

Niespodziewanie wszedł do głowy tekst znanej od lat piosenki 
i nagle objawiło się jego znaczenie. Tak wtedy potrzebne.

Kujące śnieżynki prosto w twarz. Na rowerze po białym puchu, który sypie, i sypie, i sypie... Zaczarowany, biały świat o poranku. Ciemne konary okryte pierzyną, spokojnie, dzień jeszcze ziewa, dopiero się rozbudza. No i niedziela.

A wcześniej na rowerze: niebo i to, co w górze, odbijało się w olbrzymich kałużach.

Migawki. Wspólne śniadania, proste radości. Zatapianie się w rozmowach. Tak bezpiecznie. Tak do wyjaśnienia. Tak aż do spełnienia dyskutowanie. Na znacznej głębokości. Jak dobrze, że można.

Wchodzenie w aż boleśnie kolorowy świat: gadających lusterek niszczących księżniczkom wyobraźnię, pluszaków machających całymi uszami, stroju tygrysa, dziw nad dziwy przy każdej półce. "Chciałbyś może postrzelać?". Śmieszy absurdalność, komiczna niedorzeczność sytuacji. Obserwacje socjologiczne, analiza przeróżnych metod wychowawczych. Dla dorosłego swoistą aktywnością jest praca, a dla dziecka zabawa - jak mówili psychologowie. Uśmiechy, nawet wewnętrzne, przy najczystszej dziecięcej radości. Przy najszczerszym śmiechu, zachwycie i zapale.  Podążanie śladami odkrywania, dotykania, zdziwienia, istnienia tak bardzo w tu i teraz. Tak bardzo jak najprościej. Dziecięca radość zachwyca.


Zupełnie niepotrzebne odgrzebywanie przeszłości. Dawno zakurzone i nieaktualne wiadomości powracając trafiają w czułe punkty, wywołują falę porównań, niezadowolenia, smutku, żalu - bezpodstawnego w pełni. Trzeba sobie samej tłumaczyć, że nie ma to znaczenia. I że przecież szczęście jest bezwarunkowe. Bez założeń, jakie relacje budowane były kiedyś. Bez tworzenia sztucznej i pustej hierarchii, prób spełniania kryteriów. Odgrzebywanie przeszłości jest niepotrzebne, a destrukcyjne.


 To tak dobrze, że ludzie nie mieszczą się w szablony. Schematy. Że jedna cecha nie zakłada wcale istnienia drugiej. Znów taka ulga, tak po prostu.

45. Modlitwa jest budowaniem RELACJI

A dobrze, gdy nawet siąpiasto, ale trochę ucieknie się od drogi. W puste bulwary wiślane.

 Puste? Bardziej: odludne. Bo mokre trawy i szara woda pełne są ptactwa przeróżnego. Łabędzi, szarawych śmieszek i zabawnie człapiących czarnych łysek. Łabędzie nurkują: kupry w górę, w rytm piosenki ze słuchawek. Przeczesują białe pierze, drapią się pod skrzydłem. Spokój w gęstym powietrzu, ptasie obserwacje, przyspieszone tętno od biegu, a muzyka w uszach. Cudownie.

[argentyńsko-hiszpański film] "Relatos salvajes" - "Dzikie historie", Damian Szifrón, 2014

Wieczór zachwytów pełen dzięki historiom z tego filmu.

Humor trafia w sedno. Jednocześnie intrygując, trzymając w napięciu, zmuszając do myślenia i śmiechu. Rewelacja!






44. Poranek spokojny

Nie taki wczesny, ale cichy. Pusto, bezludnie, pojedyczny człowiek w biegu. Tylko co jakiś czas stuka tramwaj. Świat zawieszony w styczniowej niedzieli.

I na plantach, pod łysym krzewem dwa białe szczurki!
Choć noc przecież całkiem nieźle przespana.


Radość, że cieszy coś, co nadchodzi. Nie kurczowe łapanie czasu, który ucieka, ale zachwyty nadzieją na to, co (prawdopodobnie) przyjdzie. I życie kultowym tu i teraz. Bezwarunkowo dobrze. Po prostu. Ulga, można odetchnąć... 

43. Wiatr przywiał słońce i rześkość powietrza

Tak dobrze.

