Stanisław Barańczak:
PŁAKAŁA W NOCY, ALE
NIE JEJ PŁACZ GO ZBUDZIŁ
Ani, jedynej
Płakała w nocy, ale nie jej płacz go zbudził.
Nie był płaczem dla niego, chociaż mógł być o nim.
To był wiatr, dygot szyby, obce sprawom ludzi.
I półprzytomny wstyd: że ona tak się trudzi,
to, co tłumione, czyniąc podwójnie tłumionym
przez to, że w nocy płacze. Nie jej płacz go zbudził:
ile więc było wcześniej nocy, gdy nie zwrócił
uwagi - gdy skrzyp drewna, trzepiąca o komin
gałąź, wiatr, dygot szyby związek z prawdą ludzi
negowały staranniej: ich szmer gasł, nim wrzucił
do skrzynki bezsenności rzeczowy anonim:
"Płakała w nocy, chociaż nie jej płacz cię zbudził"?
Na wyciągnięcie ręki - ci dotkliwie drudzy,
niedotykalnie drodzy ze swoim "Śpij, pomiń
snem tę wilgoć poduszki, nocne prawo ludzi".
I nie wyciągnął ręki. Zakłóciłby, zbrudził
toporniejszą tkliwością jej tkliwość: "Zapomnij.
Płakałam w nocy, ale nie mój płacz cię zbudził.
To był wiatr, dygot szyby, obce sprawom ludzi".
JEŻELI PORCELANA, TO WYŁĄCZNIE TAKA
Jeżeli porcelana, to wyłącznie taka,
której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu;
jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby
nie było przykro podnieść się i odejść;
jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,
jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci,
jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć,
kiedy nadejdzie czas następnej przeprowadzki
na inną ulicę, kontynent, etap dziejowy
lub świat:
kto ci powiedział, że wolno ci się przyzwyczajać?
kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?
czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy
w świecie
czuć się jak u siebie w domu?
40. Pierwszy śnieg...
...zaczarował las w cudną, cichą Krainę. Przypruszony cały świat. Między drzewami pusto. Przepiękny spacer. Wszędzie biało. A na błotnistej ścieżce śnieg trzyma się tylko na cienkich korzeniach, delikatnych, naziemnych gałązkach. Przypomina zimowe obrazki na oknie lub ślady kurzych stópek.
Jeśli już popularne prace domowe: to wybieram zmywanie naczyń. Uspokaja. Daje widoczne, natychmiastowe efekty. Widać, że podjęte działanie ma sens.
Pewne sprawy przed samą sobą trzeba spisać na papierze.
Spokój.
A potem przyszyły Święta.
39. "Ona mówi: Problem jaki masz, jest w Twojej głowie gdzieś"
Poczuć zapach czasu.
Oo, dobrze jest tak legnąć w miękkich poduszkach... Dobrze jest innowacyjnie spienić mleko blenderem. Kawę w kawiarce parzyć razem z cynamonem, kolendrą i gałką muszkatową. Wlać do kubka z matowego szkła. Na koniec posypać mleczną piankę cynamonowym puchem - i delektować się, ach, delektować, patrząc na chłód i nagie drzewo za oknem.
Kulinarno-studenckich wspomnień czar...
Na pierwszym roku moim daniem popisowym (i obawiam się, że - jedynym, poza odgrzewanymi w mikrofalówce zdobyczami z domu) był ryż z jabłkami. Na sto sposobów. Z różnorodnością dodatków i kompozycji. Od niego chyba zaczęło się moje cynamonowe zauroczenie. (Raz jabłka nie zmiękły wedle planu w nie-gotującej się wodzie. "To nasz pierwszy wspólny obiad"... i ostatni, jak się później okazało).
Na drugim roku w ślepej kuchennej wnęce miałyśmy już mikser, za to nie miałyśmy mikrofalówki. Wtedy zaczęłam eksperymenty z naleśnikami. Gdy wleje się zbyt wiele olejku do ciast - to już nie jest fajny posmak, ale ból brzucha. A do budyniu niesłodzonego, nawet jeśli jest malinowy, lepiej dodać cukier wcześniej niż dopiero w naleśnikach. To też był chyba pierwszy wspólny obiad, choć nikt tego nie powiedział. I nie ostatni.
Na trzecim roku odkryłam wdzięk i prostotę szpinaku z makaronem (i serem pleśniowym, aaach!) oraz biedronkowych wszelakich warzyw na patelnię. Odważyłam się smażyć kurczaka w kawałkach. Inspiracje z ul. Św. Tomasza zaowocowały własnymi wersjami sałatki gyros. Ruszyły do akcji w mym kulinarnym życiu przyprawy także inne od cynamonu.
Na czwartym znów nie było mikrofalówki, jednak zrobiło się mniej monotematycznie. Pojawiały się nawet placki ziemniaczane, racuchy na słodko i słono, makarony, ryże i kasze z warzywami, tortille i ciastka owsiane z podejrzanej kuchenki. Kulinarne eksperymenty na całego. Wzbogaciłam się o liczne zioła, dużo zdrowsze od słonych mieszanek przypraw. Coraz to nowe ziołowe odkrycia cieszą niezmiernie. Późną wiosną blender odkrył przede mną uroki truskawkowych koktajli (które najlepsze z bananem) i ubitej śmietany (czasem: na masło).
Piąty rok miejscowo i jakościowo przedłużeniem czwartego. Okazało się, że warzywa można podsmażać z ciemnym piwem, a gdy coś trunku zostanie, naleśniki wychodzą bardzo oryginalne. Chyba dobre jako tortillowa baza, choć z mieszanką twarożku i banana też są całkiem w porządku. Ostatnim odkryciem, prosto ze Szkocji, jest świeża marchewka, którą jak i cukinię można podsmażoną/podgotowaną łączyć z ryżem czy kaszami. Ponadto pojawiła się kawiarka od Rodziców i zmieniła kawowe nawyki na bardziej urokliwe.
[czeski film] "Ovoce stromů rajských jíme" - "Owoce rajskich drzew spożywamy", Věra Chytilová, 1969
widziane 27.11.2014
w ramach krakowskiego "Czeskiego snu"
Dopiero czytając opis tego filmu na filmwebie zdałam sobie sprawę, jaka była jego fabuła... ;)
Trochę ma coś ten film ze "Stokrotek" (zdjęcia: ten sam Jaroslav Kučera). Jednak "Stokrotki" mnie urzekały i porywały, a "Owoce rajskich drzew spożywamy"... Intrygował mnie ten tytuł już od jakiegoś czasu, gdy w któryś dawny poniedziałek był wyświetlany ten film w "Pięknym psie", do którego wtedy nie dotarłam. No i doczekałam się nareszcie wyjaśnienia zagadki: co kryje się pod tymi zagadkowymi słowami...
A kryje się tajemniczy, trochę oniryczny film: do doznawania, nie rozumienia.
Może za dużo tego czeskiego kina - trzy dni pod rząd, i zachwyt mój nieco zmalał... czas chyba na czeską przerwę ;)
Ale postać Evy i jej sukienki - urocze.
[czeski film] "Hra o jablko" - "Gra o jabłko", Věra Chytilová, 1976
widziane 27.11.2014
w ramach krakowskiego "Czeskiego snu"
w ramach krakowskiego "Czeskiego snu"
"Że też ludzie tak komplikują sobie sami życie..." - taką myśl miałam po tym filmie.
Fabuła nawet wciągnęła. Trochę uroczego czeskiego humoru też się znalazło.
I myślę, że prawdą jest, że Chytilová przekraczała granice swoich czasów - dziś jednak nie jest to tak bardzo jaskrawe i widoczne. Granice dużo dalej już dawno się przesunęły...
Dobre ciekawostki o tym, że reżyser Jiří Menzel (grający tu główną rolę - lekarza) studiował razem z Chytilovą i byli przyjaciółmi. I uważał, że ona nie była feministką. A ich filmy nawzajem im się nie podobały.
Memu sercu chyba bliżej do stylu czeskiego kina a'la Jiří Menzel.
Dobre ciekawostki o tym, że reżyser Jiří Menzel (grający tu główną rolę - lekarza) studiował razem z Chytilovą i byli przyjaciółmi. I uważał, że ona nie była feministką. A ich filmy nawzajem im się nie podobały.
Memu sercu chyba bliżej do stylu czeskiego kina a'la Jiří Menzel.
38. czas pachnący mandarynkami
Kiedy przesadza się z czekoladą i podejmuje się kroki w stronę "rzucenia słodyczy" - owoce (w tym późnojesiennym sezonie: zdecydowanie mandarynki!) pomagają. Bardzo.
Zaułki szarych bloków, odcięte od szumu ulicy, zatopione w swojej swojskości trzepaka przy śmietnikach i codzienności zakupów na targu. Który tuż obok. Na którym tętni targowe życie: w tym sezonie mandarynek, jabłek, bananów, i - o zgrozo! - powoli karpi w wanienkach... Nad którym, by dopełnić klimatu chwili, przejeżdża ze stukotem pociąg.
Puste uliczki przemierzane lekko rowerem. Ulubiona Bonerowska, gdzie latem pachnie chłodem piwnicy. A kameralna cisza panuje niepodzielnie.
Za oknem na jasnym niebie koloru mgły nagie gałęzie drzewa. Listopad. W mieście schowanym pod kocem dymu, chmur, mgły czy może smogu? Pod skorupą oddzielającą od słońca (które - jak się okazuje wylatując w przestworza samolotem - jednak nad tymi kłębiastymi warstwami ciągle istnieje). Zaszyć się w ciepłym wnętrzu, z kubkiem gorącej kawy bądź herbaty - w tym coraz chłodniejszym czasie tak dobrze...
Zaułki szarych bloków, odcięte od szumu ulicy, zatopione w swojej swojskości trzepaka przy śmietnikach i codzienności zakupów na targu. Który tuż obok. Na którym tętni targowe życie: w tym sezonie mandarynek, jabłek, bananów, i - o zgrozo! - powoli karpi w wanienkach... Nad którym, by dopełnić klimatu chwili, przejeżdża ze stukotem pociąg.
Puste uliczki przemierzane lekko rowerem. Ulubiona Bonerowska, gdzie latem pachnie chłodem piwnicy. A kameralna cisza panuje niepodzielnie.
Za oknem na jasnym niebie koloru mgły nagie gałęzie drzewa. Listopad. W mieście schowanym pod kocem dymu, chmur, mgły czy może smogu? Pod skorupą oddzielającą od słońca (które - jak się okazuje wylatując w przestworza samolotem - jednak nad tymi kłębiastymi warstwami ciągle istnieje). Zaszyć się w ciepłym wnętrzu, z kubkiem gorącej kawy bądź herbaty - w tym coraz chłodniejszym czasie tak dobrze...
[czeski film] "Něco z Alenky" - "Coś z Alicji", Jan Švankmajer, 1988
widziane 26.11.2014
w ramach krakowskiego "Czeskiego snu"
To nie ten odjechany surrealizm co w innych filmach Švankmajera... Co nie znaczy, że film nie jest dziwny ;). No ale: świat Krainy Czarów przecież jest światem nielogicznym i cudacznym.
Bezkres zaoranych pól, suche liście, trociny, trociny, trociny... Tak, tak, tak!
Pełen popis sztuki animacji. Sztuczna szczęka w skarpecie-gąsiennicy: cudowna.
Z pewnością to bardzo oryginalna i trafiona interpretacja Alicji w przedziwnej Krainie Czarów.
Švankmajer krytykował ponoć Disneya za zbyt proste, mało pobudzające wyobraźnię filmy. Swoją interpretacją książki Carrolla Švankmajer pogłębił to, co Disney spłycił, aż po samo jądro Ziemi. ;)
[czeski film] "Otesánek" - "Mały Otik", Jan Švankmajer, 2000
widziane 26.11.2014
w ramach krakowskiego "Czeskiego snu"
Świat przerażający i nieprzewidywalny... A tak psychologicznie autentyczny. Surrealizm z cudownym czeskim humorem. Ożywające jedzenie, i nie tylko - zgadzam się z krytykami, animacja wspaniała. Dusza w tym, co animowane...
To taki rodzaj horroru (choć raczej horrorów nie oglądam), który mnie głęboko wciąga w swój koszmar. Przy oglądaniu oczy otwierają się coraz szerzej... Otrząsnęłam się po "Otesánku" jednak dużo szybciej niż po "Szalonych" w tamtym roku. Uuuch...
Po filmach Jana Švankmajera już nic nie jest takie, jakie było wcześniej... ;)
[czeski film] "Spiklenci slasti" - "Spiskowcy rozkoszy", Jan Švankmajer, 1996
widziane 25.11.2014
w ramach krakowskiego "Czeskiego snu"
Jak po czeskim horrorze tego reżysera - już mniej rzeczy mnie w życiu zdziwi po obejrzeniu tego filmu...
Coś w nim przeraża. Ale bardziej rozbawia. Absurdem. Możliwym do zaistnienia, bo czemu by nie.
I oczekiwanie na "mocne" sceny, których nie ma - bo tak łagodnie, a bardzo abstrakcyjnie: można.
Po prostu: bardziej przyjmowanie, niż analityczne rozumienie i szukanie logiki w tym, co dzieję się na ekranie (swoją drogą zasłoniętym częściowo rzutnikiem, w klaustrofobicznych podziemiach z przejściem pomiędzy wieżami z krzeseł i gratów wszelkich, kręte żelazne schody na antresolę... z muzyką z mocnym bitem, która nie wydawała mi się przeszkadzać, a: być możliwą w tym filmie. Kolejna polska piosenka o matce i drzewie dała jednak do myślenia, czy to podwójne muzyczne tło jest celowe... Czy może być lepsze miejsce i okoliczności do oglądania tak surrealistycznego filmu?)
37. proste uśmiechy
Do chrupkiego pieczywa z masłem i sałatą. Do parującej na twarz i szybę wody przy zalewaniu wrzątkiem herbaty. Do 5 zł w niedziałającym automacie z biletami. Do akordeonowej melodii na plantach. Do niespodziewanej chwili słońca za oknem. Do wybornego szpinaku z makaronem. Do niewylewającej się spod doniczki wody.
Do wygodnych udogodnień.
Do zbiegów okoliczności.
Łagodzących.
36. Popatrzyłam przez okno. Na trawniku gołębie skubały bułkę - poczułam się jak Nosowska.
Tak po prostu dobrze jest rano zjeść pół bułki ze zdrowymi dodatkami, wypić kawę zbożową z gałką muszkatową i kardamonem. Codzienne przyjemności.
Jesienny, soczysty kolorem, liściasty dywan. Gdy rower ruszył zamigotał taniec żółtych jak dojrzałe cytryny liści schowanych przy łańcuchu. Ach, gra radosnych barw.