Łyk herbaty zielonej z kwiatem wiśni. Substytut nieodnalezionej jaśminowej (pośród zatrważającego aż mnóstwa herbacianych pudełek. I słupów z cukierkami aż po niebywale wysoki sufit). Ciekawe doznania smakowe. Choć do wyrażenia pełnej opinii potrzeba czasu.

Potrzeba też kontaktów międzyludzkich. Rozmowy. Otwartości, właśnie!

Musi coś przeskoczyć - i zaskakuje, że można być szczęśliwym bezwarunkowo. Że to ode mnie zależy, jak sytuacja na mnie wpływa. Jak odbieram neutralne bodźce. Że postanowienia i cele są w porządku, ale nie jako warunek "że wtedy będzie dobrze". Jest dobrze, po prostu. Dostrzec, zachwycić się, podziękować.

Staruszki. Przycupnięte, skulone w ławkowej nawie. Zachwycają i wzruszają. Albo w postawie i ubraniu młodej dziewczyny - tak z tyłu do pomyślenia, bo energiczne, prężne, wyprostowane. Albo blisko, bliziutko otaczają wianuszkiem gipsową (?) Niepokalaną. I to też jest rozczulające, a nawet widać nie tylko dla mnie, bo dziewczyna z przodu nagrywa je kamerą.

Wigor wbrew swojemu znaczeniu kojarzy się z osobą starszą.


Twórzmy! Bo warto.


42. Rozmowa z Tunelem. Szczęście i Kumin

Droga w znane, puste i odludne przestrzenie. Po dziewiczym śniegu przykrywającym nieużywane tory kolejowe. Choć czerwone światła nad torami się świecą. Dla kogo? Czyżby dla nas? Przemarznięte stopy w mokrych butach zatapiają się w białym puchu ze szczególnym skrzypieniem śniegu.
Pozostajemy w swojej krainie, choć przechodząc Tunel bylibyśmy już w innej.
Samotna podróż w głąb. Dźwięki wydobywane... echem odbijają się od zaokrąglonych, wilgotnych, kamiennych ścian. Odkryte nowe oblicze Tunelu. Szczególna rozmowa. Jak artystyczny projekt. Pytajnik na końcu daje niespodziewane strojenie odpowiedzi. Echo rozedrgane. 
Wyjątkowo, zupełnie zachwycająco. Tunel i tamte okolice ujęły mnie za serce jeszcze bardziej.


W tramwaju numer 50 dokonało się odkrycie. Znanych już chyba kiedyś, ale przykurzonych i schowanych prawd. Że szczęście nie zależy od "gdy..." i "jeśli...". Szczęście albo JEST TERAZ, albo go nie ma ("gdy..." lub "jeśli...") wcale.
Radość, że tak można. Co za ulga. 
Bez ciężaru tego, co powinno się zrobić, aby mogło być dobrze nareszcie można się swobodnie uśmiechnąć
I to, że Miłość to Otwartość.



Kumin przyprawą, która elektryzuje smak. Niebanalnie. Zaistniał w moim życiu w Szkocji, gdzie po długich przeprawach z niedziałającą kuchenką i serii przedziwnych zdarzeń został dodany do warzywno-ryżowej potrawki. To było wtedy, gdy odkryłam, że marchewkę też można z resztą bandy wrzucić na patelnię  i jest dobrze. Wśród wielu pojemniczków w nieładzie, kolorem udawał cynamon, przez znawczynię Maroka został nazwany kuminem. Warzywa smakowały wyjątkowo.

Potem poszukiwanie sałatki w tematyce Turcji Osmańskiej. I okazało się, że kumin to po polsku kmin rzymski i nie trzeba jechać do Maroka (ooj, choć chciało by się...) żeby go zdobyć. Tylko potem drewnianą gałką trzeba go ubijając zmielić. Turecka sałatka przyprawiona kuminem wywołała liczne zachwyty.

A potem na samym końcu świata, jak co roku - przepyszne ciasto. Gorąca szarlotka z... kuminem właśnie! Rozgrzewała temperaturą i smakiem. Cuda dla podniebienia.

Obraz i rytm muzyki mówią innym językiem / Jakub Julian Ziółkowski

 Nie chcę archiwizować. Chcę tworzyć. Potrzebuję sztuki jak ożywczego głębokiego oddechu. Karmię się kontaktem ze sztuką, nasycam. Twórczoś...