W Beskidzie Niskim, na jednym z wielu brodów do przejścia, kałuża z wzorem jak sierść szkockiej krowy.
Zabawne powiązania przypadkowych 365 dni z wyjątkiem co cztery - w dzień gdy minęły trzy lata wróciła koszulka, która odeszła w dzień innego poznania.
[czeski film] "Příběhy obyčejného šílenství" - "Opowieść o zwyczajnym szaleństwie", Petr Zelenka, 2005
obejrzane chyba w 2012 roku. nie raz.
Ivan Trojan - bardzo na tak! I podróż wózkiem widłowym - oo, tak!
O tym, jak można zrobić wszystko. Dla utraconej ukochanej, jak i ze zbiegu przypadków.
Finał wcisnął mnie w poduszki. Rzewnie zatęskniłam za głównym bohaterem.
[czeski film] "Samotáři" - "Samotni", David Ondříček, 2000
obejrzane chyba w 2012 r.
Chętnie przypomnę sobie i obejrzę jeszcze raz.
Scenariusz Petra Zelenki. Jak zwykle we współczesnym czeskim filmie jest i Ivan Trojan.
Prawdziwie, przejmująco. Odrywająco od świata w stylu czeskiego kina.
UFO i Tequila Body Shot.
[czeski film] "Postřižiny" - "Postrzyżyny", Jiří Menzel, 1981
obejrzany chyba w 2012 r.
Film - uczta dla oczu. Symfonia zdystansowanego spokoju. Nie trzeba rozumieć, wystarczy odczuwać.
Uwielbiam, uwielbiam czeskie filmy...
Kobiety w starym, dobrym czeskim filmie po prostu są. Niewiele mówią - bo nie muszą. Robią, co robią, z pewnym spokojem i dystansem, nawet gdy to przedziwne i kontrowersyjne działanie. Zachwycają swoim pięknem mężczyzn, przebiegle sprawiając wrażenie, że ich potrzebują. Spokój, opanowanie, ironia i humor, chytre piękno.
35. na zaoranych polach przesiadują jastrzębie
"czy padające drzewo wydaje hałas, jeśli w okolicy nie ma nikogo, kto byłby tego świadkiem?"
Tak jak listopad tamtego roku ciągnął się do marca, tak teraz wrzesień przeciąga się słońcem i zielonymi jeszcze liśćmi po listopadzie. O, jak cudnie, gdy oknem wpadają rozgrzane słoneczne promienie i złoty blask z korony drzew. Gdy biegnąc z Farben Lehre w uszach nad Wisłą delikatny, ciepły wiatr - wbrew oczekiwaniom, więc będący przemiłą niespodzianką. Gdy rowerem przez huczące, gwarne ulice wjeżdża się między odrapane kamienice klimatycznego Podgórza osłaniające poziom ciszy potrzebnej do życia. Jak błogo i dobrze... Nad dzikim brzegiem chłopiec bez koszuli (listopad, listopad, proszę państwa!), przystanek wodnego tramwaju. Wyblakła, ale ciągle zielona zieleń odbija się w spokojnej wodzie. I słońce w słoneczności. Z drugiego brzegu odbija się szary mur. W słońcu, słońcu na wodzie...
Ale te zielone liście gdyby wstrząsnąć krzewem przypinając rower to ulecą, sucho spadając na chodnik.
I wciąż, i wciąż ta złota jesień, ach, jak przepięknie...
[czeski film] "Sedmikrásky" - "Stokrotki", Věra Chytilová, 1966
obejrzane 7.12.2013
- Nic nam nie wychodzi, nikt nas nie rozumie. Wszystko jest na tym świecie zepsute, jeśli wszystko jest zepsute, to my też będziemy zepsute.
Masz coś przeciwko temu?
- Ależ skąd!
Ten film to cudowna uczta dla oczu.
"Bohaterki filmu „Stokrotki” były młode i pociągające, skłonne do zabawy. W kolejnych epizodach widz był świadkiem, jak niszczą wszystko dookoła siebie, zawsze z lekkością, elegancją, dumą i wyrafinowaną inwencją. Poczynania dziewczyn w większości były nieszkodliwymi żarcikami, wzbudzającymi pobłażliwy uśmieszek, ale ta niewinna heca, zabawa, infantylny sadyzm, doprowadziły do zagłady całej ludzkości.
Obok świata tytułowych stokrotek, egzystował drugi świat – w którym z pozoru wszystko było na swoim miejscu, był to świat klasy robotniczej. Ogrodnik pracujący w zagajniku nie reagował na nieprzyzwoite zachowania obu Marii, ignorował je, udawał, że ich nie ma. Robotnicy, którzy jechali na rowerach do pracy, także ich nie zauważali, jakby należały do innego świata.
Reżyserka w tych scenach skrytykowała klasę robotniczą za brak spostrzegawczości, odwracanie głowy od spraw i rzeczy, które mogłyby ją zirytować i skłonić do buntu przeciwko zastanej rzeczywistości. Chytilová już na wstępie deklarowała, że jej film jest nekrologiem lekkomyślnego życia, pytanie tylko czyjego: robotników czy Marii?"
Obok świata tytułowych stokrotek, egzystował drugi świat – w którym z pozoru wszystko było na swoim miejscu, był to świat klasy robotniczej. Ogrodnik pracujący w zagajniku nie reagował na nieprzyzwoite zachowania obu Marii, ignorował je, udawał, że ich nie ma. Robotnicy, którzy jechali na rowerach do pracy, także ich nie zauważali, jakby należały do innego świata.
Reżyserka w tych scenach skrytykowała klasę robotniczą za brak spostrzegawczości, odwracanie głowy od spraw i rzeczy, które mogłyby ją zirytować i skłonić do buntu przeciwko zastanej rzeczywistości. Chytilová już na wstępie deklarowała, że jej film jest nekrologiem lekkomyślnego życia, pytanie tylko czyjego: robotników czy Marii?"
"W ostatniej scenie filmu, kiedy to stokrotki urządzają wielką ucztę, ich
największe pragnienie posiadania, zaspokojenia za wszelka cenę
woluntarystycznych chęci – rozkoszy smaku, zabawy, igraszki, hecy –
kończy się nudą. Dziewczęta są rozczarowane. Rozkosz nie przyniosła im
rozkoszy, ale cierpienie. Czy jest coś na tym świecie, co może je
zaspokoić? Chytilová w puencie filmu stwierdza, że nie. Stokrotki
stwierdzają nieoczekiwanie, że nie chcą już być zepsute, ale pragną
zbudować świat na nowo. Marie nie wiedzą jednak, jak tego dokonać, więc
pełne rezygnacji próbują naprawić to, co zniszczyły w szale destrukcji.
Składają – ubrane groteskowo w gazety – popękane talerze, budują ze
zgliszczy torty i szukają pod stołem sztućców. Nie ma jednak odwrotu,
żadne prośby lekkomyślnych dziewcząt nie zostaną wysłuchane. Nie można
cofnąć tego, co się zaczęło, ale także bez dobrego planu nie można iść
dalej w swoich zamierzeniach."
[czeski film] "Šílení" - "Szaleni", Jan Švankmajer, 2005
obejrzany 8.12.2013
Czeski horror! To dopiero jazda... I prawda, że surrealistyczny. I że to horror filozoficzny. I że jak to w czeskim filmie - nie wiadomo o co chodzi.
Ten film wbił mi się w mózg bardzo mocno. Prawdziwie przeraził... Tym, że nic nie było do przewidzenia. Okrucieństwem. Psychiatrią, która fascynuje, ale też zatrważa... Gdy już stało się najgorsze z możliwych - za chwilę wydarzało się coś jeszcze straszniejszego. I ten motyw szalonego koszmaru sennego łapania przez sanitariuszy-osiłków z obłędem z oczach, który na końcu ze snu staje się jawą... Wędrujące płaty mięsa. Brodzenie wśród pustych, zimnych, deszczowych pól i szaleńczy śmiech Markiza (de Sade, jak nic). Satanistyczne sceny orgii. Szpital psychiatryczny, gdzie żądzą pacjenci, a prawdziwy-okrutny personel w piwnicy, za kratami wytarzany w smole, oblepiony piórami... Brrr...
Że podobno nawiązania do Foucaulta.
Pewnie wiele nawiązań, których nie dostrzegłam i tytuł "filozoficznego horroru" jest prawdziwy. Dla mnie to najbardziej przerażający horror, jaki widziałam...
[czeski film] "Rozmarné léto" - "Kapryśne lato", Jiří Menzel, 1968
obejrzane 20.10.2014
„Ten rodzaj lata wydaje mi się trochę niefortunny”...
Niebywałe pokłady uroku kapryśnego lata w tym filmie... "Poetycki" - określenie bardzo adekwatne. Zachwyca, wchłania w swój świat, daje się porwać w ten klimat... Czeska ironia na małomiasteczkowość, barokowe wypowiedzi z ust snujących się po pustym kąpielisku bohaterów.
Misiowy strój uroczej akrobatki - ach.
Uwielbiam, uwielbiam czeskie filmy...
Wszystko dzieje się tak po prostu.
I właśnie taki świat, taka pogoda, takie barwy filmu lat 60. Takie lato lubię. Opustoszałe, swojskie miejsce w sezonie, a "po sezonie".
[czeski film] "Křik" - "Pierwszy krzyk", Jaromil Jireš, 1963
obejrzany 13.10.2014
Slávku, Slávku...
"Pierwszy krzyk" zachwycił mnie scenami w mieszkaniu. Wiatraczek na parapecie za oknem. Widok na dachy domów. Życie tak po prostu. Nie trzeba być nikim wybitnym, żeby żyć.
Ivana cudna, urocza, bliska.
I to życie takie... bliskie. Taka tęsknota do prostego życia we dwójkę, na poddaszu, z widokiem na dachy, tęsknota do prostego, zwyczajnego bycia razem.
Motyw naprawiacza telewizorów wchodzącego na chwilę w życie tym, którym telewizor naprawia. Lubię, bardzo.
I to życie kiedyś, inna od obecnej rzeczywistość budek telefonicznych i sekretarek z maszynami do pisania.
[czeski film] Dlaczego lubię czeskie filmy?
CZEKAM
Václav Burian
Czekam,
aż kiedyś powróci
wszystko,
czego nie przeżyłem.
Nie było przecież
nic piękniejszego.
(tłum. Leszek Engelking)
Lubię czeskie filmy, bo...
Jest w nich coś, co mnie urzeka. Wprawia w najczystszy zachwyt. Tak po prostu cieszy. Czeskie filmy odrywają od rzeczywistości. Są pełne uroku. Bawią absurdem i tym swoistym czeskim poczuciem humoru, które mi leży. Wszystko może się w nich wydarzyć, nierealne sytuacje zupełnie nie dziwią, a jednocześnie mnóstwo jest scen bardzo życiowych, odsłaniających (czasem niewygodne czy wstydliwe) prawdy o człowieku. O, właśnie, mam wrażenie, że w czeskich filmach można tak zwyczajnie być sobą - tak, jakby było w nich na to pozwolenie. A to tak relaksuje, gdy nie trzeba się spinać, by znów kogoś grać. Czeskie filmy pokazują, że można realizować to co się ma w głowie, i to wcale nie dziwi. Można.
Czeskie kino odpręża mnie i bawi. A czasem przeraża...
35. jesień najbardziej zachwyca
Niedziela w pełnej niedzielnej krasie końca października. Ale najpierw długo dzień, o godzinę od zwyczajnego dnia dłuższy, osnuty sennymi mgłami. A później słońce, obłędnie niebieskie niebo, jesień najpiękniejsza. Spokojne niedzielne południe. Ze starych i nowszych kościołów roznoszą się po łąkach, parkach, pustych ulicach czytania, psalmy i modlitwy. Małomiasteczkowy klimat, senny, niedzielny, przepełniony spokojem i bezpośpiechem. Kasztany już dawno opadłe, zeschnięte, za to liście w cudownej ferii barw. Ach, jak pięknie... Słoneczna ulica Główna na przedmieściach, taki spokój, takie słońce, taka leniwa niedzielność, takie zaakcentowane rozciągnięte w czasie "tu i teraz"...
A później nad kamieniołomem znów mgły, wczesnym wieczorem. Nieruchome maszyny, urwisko kamieniołomu w tajemniczych mgłach, pagórki, żółta ziemia, zastój. Chłodno i wilgotno. Tak bardzo jesiennie...
34. jeśli powietrze pachnie kawą, to zbiera się na deszcz
Kolory traw jesienne, przygaszone. Odludnie i mgliście. Przestrzeń!
Drewniany most nad rzeką. Łabędzie co po chwilę wzbijające się do lotu, by za moment wylądować w wodzie. I nagle zerwały się - trzepotały skrzydłami, mocno i głośno. Łabędzi majestat. Wkładają w lot dużo wysiłku. Każdy z pochyloną szyją, białe naprężone postury. Lecą, lecą pod mostem! Po chwili jeden jeszcze, przelatuje nad. Zabawnie skrzypią w locie. Chwila do zachłyśnięcia się zachwytem.
W parku miało być bieganie, a wyszło bardziej gonienie wiewiórek. Te pełne energii istotki to moje ulubione zwierzątka. Nerwowe w ruchach. Z niepokojem rozglądają się na boki. Zakopują orzechy, mordkami węszą (?) wśród liści. Szybko biegają po korze drzewa, sprytnie przeskakują z gałęzi na gałąź. Te rude są najbardziej urocze. Puszyste kity, błyszczące oczka i nastroszone uszka. Silne, małe łapki. Spotkanie wiewiórki to taki najpiękniejszy prezent w danym dniu. A teraz, jesienią i Łazienki, i Park Lotników tych energicznych stworzonek są pełne... Nie spotyka się jednej jedynej, tylko jedną za drugą! Zabawne, gdy gonią się po pniu drzew. Kiedyś widziałam na jednym drzewie aż trzy biegające za sobą wiewiórki. Najszczerszą radość w sercu budzi niespodziewany widok tych zwinnych, niespokojnych stworzonek.
Dlaczego łatwiej topić się w smutku niż szukać powodów do radości?
Teoria z podciągami do dur w harmonijce molowej to może tylko wymówka...
Dobrze jest mieć się jak spełniać. Się jak realizować. I tyle drzwi przecież ciągle, ciągle otwartych! Że można pisać. Nawet gdy to grafomaństwo. To tak cieszy. I tak niewiele potrzeba.
I celem jest zakup lepszego aparatu...
I tyle w życiu można, tak po prostu! :)
33. wspomnienia na koniec wiosny
20 czerwca 2014
Melancholia z gatunku tych przyjemnych. Rozpływanie, memlanie się w melancholii. Smakowanie pełnych zadumy i trwania chwil.
Aura taka dopasowana charakterem: niebieskie dziury w chmurnym niebie. Niewidzialne słońce (jak niewidzialna igła-widmo) przybierające w słoneczne barwy most, tam dalszą trawę, drugi brzeg.
Aura taka dopasowana charakterem: niebieskie dziury w chmurnym niebie. Niewidzialne słońce (jak niewidzialna igła-widmo) przybierające w słoneczne barwy most, tam dalszą trawę, drugi brzeg.
Szumią listki w koronach wysokich, wysokich drzew. Leżeć w trawie, z (nie tak) dalekiego zgiełku żywego miasta wyłapywać szeleszczenie liści, ptasie trele. Zapach traw. Te wysokie drzewa jak topole przy drodze. Jak te, gdy myślałam że umieram po przekłuciu uszu nad zalewem. I te przy łąkach, na których ja leżałam z kompotem na zakurzonych kocach z tapczanów, a dorośli grabili siano. Skakało się przez rowy. Łapało żaby. Wypatrywało bocianów. Grzało w słońcu. Jechało w szarym od pyłu drogi polonezie z grabiami. Trzeba było zamykać okna na polnej drodze, bo tak się kurzyło. Grabie trzeba było trzymać, przecinały w połowie tylne siedzenie, podskakiwały na dziurawej drodze. Lato dłużyło się niemiłosiernie, a potem nagle przychodził koniec wakacji. Trzeba było czytać "Tomka w Krainie Kangurów", a przy zachodach słońca omdlewać z zachwytu. Polowało się przez trzy tygodnie na słońca wschód - i ostatniego dnia był wyjątkowy. Niebo takie pełne barw nieziemskich, pora taka niezwykła, świat tak otwarty i nowy... Jeździło się traktorem po zielonkę. Wracało w klatce leżąc na świeżo skoszonej koniczynie. Gdy było jej mało, bo gdy dużo, to nie można. Kudłaty pies ufnie biegł za traktorem przez pola. Tak kończyły się długie, letnie dni. Ciepłe powietrze, cykanie świerszczy.
32. rozrzewniona smutkiem nadzieja
Trochę tak, jak gdy pachnie deszczem w upalny dzień. Wszystko tylko raz i tylko teraz.
Muzyczna interpretacja Soyki i Struga drga na głęboko ukrytych strunach wolnej wrażliwości.
Smutna radość. Tak poruszająco tkliwie.
Najcudowniej.
Muzyczna interpretacja Soyki i Struga drga na głęboko ukrytych strunach wolnej wrażliwości.
Smutna radość. Tak poruszająco tkliwie.
Najcudowniej.
Bolesław Leśmian: "Tam na rzece..."
Tam na rzece jest napewno łódź,
Trzeba tylko fale wiosłem pruć.
I napewno jest za rzeką — dal,
Trzeba tylko wytężyć swój żal.
Patrzysz na mnie — oniemiała snem
Nic nie mówisz, ale wszystko wiem!
Wiem ja, kiedy poruszyć, jak mgłą,
Ciałem twojem, żeby ku mnie szło...
Wiem, jak spojrzeć — co szepnąć... I znów
Dłoń do piersi przytulić bez słów...
Chętna ciału — suknia twoja lgnie
Do tych bioder, co kochają mnie.
Wiem ja wszystko! Ale czemu łkam, —
Tego nie wiem, nie pojmuję sam!...
Trzeba tylko fale wiosłem pruć.
I napewno jest za rzeką — dal,
Trzeba tylko wytężyć swój żal.
Patrzysz na mnie — oniemiała snem
Nic nie mówisz, ale wszystko wiem!
Wiem ja, kiedy poruszyć, jak mgłą,
Ciałem twojem, żeby ku mnie szło...
Wiem, jak spojrzeć — co szepnąć... I znów
Dłoń do piersi przytulić bez słów...
Chętna ciału — suknia twoja lgnie
Do tych bioder, co kochają mnie.
Wiem ja wszystko! Ale czemu łkam, —
Tego nie wiem, nie pojmuję sam!...
31. Ziemia to mała planeta... Ale nie mieści się w głowie!
"...że nie wszystko się da,
a czas leci"
"...dziewczyna wtedy jest piękna
kiedy chodzi w sukience" ;)
Niektóre dziewczynki też lubią błoto i przygody. I analizując szczegółowo warstwę tekstową utworu jakieś feministyczne głosy w mej głowie się odzywają ;). Ale ma ona w sobie tyle uroku!... Bo zjadło się kanapki ciemnego chleba z miodem, przeterminowanym białym serkiem twarogowym i truskawkami. I piło się kombinację kawy rozpuszczalnej ze zbożową i cappuccino. Za oknem ptasie trele dominowały nad szumem miasta. Zresztą wyciszony niedzielą i świętem ten szum. Słońce takie bezczelne, rozbujało na całego plastikowego kwiatka z odpustu - prezent od Rodziców, jako roślina idealna do pielęgnacji.
Za oknem kuchni widok na uporządkowany ogródek sąsiadów i "nasz" bujny ogród ornitologiczny, z praniem i nieprzystrzyżonymi liśćmi mleczy. Ogródki przedzielone murem, na murze dwa zamyślone gołębie, a nad murem nasze okno. Z parapetem, na którym siedzę ogrzewana słonecznymi promieniami ranka. Z pokoju obok dobiega błogi szum mądrego radia. Coniedzielna audycja dla dzieci. I ta piosenka, które w doskonały sposób dopięła klamrą urok tej chwili.
30. "Jakby z dusznej stacji, wagony otumanień"
Akacje
w Krakowie przekwitły. Ale wychodziło się w majowe południe, w
powietrze rozgrzane słońcem, w potęgujące ciepło chodniki i uliczny
asfalt, prosto w najintensywniejsze akacjowe doznania. Ciepły, rozkoszny
zapach akacji.
I jak co roku:
Z gęstwy białych akacji,
jakby z dusznej stacji,
wagony otumanień
w różne jadą strony.
jakby z dusznej stacji,
wagony otumanień
w różne jadą strony.
W górze szarzeje księżyc -
wisi, zasuszony,
jak mucha, rozhuśtana
w sieciach grawitacji.
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska
A wychodząc z pracy atakuje jaśmin, z całą swoją rozgorączkowaną intensywnością.
Ach, wiosna!
29. Słońce działa uradośniająco
I chyba to właśnie przez to słońce w dzień. I takie ciepłe wieczory. I dobiegające skądś nieśmiało zapachy zieleni i akacji. I ptasie świergoty. I nadzieja, że ten ciepły czas dopiero się rozpoczyna, to dopiero początek wszystkiego dobrego...
Opowieści z podróży tak bardzo pozytywne. Z przypadków i zbiegów
zdarzeń. Z radości bycia z ludźmi. Z dobroci tak po prostu spotykanej i
ofiarowywanej. Z najlepszej strony gościnności. To przekonania blokują drogę do tego, co się chce, i jak się chce. Więc i przekonania tę drogę otwierają.
MIŁOŚĆ
Kwiaty radują się życiem w słońcu,
całują życie o zmierzchu.
Twoje włosy targa sztorm wieczorem.
Ja cierpliwie czekam na miłość.
Nie przesyłaj mi pocałunków o świcie.
Chcę, jak kwiaty, kochać nocą.
całują życie o zmierzchu.
Twoje włosy targa sztorm wieczorem.
Ja cierpliwie czekam na miłość.
Nie przesyłaj mi pocałunków o świcie.
Chcę, jak kwiaty, kochać nocą.
28. Świat zazielenił się już na śmierć
Rozbuchana, rozbujała zieleń targanych na majowym wietrze liści. Soczyście, pysznie zielonych. Zupełnie bez intencji wpychająca się w oczy ożywcza zieleń, przeszywa szare rozmyślania, przygnębiające przekonania.
Czy można o 180 stopni zmienić nastawienie? Naprawdę chcieć ze świata zainteresowań ludźmi przenieść się w świat przedmiotów? Co robić? Czy można w ogóle trwać w wewnętrznej równowadze, czy to też zawsze jest walka o harmonię - i to zupełnie życiowo naturalne?
Dlaczego? Czy to naprawdę wpływ kontaktu z beznadziejną ludzką kondycją, z żywymi trupami, cierpieniem ludzi wokół nie-do-zrozumienia, nie-do-wyjaśnienia? To przez poczucie bezradności? Bezsensu? To wpływa tak, jakby świat się wokół cierpienia kręcił. Pewnie i to właśnie jest prawdą. Ale gdy się tego ciągle-ciągle nie widzi, to się nie myśli, nie czuje, nie przeżywa. Może lepiej nie wiedzieć, nie widzieć.
Nie wiem.
Chciałabym od tego uciec. Mieć ciągłą-ciągłą styczność z czymś innym od śmierci i niezrozumiałego cierpienia.
Więc co robić?
A deszcz pada tak po prostu.
27. "They realized that their capacity for not feeling lonely carried very real price, which was the threat of feeling nothing at all."
"Zrozumieli, że ich zdolność nieczucia się samotnym ma dużą cenę,
bo jest nią groźba nieczucia czegokolwiek."

Spotkania ze sztuką współczesną.
I uciekanie od rzeczywistości w rewelacyjnie opisane historie życia dwóch Beksińskich.
26.
Jest taki zielony skwer z żółtymi plamkami kwiatków i długowłosym dziewczęciem z rudym psem. W słońcu i wiośnie. Widziany z perspektywy przemijania - z okna pociągu.
25.
Wieczorne nierealne słońce w wiosennym deszczu. Planty i zapach wbrew miastu. Unosząca się w powietrzu parująca zieloność. Chwila jak spoza życia. Krople na chodniku, liściach, kurtce, twarzy.
Wysysać takie momenty z nieubłagalnego czasu.
24.
Rowerem wzdłuż burej Wisły. Rowerową "autostradą" - ale nie o tej pustej, wieczornej porze, gdy marzną dłonie na kierownicy. Księżyc okrągły już schował się za chmury. A jaśniał wśród mrocznych obłoków jak z obrazka.
Duża kałuża i dwie kaczki. Nierealne. Jakby pozujące do bardzo dobrego zdjęcia. Nieruchoma kacza para.
I tramwaj na moście. A może to był pociąg? Ważne że przepiękne - bycie w drodze, w ruchu, gnanie przed siebie i otwarta perspektywa pojazdu na torach. Jasne okienka, sukot, ten klimat; chwila doskonała.
23. Powstała teza, że im bardziej codzienność zachwyca, tym mniejsza potrzeba jej opisywania. Ale to tylko niepotwierdzona hipoteza
Gdy w głowie nie rozbijają się myśli o planowaniu bliższej i dalszej przyszłości.
Gdy teraźniejszość może w spokoju toczyć się swoistym sobie tu i teraz rytmem.
Tak wiosną zewsząd bucha, że aż dech zapierać może.
Łagodne pagórki i dolinki, niby ciągle miasto, ale trudno o tym przytomnie pamiętać. Zieloności najsoczystsze i białe kłęby koron drzew.
Powszechna niedziela.
Innej soboty rzeczywistość drażliwiej odbierana, bo po nocy bez skrawka snu. Z cyklu: wędrówki do punktów widokowych z mapy "Okolice Krakowa". Wdrapywanie się na skałki z bardzo wysokim krzyżem. Ławeczka, z której lepszy widok siedząc tyłem naprzód. Dobra ścianka wspinaczkowa. Cudownie zielono. Dla ludzi z widocznych domów to najbliższe okolice - taka skała z wysokim krzyżem. Miejsce gdzie można przyjść o każdej porze - ale kto to robi, skoro to część zwyczajności. A dla nas jeszcze przed chwilą tajemniczy cel drogi o obolałych nogach; świeżodkryte miejsce z nowym widokiem z góry na świat.
22. Wschód bez wschodu
Załapałam się już na ostatki dzisiejszych ptasich sylwetek lecących w stronę rynku. Znacząco dzień rozbudza się coraz wcześniej.
Z niewyspania świat ostrzej wyraźniejszy. A czas rozciągnięty, jak wyżuta porozciągana guma, dociera ze spóźnieniem. Wolniej myśli znajdują swoje miejsca. I więcej rzeczy śmieszy absurdem.
Senny ogród botaniczny. Obkute porannym chłodem nagie drzewa, zmarznięta ziemia pod płatami zastałego śniegu. Świat odosobniony. I w powoli jaśniejącej porannej szarówce ciepłym światłem od wewnątrz otulone szklarnie. Jakby paliły się w nich przytulne ogniska.
Lubię synestezje - nawet zbyt.
21. Oddychając wiosną
7.02.2014
Radość z sukcesów i kontaktów społecznych.
Pachnie ziemią, w kurtce zimowej już by było za ciepło. Miłe słońce złagodzone rozmytymi chmurami. Rowerem przez rozmokłe ścieżki, błotnisty dziki park. Pojaśniał świat. Pachnie radosnym oczekiwaniem i otwartymi drzwiami na wszystko.
Pachnie ziemią, w kurtce zimowej już by było za ciepło. Miłe słońce złagodzone rozmytymi chmurami. Rowerem przez rozmokłe ścieżki, błotnisty dziki park. Pojaśniał świat. Pachnie radosnym oczekiwaniem i otwartymi drzwiami na wszystko.
20. Coraz wcześniej wstaje dzień
A mam okazje na bieżąco to obserwować...
One wędrują nad ranem, gdy już powoli świta. Na tle bladego, jaśniejącego nieba. Dziś z rozmazem pastelowych obłoków. Niekończący się ptasi szlak. Powoli kapiący ciemnymi, skrzydlatymi sylwetkami. Chaotycznym chyba-niebardzo-kluczem lecą od Nowej Huty w stronę Rynku. Na dzienne żerowanie obwarzankowych okruchów?
W tym roku więcej zimowego słońca niż 12 miesięcy temu. Oo, tak.
19.
Słońce dopołudniowe, zimową porą. Ptasie życie zza okna. Fruwanie, kół zataczanie, gruchanie, hałasowanie, skrzydłami trzepotanie, się ptasio wydzieranie. Jak okno na ogród ornitologiczny? ;)
18. A pralka sama pierze i przytulnie domowo szumi
Na targu: targowe życie. Bliskie swojskości i międzyludzkiej bliskości. Słodkie klementynki, twarde elizy, zimowe mandarynki, kwaśne szare renety schowane pod kocami. Nie zmarzną.
A nad Wisłą tak spokojnie w tym opadniętym śniegu. Dzieci na sankach zjeżdżają z bulwarów.
Zupełnie biało i niemal cicho.
17. Okołopołudniowe dosypianie
Biała pościel w łąkowe kwiatki - bardzo mi się podoba. Dobrze otaczać
się przedmiotami, które nam się podobają. Otwarte okno ze świeżym
powietrzem. I w chłodzie można wkopać się głęboko w pościel i jeszcze
sobie beztrosko drzemać ciesząc się ciepłem w zimnie, bo dziś sen może
nie mieć granic...
16.
19 stycznia 2014
Industrialne okolice. Zapomniane, szarobure miejsce, deszczowa aura nie sprzyja przypominaniu go sobie tego wieczoru.
I w tej zepchniętej szarości rozpływający się zapach świeżego pieczywa. Tak miło ciepły, wszędobylski, przyjemnie błogi...
15. Mgła się rozsiadła
Od rana, od otwarcia starych, ciężkich drzwi: mgła niepodzielnie króluje. Dzień się wydłużył, bo już jasno o tej stałej porze i byłam dziś świadkiem gaśnięcia latarni ulicznych.
I w cichym lesie, i na pustych łąkach, i w ulubionych bladych trawach - mgła usadowiła się wygodnie.
14.
16 stycznia 2014
Księżyc pewny siebie i okrągły wyglądał zza zabytkowych budynków.
Widok z niepopularnych miejsc na popularne miasto. W nocy i nawet w ciszy, oświetlony sztucznie świat, zza traw.
I najcudowniejsze w tym wszystkim - móc wyrażać siebie słowami, czyli być uważnie słuchaną przez Najwspanialszego Człowieka Świata.
Konkretne działania - konkretne rezultaty. Saturacja spada poniżej normy, odsysam wydzielinę z drzewa oskrzelowego i pięknie saturacja wzrasta do 97%. Brawo - ratuję ludzkie życie na co dzień ;).
Wśród przygnębiająco beznadziejnych ludzkich tragedii jednak jest i pewna satysfakcja z pracy i duże poczucie, że bardzo potrzebne jest to, co robię.
13. Pastelowy świat o świcie
Powoli rozjaśnia się dzień nad wolno płynącą wodą. Oszronione trawy,
ławki, śmietniki. Na bulwarach pusto. Dudnią po mostach tramwaje.
Krakanie i trzepot skrzydeł. Półfrancuska drożdżówka z awitexu.
Zawieszony czas, pastelami rozmazane niebo. Nieznane nikomu o tej porze
miejsce. Ludzie śpią po domach, jedzą szybkie śniadania, pędzą do pracy.
A rzeka spokojnie trwa w swym niezmiennie powolnym ruchu.
12. Życie jest śmiertelne
"Aktywność ta nie dotyczy samego faktu śmierci,
ale raczej procesu umierania,
gdyż ż y c i e j e s t ś m i e r t e l n e,
tzn prowadzi do śmierci."
13 stycznia 2014
Taki tam styczniowy dzień na krakowskim rynku.
Wjeżdżając z miasta w Stare Miasto widzi się różnice - mimo codzienności
tutaj można ciągle dostrzec urok tego celu licznych wycieczek
szkolnych.
I dziś: rozradowane przedszkolaki przeganiają gołębie.
11. "Rozpostarta płachta nieba zawsze daje to, co trzeba"
12 stycznia 2014
Takiego spokoju, takiego zawieszenia w oderwaniu, takiego bezpośpiechu,
takiego "tak po prostu bycia", takiego trwania w łagodnej ciszy. Czas
sączący się leniwie. W chatce na samym końcu świata, za oknem zimno i
czasem pruszy śnieg. Cały domek z drewna i wszędzie pałętająca się
zwierzęca sierść. Taka możliwość prostego życia. Tak niewiele, a tak
bardzo wystarczająco. Doskonale uzupełniająca urok tych chwil plumkająca
gitara i refleksyjny śpiew nieznanych piosenek. O marzeniach, które
przekażemy wnukom.
I gdy już ciemno, i się wraca, i śnieg prosto w szybę - podróż w kosmos.
10. Historie z łemkowszyzny
11 stycznia 2014
Lubię wyblakłe trawy, sine niebo i całą tę listopadową melancholię
świata - która w tym roku przedłużyła się aż do stycznia. I uparcie trwa
dalej.
Wędrówki w znane i nieznane. Idąc drogą
zarastających torów, które od dawna nie widziały pociągu. Swojskie
odludzie. Opuszczony świat.
Tak blisko dotykania życia.
09. Rzucić się z miasta na koniec świata
10 stycznia 2014
Niebo takie, że głowa mała. Z rozmachem rozrysowane mroczne chmury,
pomiędzy nimi śmiałe, aż bezczelne w tym pustkowiu gwiazdy. O wiele,
wiele częściej jesteśmy widziani przez dzikie zwierzęta, niż my sami je
widujemy. A gwiazdozbiory aż same rwą się w oczy.
Całe piękno nocy na oścież otwarte.
08. "Jak ktoś ma w głowie pojęcie szczęścia i sam siebie pyta, jak mam być szczęśliwy, jak urządzić życie, co jest w życiu ważne, to znaczy, że już nie jest i nigdy więcej nie będzie naprawdę szczęśliwy."
Pan bibliotekarz - esencja Pana Bibliotekarza "z powołania". Z białą brodą, w stroju bibliotekarskim, taki spokój i opanowanie z niego emanuje. Niski głos. Sumienne, ale podszyte inteligentnym humorem wypełnianie bibliotekarskich obowiązków. Zawieszona w powietrzu łącząca nas sympatia do Olivera Sacksa. Charakterystyczny zapach podziemnej biblioteki.
I jego dobra wola, że da się: żeby mimo upływu terminu wypożyczenia książki jeszcze ten czas przedłużyć bez płacenia kar.
I jego dobra wola, że da się: żeby mimo upływu terminu wypożyczenia książki jeszcze ten czas przedłużyć bez płacenia kar.
fragmenty rozmowy z Leszkiem Kołakowskim:
"Ale gdybym jednak chciał się z panem zgodzić, że szczęście istnieje, to powiedziałbym, że jest to życie dziecka gdzieś do piątego roku w naprawdę kochającej go rodzinie wolnej w tym czasie od jakichś wielkich nieszczęść.
A potem już jest pana zdaniem nieszczęście?
Może to nie jest nieszczęście, ale zmienia się nasz stosunek do świata. Już wkrada się w nasze życie cynizm, świadomość, że świat jest niedobry. Małe dziecko nie zadaje sobie jeszcze pytania o szczęście i nie zna pojęcia szczęścia. Jak ktoś ma w głowie pojęcie szczęścia i sam siebie pyta, jak mam być szczęśliwy, jak urządzić życie, co jest w życiu ważne, to znaczy, że już nie jest i nigdy więcej nie będzie naprawdę szczęśliwy. Nikt nigdy nie zdobędzie szczęścia, które byłoby znane jako takie.
(...)
Młodość też możemy odłożyć, bo to jest dobro, które większość ludzi traci. Ale też nie wszyscy. Są ludzie w jakimś sensie młodzi do samego końca.
Jak się z nią rozstawać, by jak najmniej oddalić się od szczęścia?
Najprościej na świecie. Pozbyć się poczucia, że w byciu młodym jest jakaś szczególna wartość. Jeżeli nie mamy poczucia, że młodość jest dobrem, to też nie czujemy, że ponosimy stratę, kiedy się starzejemy.
(...)
Według tego, na co warto w życiu stawiać?
Normalny człowiek, który nie ma usposobienia buddysty i nie gardzi dobrami świata, ale umie się cieszyć dobrami małymi, doraźnymi, potrzebuje wszystkiego po trochu. Nie ma nic złego, kiedy ktoś się cieszy, że ma trochę pieniędzy albo ciekawą pracę. Ale uniwersalnej hierarchii nie da się zbudować.
(...)
Ale jednak zapewne mądrość, wiedza, umiejętność cieszenia się choćby drobnym pięknem mogą w jakimś stopniu rekompensować rozmaite niedostatki czy bóle, które każdy przeżywa. Mogę być samotny, biedny, chory, głodny, a cieszyć się poezją. Ale to nie jest łatwe. Tę zdolność trzeba w sobie wyrobić. Można nauczyć się cieszyć tą wartościową częścią świata, która jest dostępna. To jest ważne, bo daje nam poczucie, że świat nie jest zbudowany tylko ze zła, cierpienia, nieszczęścia i walki.
(...) kiedy korzystam z dóbr ducha, to nie przeżywam złudzenia. To jest prawdziwa część świata, z którą warto obcować, bo ona daje mi poczucie, że mimo wszystkich okropności życia, mimo nieszczęść, cierpień, bólu, niedostatku, jest w tym świecie coś bardzo dobrego i pięknego. Nawet kiedy uczę się matematyki i dzięki temu rozumiem jakieś dowody, jest to dobro, które daje mi udział w dobrej stronie porządku tego świata. Takich dóbr jest wiele i mogę z nich korzystać nie mając bogactwa, władzy, sławy, czyli tego wszystkiego, o co ludzie walczą.
Więc ważna w życiu byłaby kultura.
Udział w dobrach ducha stworzonych przez ludzi. O to nie muszę wchodzić w konflikty z innymi. I mogą to być całkiem drobne rzeczy - byle bym potrafił prawdziwie się nimi cieszyć. Mogę iść ulicą i cieszyć się widokiem dzieła architektury, pięknego ogrodu, elegancko ubranej kobiety, wspaniałego auta. To są drobne dobra, ale bardzo realne. Mogę nawet siedzieć w nieogrzanym pokoju i cieszyć się pięknem poezji czy muzyki. Warto się tych rzeczy troszeczkę nauczyć, by umieć prawdziwie się nimi cieszyć. Żeby podziwiać muzykę czy malarstwo, trzeba coś o nich wiedzieć. Ale najważniejsze jest, żeby taką gotowość cieszenia się łatwo dostępnym pięknem w sobie kultywować."
07. "Nic lepszego dla człowieka, niż żeby jadł i pił, i duszy swej pozwalał zażywać szczęścia przy swojej pracy. " [Koh 2, 24]
Podpiekany chleb z rozpływającym się od jego ciepła masłem...
- cieszmy się nim, póki któregoś banalnego dnia...
06. Sztuka życia: zdjąć mleko z gazu zanim wykipiało
...zauważyć i cieszyć się radościami, zanim przeminęły.
Zdobyć się na dystans pozwalający nie zamartwiać się tym, na co nie ma się wpływu.
Odkryć działanie, które stwarza poczucie życia w zgodzie ze sobą.
Zdobyć się na dystans pozwalający nie zamartwiać się tym, na co nie ma się wpływu.
Odkryć działanie, które stwarza poczucie życia w zgodzie ze sobą.
Powoli,
po cichu rozbudza się gwar miasta. A jeszcze poranne ćwierkania i
gruchania wzbijają się nad domniemany szum ulicy. Ciepłe kakao.
Szarość nocy rozjaśnia się w szarość dnia. Pachnie zalegającym deszczem.
Fruną.
Razem, a oddzielnie. Wyraziście czarne ptasie sylwetki na burym,
kraczącym niebie. Wśród krakania pewne w zagubieniu dwie gęsi, tak samo
oddolnie czarne, a innej ptasiej postury. Niekończący się wroni (?)
przelot, zupełnie zdystansowany do trosk i zmartwień tego, co pod nim.
Przelatują nad ludźmi w pojedynczych hałasujących autach, nad nielicznymi pieszymi wracającymi z nocnych zmian.
Nad indywiduum i "własnymi sprawami" każdej ludzkiej istoty. Nad
zamkniętymi w święto sklepami. Nad botanicznym ogrodem zapadłym w zimowy
sen. Nad niezgaszonymi jeszcze latarniami. Nad budynkami, w których
organizmy nie rozumianych przez innych ludzi funkcjonują tylko dzięki
lekom w pompie i respiratorom.
04. Wpuszczając powietrze
4 stycznia 2014
Świeże, pachnące ziemią. W tym czasie w bezczasie - szarym zawieszeniu między późną jesienią a wczesną wiosną. Ożywcze, pobudzające powietrze.
A nocą jakby z łańcucha urwany wiatr. Porywisty i gwałtowny, gotowy na wszystko.
03. "Jeśli nie byłoby nas, świadomych obserwatorów, nie byłoby też upływu czasu. Postrzeganie czasu to ludzka adaptacja ewolucyjna."
Smukłe, półmetrowe blade trawy, cienki przesmyk ścieżki wśród nich. Dumne i wyniosłe, żaden śnieg nie śmiał ich nadłamać. Wczesny wieczór, zabarwione niskim słońcem pola. Roznoszące się w przestrzeń szczekanie psów. Zapach ziemi. Nieśmiałe poćwierkiwanie z nagich gałęzi.
02. Poranny szron w słońcu
2 stycznia 2014
Mała banda gołębi rozsiedziana* na bilbordzie równo wzbiła się do lotu, równo zakołowała pokazując swoje oddolne upierzenie, równo zawróciła, część odleciała w dal, reszta zasiadła ponownie.
Poranek mroźny, szybki wjazd rowerem w przemieniony-oszroniony świat. Słoneczne przebłyski rozweselały znane z codzienności miejsca.
___________________________________
* celowy neologizm ;)
01. Gdy trwa zamazana granica między krótkim dniem a długą nocą
Tyle uroku jest w tej lekko mroźnej szarości nie-zimy w mieście. Dziwna a spodziewana leniwość pierwszego dnia roku. Odgłosy resztek petard, liczni powczorajsi zagraniczni turyści. Rozlewające się z melancholią zaciemnienie świata w miejskiej niemijającej sztucznej jasności.
Nad dawnym korytem rzeki przejeżdża pociąg, odfruwa gołąb. Światło z pociągowych okien zachęca do przytulnej stukoczącej drogi w dal. Kiedyś tu płynęła rzeka, dziś: wartki strumień samochodów i zbliżająca się z tramwajowym hałasem "pięćdziesiątka".
Najlepszą przyprawą jest cynamon. Do pobudzającej kawy, do ciepłego kakao w mroźne dni, jak i do błogo delikatnej kawy zbożowej na mleku. A myjąc kubek po napoju z cynamonem ta najlepsza przyprawa świata tworzy fantazyjne wzory. Zmielony pył cynamonowy trzyma się razem, tańczy w zlewie, nie rozpierzcha się, a formułuje unikalne i trwające zaledwie ułamki sekund kompozycje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Obraz i rytm muzyki mówią innym językiem / Jakub Julian Ziółkowski
Nie chcę archiwizować. Chcę tworzyć. Potrzebuję sztuki jak ożywczego głębokiego oddechu. Karmię się kontaktem ze sztuką, nasycam. Twórczoś...

-
widziane 26.11.2014 w ramach krakowskiego "Czeskiego snu" To nie ten odjechany surrealizm co w innych filmach Švankm...
-
obejrzane 7.12.2013 - Nic nam nie wychodzi, nikt nas nie rozumie. Wszystko jest na tym świecie zepsute, jeśli wszystko jest zepsute, to...
-
Abraham Maslow w swojej "Motywacji i osobowości" przedstawił, poza znaną wszystkim teorią potrzeb, także wyniki swoich badań nad ...